Impresje

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stylist(k)a. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stylist(k)a. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 lutego 2016

RACHUBA ŚWIATA

Tytuł: Rachuba świata (Die Vermessung der Welt)
Pierwsze wydanie: 2005
Autor: Daniel Kehlmann
Tłumacz: Jakub Ekier

Wydawnictwo: W.A.B. 2007
Seria: Inne Historie
ISBN: 978-83-7414-353-0
Stron: 250


Krótko: świetna książka. Zaczęłam ją czytać pewnej nocy, mniej więcej wpół do czwartej, kiedy nie mogłam usnąć i uznałam, że w takim razie lepiej wstać. Spodziewałam się, że powieść o dwóch niemieckich naukowcach żyjących na przełomie XVIII i XIX wieku uśpi mnie w co najwyżej pół godziny, ale zupełnie nagle było już wpół do siódmej, a ja zorientowałam się, że przeczytałam ponad połowę. Położyłam się wreszcie, ale z żalem.

Myślę, że najlepiej podsumowuje tę powieść zamieszczony na obwolucie cytat z "Frankfurter Rundschau": "genialny figiel". Bo Daniel Kehlmann stworzył, owszem, coś w rodzaju biografii równoległych Carla Friedricha Gaussa i Alexandra von Humboldta i może rzeczywiście kluczowe fakty są mniej więcej prawdziwe, natomiast szczegóły autor po prostu - jak mi się wydaje - zmyślił, ale zrobił to elokwentnie, interesująco, zabawnie i mądrze.

czwartek, 21 stycznia 2016

SOLFATARA

Tytuł: Solfatara
Autor: Maciej Hen
Pierwsze wydanie: 2015

Wydawnictwo: W.A.B.
Seria: Archipelagi
ISBN: 978-83-280-2081-8
Stron: 917

Na obrazach François de Nomé, jednego z bohaterów powieści, monumentalne, bogato rzeźbione budowle zdecydowanie dominują nad drobnymi sylwetkami ludzkimi; jakby malarz dodawał scenki rodzajowe tylko po to, żeby obraz był o czymś i się sprzedał. Podczas konstruowania tej powieści pan Hen nie wzorował się na tym artyście i opowiadanym historiom i swoim bohaterom poświęcił równie dużo miejsca co tłu "Solfatary", czyli powstaniu, które wybuchło w Neapolu w 1647 roku, kiedy ludność gwałtownie i krwawo sprzeciwiła się wysokim podatkom.

piątek, 12 września 2014

GOLEM

Tytuł: Golem
Pierwsze wydanie: 1913-1914
Autor: Gustav Meyrink
Tłumaczenie: Antoni Lange
Posłowie: Maciej Płaza
Ilustracje: Hugo Steiner-Prag

Wydawnictwo: Vesper
ISBN: 9788377311790
Stron: 339


Uważam, że są książki, które po prostu wypada przeczytać, prędzej czy później, dla własnej przyjemności albo chociaż satysfakcji. Pogląd taki nie jest może dziś jakoś szczególnie popularny; mniej więcej raz w miesiącu kolejni felietoniści "palą (może wskutek traumy) lektury", na których się wychowali - wszystko to oczywiście w trosce o młodzież torturowaną Sienkiewiczem, Żeromskim, a nawet Rejem i Szymonowicem. "Golem" Gustava Meyrinka nie jest powieścią bardzo starą, powstał ledwie sto lat temu, ale stylistycznie i tematycznie był mi prawie tak samo obcy jak "Psałterz Dawidów". Warto jednak po tę książkę sięgnąć, bo jest naprawdę... wyjątkowa.

Nie podejmuję się napisania, o czym konkretnie traktuje ta powieść, bo żeby stworzyć sobie nie całkiem bezpodstawną interpretację, trzeba znać choćby podstawy tarota, kabały, mitologii egipskiej i charakteryzować się tendencją do abstrakcyjnych, mistycznych rozważań. Nic z tego nie jest moim udziałem.
W każdym razie książka Meyrinka nie jest, jak uprzednio sądziłam, historią praskiego rabina, który - jak głosi legenda - ulepił golema z gliny i ożywił go za pomocą magicznych rytuałów. Nie, nie, to raczej opowieść o mniej więcej czterdziestoletnim Atanazym Pernat, wycinaczu kamei i mieszkańcu praskiego getta, który pod wpływem ciągu wydarzeń o charakterze, jak byśmy dziś powiedzieli, paranormalnym, staje się albo przypomina sobie, że przecież jest istotą z nieco innego wymiaru rzeczywistości, poszukuje swojej prawdziwej tożsamości, odnajduje swoje odwieczne ja. Równie dobrze Meyrinkowi mogło chodzić o coś zupełnie innego - był okultystą, kabalistą, mistykiem i buddystą, a po takich ludziach można spodziewać się wszystkiego.

Moim zdaniem siłą tej powieści jest przede wszystkim niepokojąca, tajemnicza atmosfera i niezwykle sugestywne opisy zaułków praskiego getta (sto lat temu to słowo nie miało jeszcze tak złowieszczego wydźwięku). Cytat będzie długi, ale szkoda by mi było skrócić go choć trochę.
   Starzec miał w sobie coś nieprzyjemnego; odwróciłem uwagę od niego i przyglądałem się odrapanym domom, które w moich oczach przykucnęły na deszczu, jak stare leniwe zwierzęta.
   Jak one wyglądały przykro i staro! Budowane bez zastanowienia, stały jak zielsko, co wydobywa się z ziemi. Dobudowano je, bez względu na otoczenie, do niskich żółtych murów kamiennych, jedynych resztek dawniejszego szeroko rozpostartego budynku z przed dwóch - trzech stuleci. Tam połowa pochylonego domu z zapadającym się frontem. Inny obok, wyższy ponad inne, jak ogromny kieł. Pod pochmurnym niebem wyglądały one jak pogrążone we śnie i nie odgadłbyś chytrego, pełnego nienawiści życia, które czasami z nich wytryskało, gdy mgła jesiennych wieczorów zalega ulice i pomaga im ukryć swą cichą, ledwo dostrzegalną grę twarzy.
   Od czasu, gdy tu mieszkam, utrwaliło się we mnie to wrażenie i nie mogłem się go pozbyć. Są pewne godziny w nocy i o rannym brzasku, gdy domy te w jakimś podnieceniu prowadzą milczące, tajemnicze narady. I niekiedy zrywa się słabe drżenie poprzez ścianę, którego niepodobna wytłumaczyć, szmery płyną poprzez dachy i spadają w rynny deszczowe — my zaś je przejmujemy niebacznie tępymi zmysłami, nie śledząc ich przyczyny.
   Często roiło mi się, żem podpatrzył upiorne zachowanie się kamienic i dowiedziałem się z pełnym zgrozy podziwem, że one właśnie są utajonymi i istotnymi panami ulicy, że już to tracą żywot i czucie, już to do życia powracają, a w ciągu dnia mieszkańcom, co się tu gnieżdżą, udzielają go w pożyczce, następnej zaś nocy z lichwiarskim procentem domagają się go powrotnie.
   Wyobrażam sobie dziwnych ludzi, którzy mieszkają w tych domach niby widma, niby nie z matki urodzone — ludzi, którzy w myśleniu i działaniu zdają się być spojeni bez doboru, przeciągają przede mną w myśli i jestem skłonniejszy wierzyć, że takie sny tają w sobie ciemne prawdy, które na jawie tlą się we mnie, jako wrażenia z kolorowych baśni. [str. 39-40]
   Zdało mi się nagle, że wszystkie domy spoglądały na mnie podstępnym obliczem, pełne bezimiennej złośliwości; wrota były jak czarne, szeroko rozwarte gęby, w których język wygnił do cna; wielkie paszcze, które każdej chwili mogły wyrzucić przeraźliwy krzyk, tak przeraźliwy i pełny nienawiści, że zatrwożyłby nas wskroś po sam rdzeń duszy. [str. 51]
Opisana przez Meyrinka Praga nijak nie przypomina tej współczesnej, pocztówkowej. Zresztą duża część budynków na terenie żydowskiego getta została wyburzona na przełomie XIX i XX wieku. Ciekawe, co się wtedy stało z ludźmi pokroju tandeciarza Arona Wasserturma, którego fizys i charakter pasowały do dawnego Koguciego Zaułka, ale oglądane na tle nowiutkich kamieniczek, zdawałyby się jeszcze bardziej odpychające. Oczywiście: również w żydowskiej dzielnicy mieszkali porządni ludzie, a w trakcie lektury odnosiłam wrażenie, że było ich doprawdy niewielu. A wszyscy, i ci dobrzy, i ci źli, są więźniami jakichś namiętności: fizycznych, uczuciowych, mistycznych.
   Te plemiona żywiły względem siebie wzajemny utajony wstręt i obrzydzenie, łamiąc łączność bliskich związków krwi, lecz umiały trzymać je w ukryciu przed światem zewnętrznym, tak jak strzeże się niebezpiecznej tajemnicy.
   Nikt nie mógł ich przejrzeć i w tej solidarności równali się oni ślepcom, pełnym nienawiści, którzy się przywiązali do brudem przesiąkniętego sznura. Jeden obojgiem pięści, inny pomimo woli, tylko jednym palcem, lecz wszyscy ogarnięci zabobonną trwogą, że musieliby zginąć, gdyby opuścili wspólną podporę i odłączyli się od pozostałych. [str. 18]
Aron Wasserturm

Atanazy Pernat kilka razy trafia i do przyjemniejszych części Pragi, choćby na Hradczany i Złotą Uliczkę, przy której mieszkał też kiedyś Kafka, ale u Meyrinka nawet ulica Alchemików tonie w złowieszczych oparach.

Złowieszczość, ale nie groza, jest w tej powieści wszechobecna. Opisy, trochę poszatkowana wieloznaczna fabuła i tajemnicze zwroty zaczerpnięte z tarota i żydowskiego mistycyzmu dodatkowo potęgują ten nastrój. Na początku lektury jeszcze szukałam w internecie ich definicji, ale szybko ograniczyłam się do chłonięcia mrocznej atmosfery podsycanej ilustracjami Hugona Steinera-Praga (dwie z nich widoczne powyżej). Oczywiście potem dla zasady przeczytałam "Golema" raz jeszcze, z większą uwagą i nieco mniejszą przyjemnością.

Książkę tę można znaleźć w serwisie Wolne Lektury, ale ja wygrałam wersję papierową na blogu Zacisze wyśnione... Dołączono do niej zakładkę, która, o dziwo, skłoniła mnie do przyśpieszenia lektury. Jest wykonana ze specyficznego papieru, zupełnie matowego, jakby trochę tłustego w dotyku - trzymając ją w ręku, miałam wrażenie, że trzymam (dosłownie) skrawek innej rzeczywistości. Z tego samego materiału wykonana jest okładka. Na obu widnieją fragmenty ilustracji Steinera-Praga, a grzbiet okładki ma jakiś taki gliniasty kolor. Zwykle nie piszę tu o fizycznej postaci książki, ale sposób wydania "Golema" przez Vesper bardzo mi się spodobał. Na końcu zamieszczono posłowie autorstwa Macieja Płazy, który nieco przybliża postać Meyrinka i historię powstania powieści. Z kolei plusem ebooka w Wolnych Lekturach są przypisy. W tej czy innej formie książkę tę przeczytać warto.

wtorek, 21 maja 2013

LAMPART

Tytuł: Lampart (Il Gattopardo)
Pierwsze wydanie: 1958
Autor: Giuseppe Tomasi di Lampedusa
Tłumaczenie: Zofia Ernstowa
Wydawnictwo: PIW
Seria: KIK
ISBN: 83-06-01741-2
Stron: 232
Ocena: 5/5
SPOILERY

Już po przeczytaniu kilku akapitów "Lamparta" uświadomiłam sobie, że tym razem obcuję z Literaturą - właśnie tak, przez duże L. Wprawdzie Giuseppe Tomasi di Lampedusa jest autorem tylko tej jednej powieści (która w dodatku ukazała się dopiero po jego śmierci), ale dojrzałości literackiej mógłby mu pozazdrościć niejeden uznany pisarz.

Ujęła mnie łatwość (zapewne pozorna), z jaką Lampedusa tworzył sceny tak wyraziste i malownicze, że nawet mnie, osobie niemal pozbawionej wyobraźni przestrzennej i zupełnie wypranej z jakichkolwiek zdolności plastycznych, zdawało się niekiedy, że czytam o obrazie, który wisi na ścianie przede mną. Tym tropem poszedł też chyba Luchino Visconti - wiele ujęć ekranizacji  "Lamparta", którą wyreżyserował, można z powodzeniem przenieść na płótno (lub wydrukować), oprawić i podziwiać. 

Nie mogła nie przypaść mi do gustu tematyka powieści. Lubię schyłkowość - w literaturze i w filmie. Akcja "Lamparta" rozgrywa się w dużej mierze na początku lat sześćdziesiątych XIX wieku, w okresie walk o zjednoczenie Włoch. Główną postacią jest książę Fabrizio Corbera i to na przykładzie losów jego rodu, rodu Salina, Lampedusa opisał koniec pewnej epoki i początek nowej. Arystokracja powoli traci na znaczeniu, jej miejsce (i źródła dochodów) przejmują sprytni dorobkiewicze, którzy w porę się zorientowali i poparli zmiany.
"To wszystko nie powinno trwać, a jednak trwać będzie zawsze; oczywiście w ludzkim pojęciu "zawsze" - wiek, dwa, a potem będzie inaczej, ale gorzej. My byliśmy Lampartami i Lwami, zastąpią nas szakale i hieny; i wszyscy: lamparty, szakale, hieny, będziemy się uważali w dalszym ciągu za sól ziemi." [str. 155]
Arystokraci mogli biernie obserwować rozwój wydarzeń zza murów otaczających ich pałace albo wziąć udział w tworzeniu nowego porządku i czuwać, żeby nie odbiegał zanadto od starego. Czterdziestopięcioletni książę Salina wybrał tę pierwszą postawę. Czynne uprawianie polityki nie licowało z jego subtelnym intelektualizmem i dobrym smakiem. Zadowalał się trafnym przewidywaniem rozwoju wypadków, zaskakiwało go tylko tempo zmian. Podziwiał swojego siostrzeńca, Tancreda Falconeri, który na przewidywaniach nie poprzestawał, przeciwnie - starał się być stale w centrum wydarzeń. To właśnie Tancredi wypowiada kluczowe (a w każdym razie bardzo często cytowane) zdanie:
Jeśli chcemy, by wszystko pozostało tak, jak jest, wszystko musi się zmienić. [str. 25]
Zakłada czerwoną koszulę i bierze udział w wyprawie tysiąca Garibaldiego, której celem było obalenie dynastii Burbonów i przyłączenie Królestwa Obojga Sycylii do Włoch, potem wstępuje do regularnej armii nowego króla Wiktora Emanuela II, a z czasem otrzymuje tytuł księcia i prestiżowe stanowisko ambasadora. Równie umiejętnie lokuje swoje uczucia - poślubia piękną Angelikę Sedàra, której ogromny posag rekompensował wyjątkowo złe koneksje i umożliwiał Tancredowi zdobycie wyżej wymienionych zaszczytów, które w minionym porządku społecznym otrzymałby pewnie ze względu na swoje pochodzenie.

Ci członkowie rodu Salina, którzy postanowili trzymać głowy wysoko i nie pospolitować się z nuworyszami, zapłacili za to utratą części majątku i prestiżu. Widać to wyraźnie w ostatnim rozdziale powieści, w którym czytamy o trzech starych już (mamy 1910 rok) i niezamężnych córkach księcia Fabrizia, kurczowo trzymających się resztek dawnej świetności. Przy czym okazuje się, że to, co tak wytrwale pielęgnowały, to fałsz i imitacja. Doprawdy, autor obszedł się z pannami Salina wyjątkowo okrutnie, zwłaszcza z Concettą, meblując jej pokój wszystkimi niespełnionymi marzeniami (szczegóły - w książce). W tej właśnie części szczególnie widać, jak subtelnie, nienachalnie Lampedusa posługuje się symbolami. 

Również przedostatni rozdział nie dotyczy wydarzeń z lat sześćdziesiątych XIX wieku; w całości traktuje o śmierci księcia w 1883 roku. Don Fabrizio ma świadomość bliskiego końca i robi bilans swojego życia, próbuje "wydobyć z olbrzymiego kopca popiołu pasywów złote słomki szczęśliwych chwil" [str. 205].
"Mam siedemdziesiąt trzy lata, z czego licząc  z grubsza żyłem, naprawdę żyłem w sumie dwa... co najwyżej trzy lata. A cierpienia, nuda - ile tego było? Nie warto silić się na obliczenia: cała reszta - siedemdziesiąt lat! [str. 207]
Warto by było przytoczyć ten rozdział w całości - świetna proza o odchodzeniu.

***

"Lampart" to z jednej strony uniwersalna opowieść o upadku starego porządku i budowaniu nowego, ale wszystko to dzieje się w bardzo konkretnym miejscu i czasie, które Lampedusa precyzyjnie i malowniczo opisuje. Sporo miejsca poświecił wyjaśnieniu, dlaczego Sycylia - niemal pionowo padające promienie słoneczne, historia, krajobraz - jest miejscem tak wyjątkowym, determinującym w dużym stopniu życie mieszkańców, którzy mogą wyzwolić się spod jej wpływu tylko pod warunkiem, że opuszczą wyspę przed ukończeniem dwudziestu lat. Opisy przyrody są po prostu świetne - kilka przytoczyłam na końcu wpisu.


Skoro spodobały mi się nawet opisy przyrody, to oczywiste jest, że i styl autora musiał mi przypaść do gustu. Podobno "Lampart" stylizowany jest na powieść dziewiętnastowieczną. W 1958 roku jego "klasyczność" musiała budzić zgorszenie wśród krytyków.
Narracja jest trzecioosobowa, śledzimy wydarzenia z punktu widzenia księcia Salina (oczywiście nie dotyczy to ostatniego rozdziału), nurzamy się w tym wieku dziewiętnastym, ale kilka razy autor wyskakuje z anachronicznym porównaniem w rodzaju:
znowu zaskoczyło go zawrotne tempo historii; wyrażając się bardziej nowocześnie, powiemy, że [...] don Fabrizio poczuł się jak współczesny człowiek, który myśląc, że siada do samolotu starego typu kursującego między Neapolem a Palermo, nagle zdaje sobie sprawę, że znalazł się w samolocie ponaddźwiękowym, którym doleci do celu swojej podróży, zanim jeszcze zdąży się przeżegnać. [str. 82]
Nie, nie, nie. Nie spodobały mi się tego rodzaju metafory i odautorskie aluzje. Niszczyły na chwilę klimat; to jedyna wada, jaką dostrzegam w tej powieści. No, może przyczepię się jeszcze do tego, że podróż ojca Pirrone (rozdział piąty) do rodzinnego domu burzy nieco kompozycję - przechodzimy z arystokratycznego świata i jego problemów polityczno-filozoficznych do nieplanowanej i pozamałżeńskiej ciąży siostrzenicy księdza.

Mimo tych drobiazgów powieść podobała mi się ogromnie. Przeczytałam ją (dwa razy) w tłumaczeniu Zofii Ernstowej, po czym dowiedziałam się, że kilka lat temu ukazało się nowe - Roberta Kasprzysiaka. Myślę, że warto mieć oba. Polecam również wspomniany już film Viscontiego, ale raczej po lekturze. Pojawia się on w różnych wersjach - ja widziałam tę trochę przyciętą, mniej więcej trzygodzinną, z dialogami po włosku. Ostrzegam: już podczas seansu nachodzi człowieka ochota, żeby polecieć na Sycylię. Piękny film. W starym stylu, ale piękny. Kilka fotosów:

Burt Lancaster jako książę Salina (źródło)

Claudia Cardinale jako Angelika Sedàra (źródło)

Alain Delon jako Tancred Falconeri (źródło)

(źródło)

Bal (źródło)

***   ***   ***

I na koniec kilka opisów:
Wenus błyszczała jak ziarnko wyjęte z winnego grona, przezroczyste i wilgotne, lecz zdawało się, że już słychać furkot słonecznej kwadrygi podjeżdżającej stromą drogą do linii horyzontu; niedługo potem napotykali pierwsze stada, popędzane kamieniami przez bosych pasterzy, sunące naprzód leniwie jak mętne wody przypływu; wełniste grzbiety owiec były miękkie i różowe w pierwszym brzasku jutrzenki; po drodze trzeba było uśmierzać gwałtowne zatargi wyżłów z psami owczarskimi; po tych ogłuszających przerwach w marszu, skręcali zboczem wzgórza i zagłębiali się w odwieczną ciszę pasterskiej Sycylii. Nagle wszystko oddalało się nieskończenie w przestrzeni i bardziej jeszcze w czasie. Donnafugata ze swoim pałacem, ze swymi nowobogackimi była odległa zaledwie o dwie mile, lecz jej wspomnienie spłowiało jak dalekie krajobrazy widywane czasem przez wylot tunelu kolejowego; jej troski i przepych wydawały się jeszcze mniej ważne, niż gdyby należały do przeszłości, bo w porównaniu z tym niezmienionym od wieków ustroniem zdawały się być dopiero sprawą przyszłości, nie czymś z kamienia i ciała, ale czymś wysnutym z przędzy marzeń, owocem jakiejś utopii wykołysanej przez wiejskiego Platona; wystarczyłby drobny przypadek, żeby to wszystko uległo zmianie albo przestało istnieć. Tak więc pozbawione tej odrobiny dynamiki, jaką zachowuje w sobie wszystko, co należy już do przeszłości, te troski i ten przepych Donnafugaty nie mogły już przyprawiać o udrękę. [str. 77]
***
Skoro dotarli na szczyt góry, rzadko porośnięty tamaryszkiem i drzewami korkowymi, ujrzeli przed sobą krajobraz prawdziwej Sycylii, w porównaniu z którym barokowe miasta i gaje pomarańczowe są niczym; był to krajobraz wyżarty słońcem, falisty; niezliczone nagie, niemal nierzeczywiste wzgórza ciągnęły się jedno za drugim, bez końca. Niemożliwością było wyobrazić sobie, jak wyglądały ich kontury w natchnionym momencie stworzenia: przypominały morze, które skamieniało nagle, w chwili gdy raptowna zmiana wiatru zakotłowała fale. Donnafugata, skulona, kryła się w jakimś bezimiennym załamku terenu i nie było widać żywej duszy, jedynie rzędy krzewów winnej latorośli wskazywały na obecność człowieka. Z jednej strony, za linią wzgórz, widniała kryształowa plama w kolorze indygo: morze, bardziej jeszcze jałowe od ziemi. [str. 85-86]
***
W sinym świetle godziny piątej rano Donnafugata ziała pustką i przedstawiała rozpaczliwy widok. Przed każdym domem wzdłuż trędowatych murów walały się resztki nędznego jadła; trzęsące się psy pożerały je z nigdy nie nasyconą łapczywością. Niektóre drzwi były już otwarte i smród stłoczonych na noc w ciasnych izbach ludzi dolatywał na ulicę; w chybotliwym świetle lamp matki spoglądały na powieki chorych na egipskie zapalenie oczu dzieci; większość tych kobiet była w żałobie, niektóre były żonami owych widm napotykanych znienacka na zakrętach opustoszałych dróg. Mężczyźni brali w ręce motyki i szli na poszukiwanie tych, którzy, jeśli Bóg pozwoli, zechcą im dać pracę. Głuchą ciszę przerywały od czasu do czasu piskliwe wrzaski histerycznych głosów. Od strony klasztoru Santo Spirito cynowy świt zaczynał podświetlać ołowiane chmury. [...]
Chevalley wsiadł do pocztowego dyliżansu, którego koła miały kolor wymiotów. Wychudzona, pokryta bliznami szkapa ruszyła w daleką drogę.
Dzień wstał zaledwie: tej odrobinie światła, której udało się przedrzeć przez zasłonę chmur, stanęły z kolei na przeszkodzie niewiarygodnie brudne szyby. Chevalley jechał sam; podskakując i odbijając się na wszystkie boki, poślinił czubek wskazującego palca i przetarł mały skrawek szyby. Wyjrzał - przed nim w świetle koloru popiołu podrygiwał nieuchwytny krajobraz, dla którego nie było odkupienia. [str. 154-155]

środa, 14 marca 2012

ŚMIERĆ CZESKIEGO PSA

Tytuł: Śmierć czeskiego psa
Pierwsze wydanie: 2009
Autor: Janusz Rudnicki

Wydawnictwo: W.A.B.
Seria: Archipelagi
ISBN: 978-83-7414-639-5
Stron: 205


Zastanawiam się czasami, czy to, że tak dużą wagę przykładam do stylu, nie świadczy aby o moim czytelniczym zblazowaniu. Potrafię docenić dobrą fabułę, uważam, że to ona jest istotą prozy (i wcale nie widzę sprzeczności między tym stwierdzeniem i pierwszym zdaniem wpisu), ale oryginalna trafia się rzadko, więc na ogół zadowala mnie już efektowne opakowanie. To się odnosi tylko do książek;).

Na blogu przyklejam stylistom specjalną etykietkę. Po przeczytaniu "Śmierci czeskiego psa" naznaczam nią również Janusza Rudnickiego. Bo bez względu na to, czy jakieś opowiadanie z tego zbioru spodobało mi się czy nie, to prawie w każdym znalazło się zdanie, zwrot lub nawet cały akapit wart zanotowania. Co więcej, w trakcie czytania, rozłożonego na jakiś tydzień, zdarzało mi się myśleć może nie stylem Rudnickiego, ale à la Rudnicki. Oznajmiającym.
Hamburg-Berlin. Pakuję się, sprzątam, chcę wymyć naczynia, maszyna pokazuje czerwone światełko. Wiem, sól się skończyła. Trzeba wsypać nową. Zachwianie ośrodka decyzyjnego, wsypać? Trzeba otworzyć worek z solą, trzeba wysunąć dolną szufladę maszyny, trzeba przechylić się i wsypywać. Precyzyjnie. Tak, żeby cała ta tej soli strużka sypała się do całego tego otworu, a nie na cały ten bok. Trzeba tak stać pochylonym i czekać. Aż cała ta sól się wysypie. A ona sypie się bez końca. Sypie i sypie. Wsypywać? Ten widok mnie pochylonego z czymś, z czego sypie się coś, co jakby w tym sypaniu się zastygło. A ja razem z tym czymś, na wieczność, jak pomnik człowieka sypiącego sól. Nie sypię, pakuję się, wychodzę, zamykam drzwi.
[początek opowiadania "Jeżdżąc", str. 142]
(Ciekawe, jaką faunę zastał w zmywarce po powrocie do domu).

Polubiłam absurd i zgryźliwość w wydaniu tego autora, bo towarzyszy im dystans do siebie i autoironia. Te dwie ostatnie cechy są ważne, bo narratorem większości opowiadań, a niekiedy również ich bohaterem jest Janusz Rudnicki, zapewne sfabularyzowany, ale jednak we własnej osobie. Zawieszony między Niemcami, Polską i Czechami, wyszarpujący przyczynek do literatury z czego się tylko da: z artykułu w gazecie, z filmu dokumentalnego w telewizji, z własnych wspomnień, przeżyć, lektur.

Rudnicki lubi odbrązawiać, to było widać w jego artykule z pierwszego numeru "Książek", w którym "palił lektury", a który wydał mi się dość tanią prowokacją. Tu zabrał się, z właściwą sobie zgryźliwością i czepialstwem, za pisarzy, m.in. Andersena, Heinricha Heinego, Roberta Walsera, Jamesa Joyce'a. Twórczość Joyce'a wciąż jeszcze przede mną, ale teraz już nie podejdę do niej na kolanach;). Niektórzy twierdzą, że żeby wniknąć w istotę czytanego utworu, należy znać dobrze biografię autora i jego czasy. A jednak, czy literatura nie traci wtedy sporo ze swego uroku? Prawie bezzębny Andersen w paryskich burdelach. Joyce żebrzący u wszystkich o pieniądze, rzekomo na jedzenie, a naprawdę głównie na alkohol, skrupulatnie wyliczający swoim adresatom/mecenasom składniki i ceny swoich posiłków oraz częstotliwość (efektownie niską) ich spożywania...

Trudno mi ocenić tę książkę jako całość, bo opowiadania w niej zebrane są bardzo różne. Niektóre podobały mi się szczególnie (tytułowe, "Robaczywy pacierz", "Zawał mam", "Andersen, Andersen", "Jeżdżąc", "Alma", "Księga skarg i zażaleń"), niektóre niezbyt ("Na wyciągu", "Tu stacja Kędzierzyn-Koźle!", "Na barykadzie", "Cierpienia głupiego Augusta"), pozostałe - mogą być.

Zastanawiam się nad interpretacją opowiadania "Na wzgórzu", które Rudnicki uważa (uważał w 2010 roku) chyba za najlepszą swoją krótką formę.
To autentyczna historia policjanta, który zjechał na chodnik i wysłał na tamten świat dwoje dzieci. Zjechał, bo na drogę wyleciał mu pies. Wiedziałem natychmiast, że o tym napiszę, nie wiedziałem, jako kto tym razem mam wystąpić. Napraszał się policjant, ewentualnie matka, za każdym razem byłoby to inne opowiadanie, ale nagle mnie olśniło, zacząłem od "Tym psem byłem ja" i reszta napisała się sama. Czarny i zły, wysoce amoralny, nihilistyczny i perwersyjny skowyt, ale myślę, na swój sposób piękny. O tym tekście myślałem, pisząc na okładce, że jestem prawie pod ścianą. [źródło: Wyborcza.pl]
Może ktoś z Was czytał? Czy to swego rodzaju mowa obrońcy Bogu ducha winnego psa, na którym po wypadku skrupiła się społeczna złość?  Sama nie wiem.

***

Do przeczytania "Śmierci czeskiego psa" zachęcała mnie prawie rok temu Anna, nie zdecydowałam się wtedy na to, ale tytuł sobie zakonotowałam. Specyficzna proza. Nie da się wyrobić o niej zdania na podstawie fragmentów, trzeba się w nią wgryźć, żeby possać szpik.

Zachęcam do lektury wywiadu Jakuba Winiarskiego z Rudnickim (ciekawa rozmowa, kiczowaty baner).

***

Kilka cytatów:

I tak sobie idziemy, lekką nogą przez pożary, bez ognia, i potopy, bez wody. Co rusz słysząc śmiech, bez pokoleń. [str. 69, "Zawał mam"]
Człowiek człowiekowi człowiekiem. [str. 149, "Jeżdżąc"]
A ja, zamiast się przesiąść, to nie, to się nie przesiadam, nie, ja siedzę i napawam się odrazą własną. Napawam, ponieważ im większa moja nienawiść do bliźniego, tym większa moja miłość własna. Z takimi jak ja pokoju nie będzie. [str. 151, "Jeżdżąc"]
Siedziałem więc wtedy pod katedrą i nie wiedziałem, co dalej. Zimno się zrobiło, zaczęło lekko padać, ludzie poznikali, siedziałem sam. I wtedy usiedli obok na ławce oni. Ona i ich dwóch. Ona: jak sztuczny kwiat ze strzelnicy, oni: jak tę strzelnicę obsługujący. [str. 157, "Jeżdżąc"]


środa, 30 listopada 2011

DAMY Z GRACE ADIEU I INNE OPOWIEŚCI

Tytuł: Damy z Grace Adieu i inne opowieści (The Ladies of Grace Adieu and Other Stories)
Pierwsze wydanie: 2006
Autorka: Susanna Clarke
Tłumaczenie: Ewa Rudolf
Ilustracje: Charles Vess

Wydawnictwo Literackie
ISBN: 978-83-08-04063-8
Stron: 290

Ocena: średnio 3+/5



Prawie dwa lata temu zauroczyła mnie powieść Susanny Clarke pt. "Jonathan Strange i pan Norrell". Wiedziałam, że wydano u nas również zbiór opowiadań tej autorki, których akcja toczy się mniej więcej w tym samym okresie i w których pojawiają się ci sami bohaterowie, ale jakoś nie mogłam na niego trafić. Aż niedawno wypatrzyłam go na bibliotecznej półce i nie omieszkałam zabrać ze sobą, choć przecież miałam tylko oddać książki...

Opowiadań jest osiem, wszystkie czytało mi się bardzo przyjemnie, ale tak naprawdę podobały mi się trzy: tytułowe "Damy z Grace Adieu", "Pani Mabb" i zwłaszcza "Pan Simonelli lub wdowiec z Faerie"
W pozostałych tkwiło dużo potencjału, ale wydał mi się nie do końca wykorzystany. Dotyczy to zwłaszcza opowiadania pt. "Książę Wellington gubi swego konia" i z wioski Mur (znanej z "Gwiezdnego Pyłu" Gaimana) przypadkowo trafia do Faerie - mogło się tam tyle wydarzyć, a tymczasem cała historia zajmuje ledwo niecałe dziewięć stron i nie jest, łagodnie mówiąc, porywająca. W "Jonathanie Strange'u i panu Norrellu" zdarzały się przypisy podobnej długości i bardziej treściwe. (Nawiasem pisząc, z panem Norrellem nie mamy tu do czynienia, a pan Strange jest tylko drugoplanową postacią w pierwszym utworze).

Oczywiście krótka forma narzuca pisarzowi pewne ograniczenia, ale myślę, że dałoby się tu pomieścić nieco bardziej charyzmatycznych bohaterów i trochę bardziej skomplikowane fabułki. Na końcu Susanna Clarke dziękuje osobom, które namówiły ją do napisania pierwszego opowiadania, choć nie miała na to ochoty. Odnoszę wrażenie, że ten brak chęci rzuca się niekiedy w oczy. 

Mimo wszystko warto sięgnąć po ten zbiór, choćby dla tych trzech wspomnianych opowiadań. I dla lekkiego, eleganckiego stylu autorki, który osobiście bardzo lubię i cenię. 

***

Tym razem Wydawnictwo Literackie bardziej się postarało niż przy powieści Clarke: opublikowało książkę w twardej oprawie i z ilustracjami Charlesa Vessa. 


Karta tytułowa tego opowiadania w tym wydaniu wygląda identycznie, choć tekst jest oczywiście po polsku.

środa, 16 listopada 2011

AUTOBIOGRAFIE

Tytuł: Autobiografie (Autobiographische Schriften)
Pierwsze wydanie: informacja w tekście
Autor: Thomas Bernhard
Tłumaczenie: Sława Lisiecka

Wydawnictwo: Czarne
ISBN: 978-83-7536-239-8
Stron: 445

Ocena: 5/5

Prawdę, myślę, zna tylko ten, kogo ona dotyczy, a gdy pragnie się nią podzielić, automatycznie staje się kłamcą. Wszystko, co komunikujemy, może być tylko fałszem i zafałszowaniem, tak więc zawsze komunikowano tylko fałsz i zafałszowania. Wola prawdy to, jak każda inna wola, najszybsza droga do fałszu i zafałszowania danego stanu rzeczy. A próba zapisania czasu, okresu życia, istnienia, bez względu na to, jak bardzo jest odległy, i bez względu na to, czy był krótki, czy długi, jest gromadzeniem setek, tysięcy i milionów fałszów i zafałszowań, które opisującemu i piszącemu znane są wszystkie jako prawdy i tylko jako prawdy. Pamięć dokładnie trzyma się zdarzeń, trzyma się dokładnej chronologii, ale to, co z tego wychodzi, jest czymś innym, niż było w rzeczywistości. [str. 120]
Owszem, opis nigdy nie odzwierciedli w pełni złożoności istnienia osoby, przedmiotu czy wydarzenia, którego dotyczy, ale słowa "kłamca" i "zafałszowanie" wydają mi się tutaj nie na miejscu - oba oznaczają działanie świadome i celowe, podczas gdy komunikujemy się tak, a nie inaczej, bo lepiej - na tym etapie ewolucji - się po prostu nie da. Zastanawiam się, co właściwie Bernhard chciał przez to powiedzieć: czy to tylko jeden z wielu momentów, w których popada w skrajności i przerysowuje (czego nie mam mu za złe, ja to robię permanentnie), czy może stworzył sobie w ten sposób swego rodzaju alibi, na wypadek gdyby ktoś przedstawił inną wersję przytaczanych w "Autobiografiach" wydarzeń.

Książka składa się z kilku części, które pierwotnie były publikowane osobno:
Przyczyna. Przypomnienie (1975)
Suterena. Wyzwolenie (1976)
Oddech. Decyzja (1978)
Chłód. Izolacja (1981)
Dziecko (1982).

Thomas Bernhard (1931-1989) opowiedział w nich o swojej wczesnej młodości i o dzieciństwie, właśnie w tej kolejności. Opisał opresyjną, tłamszącą atmosferę Salzburga; terror psychiczny i fizyczny w kierowanym najpierw przez oficera SA, a potem przez księdza internacie; system oświaty, który zamiast uczyć, ogłupia; praktykę w sklepie znajdującym się w najgorszej dzielnicy miasta; pobyty w szpitalach i sanatoriach, niekompetencję lekarzy i ich pogardę wobec pacjentów; wreszcie - swoje skomplikowane relacje rodzinne. Wiele miejsca poświęcił dziadkowi, który miał na wnuka ogromny wpływ, od którego Thomas Bernhard przejął wiele poglądów i postaw. Przede wszystkim nonkonformizm i przekonanie, że zdecydowanie wyrasta ponad przeciętność.

To właśnie dziadek zadecydował, że chłopiec zamieszka w nazistowskim internacie i będzie uczęszczał do nazistowskiej (innych zapewne wtedy nie było) szkoły w Salzburgu. Z miastem tym Thomas Bernard czuł się potem przez całe życie związany - z powodu traumy, nie miłości.
Salzburg stanowi perfidną fasadę, na której świat nieustannie odmalowuje swoje zakłamanie i za którą wszystko, co jest twórcze (lub każdy, kto jest twórczy), musi zmarnieć, sczeznąć i obumrzeć. Moje rodzinne miasto to w rzeczywistości śmiertelna choroba, wrodzona i wszczepiona jego mieszkańcom, jeśli więc nie odejdą w decydującym momencie, to wprost lub nie wprost, wcześniej czy później będą musieli we wszystkich tych odrażających warunkach albo popełnić nagle samobójstwo, albo też, wprost lub nie wprost, nędznie i powoli zmarnieć w tej w gruncie rzeczy na wskroś wrogiej człowiekowi architektoniczno-arcybiskupio-tępo-narodowo-socjalistyczno-katolickiej ziemi. [str. 10]
(...) to miasto jest miastem przez wieki nikczemnie batożonym przez katolicyzm, a przez dziesiątki lat brutalnie gwałconym przez narodowy socjalizm, co ma swoje konsekwencje. Młody, wrośnięty w nie i rozwijający się w nim człowiek wyrasta w swoim życiu nieomal w stu procentach na katolika albo narodowego socjalistę, toteż mając w tym mieście do czynienia z ludźmi, zawsze mamy do czynienia wyłącznie z (stuprocentowymi) katolikami albo z (stuprocentowymi) narodowymi socjalistami, nienależąca do nich mniejszość jest śmieszna. Zatem duch tego miasta to przez cały rok katolicko-narodowosocjalistyczna bezduszność, a wszystko inne jest kłamstwem. [str. 69]
Bernhard właściwie, na pewnym poziomie, zrównuje katolicyzm z nazizmem, oba nazywa "złośliwą chorobą". Przekonał się na własnej skórze, że metody wychowawcze oficera SA i prefekta katolickiego internatu były w gruncie rzeczy identyczne, zmieniły się jedynie dekoracje.
Pochłaniane teraz i połykane każdego dnia, a więc w przybliżeniu około trzystu razy w roku, ciało Chrystusa przypominało jota w jotę codzienne tak zwane oddawanie hołdu Adolfowi Hitlerowi, w każdym razie, pomijając fakt, że chodzi tu o dwie zupełnie różne wielkości, miałem wrażenie, że ceremonia ta ma ten sam cel i skutek. A podejrzenie, że teraz w obcowaniu z Jezusem Chrystusem chodzi o to samo, o co jeszcze rok czy pół roku temu chodziło z Adolfem Hitlerem, niebawem się potwierdziło. Jeśli przyjrzeć się pieśniom i śpiewom chóralnym, jakie musieliśmy wykonywać w internacie zarówno w czasach nazistowskich, jak i po czasach nazistowskich w celu wielbienia i czczenia tak zwanej niepospolitej osobowości, wszystko jedno jakiej, musimy powiedzieć, że są to ciągle te same teksty do ciągle tej samej muzyki, a w sumie wszystkie pieśni i śpiewy chóralne świadczą wyłącznie o głupocie, podłości i braku charakteru tych, którzy śpiewają te pieśni i chorały z takimi tekstami, jedynie głupota nakazuje je śpiewać, a głupota jest wszechogarniająca i powszechna na całym świecie. Przestępstwa wychowawcze zaś, które wszędzie na całym świecie popełnia się w zakładach wychowawczych na podopiecznych, są zawsze popełniane w imię jakiejś niepospolitej osobowości, bez względu na to, czy ta osobowość nazywa się Hitler czy Jezus i tak dalej. [str. 67-68]
Głupota jest powszechna, bo społeczeństwa i rządy na przestrzeni wieków wypracowały sprawny system ogłupiania ludzi, unicestwiania indywidualizmu jednostek.
Nie ma w ogóle rodziców, istnieją tylko przestępcy płodzący nowych ludzi, którzy z całą swoją głupotą  i tępotą występują przeciw tym nowym spłodzonym przez siebie ludziom, a w owym przestępczym działaniu wspierają ich rządy, niezainteresowane człowiekiem oświeconym, czyli naprawdę dotrzymującym kroku swojej epoce, ponieważ naturalnie jest to sprzeczne z ich celami, toteż miliony i miliardy półgłówków raz po raz, prawdopodobnie jeszcze przez dziesiątki, a może i setki lat, będą produkowały kolejne miliony i miliardy półgłówków. Rodziciele albo ich zastępcy w ciągu trzech pierwszych lat życia nowego człowieka robią z niego to, czym będzie musiał być przez całe swoje życie i czego nie zdoła  nijak zmienić: nieszczęśliwą naturę, czyli totalnie nieszczęśliwego człowieka (...) [str. 56-57]
Autor pisze, że potrzebował trzydziestu lat, żeby otrząsnąć się ze skutków popełnionej również na nim zbrodni wychowania, tak zwanego wychowania, ale swoje "Autobiografie" doprowadza tylko do 1951 roku, więc nie śledzimy całego tego procesu. Rozpoczął się on chyba w momencie, kiedy piętnastoletni Thomas zatrzymał się w drodze do znienawidzonego gimnazjum, zawrócił i udał się do urzędu pracy, gdzie wystarał się o praktykę w sklepie w najgorszej z dzielnic Salzburga. Chciał pójść w przeciwnym kierunku, a chyba żadne miejsce nie mogło być bardziej odległe od dotychczasowej ścieżki prowadzącej na artystyczne wyżyny niż osiedle Scherzhauserfeld.
Mieszkać w osiedlu Scherzhauserfeld znaczyło mieszkać w centrum brudnej plamy i plamy na honorze, tutaj, według opinii całego miasta, żyli trędowaci, a mówić o osiedlu Scherzhauserfeld nie znaczyło nic innego, jak mówić o przestępcach, a ściślej o kryminalistach i pijakach, w gruncie rzeczy zaś o upijających się kryminalistach. Całe miasto omijało Scherzhauserfeld z daleka, pochodzić z Scherzhauserfeld i czegoś pragnąć, oznaczało wyrok śmierci. Określane gettem przestępców Scherzhauserfeld ciągle było osiedlem, z którego do reszty miasta mógł się przedostać jedynie występek, a jeśli ktoś przybywał z osiedla Scherzhauserfeld, znaczyło to tylko, że do miasta przybywa przestępca. [str. 116]
Bernhard skupia się na swoich wewnętrznych ewolucjach i przemyśleniach, ale, co oczywiste, były one ściśle powiązane z okolicznościami zewnętrznymi. Dziadek wpoił mu zainteresowanie filozofią, jednak wnuk nie zawsze chodził z głową w chmurach, był bystrym obserwatorem otoczenia, co znalazło odzwierciedlenie w "Autobiografiach". Bardzo mi się podobały naturalistyczne relacje z pobytu Bernharda w szpitalach i w sanatoriach (chorował na gruźlicę), np. ten:
Mijając mnie, ludzie ci, niewątpliwie ostatecznie wypchnięci poza nawias społeczeństwa, odkręcali z obrzydzeniem, żałośnie i jakby urażeni w swojej świętej dumie, brązowe butelki do odpluwania i odpluwali do nich, z perfidną podniosłością wydobywali tu wszędzie, bezwstydnie i z sobie tylko właściwą wyrafinowaną sztuką, plwocinę z nadżartych płuc i odpluwali ją do butelek. Korytarze wypełniał ten uroczysty pochód wielu tuzinów zżartych płuc i człapanie filcowych pantofli po linoleum nasączonym karbolem. Odbywała się tu procesja, która kończyła się w leżalni, w tak uroczystym nastroju, z jakim spotykałem się dotąd tylko na katolickich pogrzebach, każdy uczestnik tej procesji niósł przed sobą własną monstrancję: brązową butelkę do odpluwania. Kiedy ostatni wchodził na werandę i układał się tam w jednym z długiego szeregu zardzewiałych okratowanych łóżek, kiedy wszystkie te ciała, od dawna już zeszpecone przez chorobę, o długich nosach, o długich rękach i krzywych nogach, o dusząco zgniłym zapachu, zawinęły się w wytarte, wyszarzałe, stęchłe, w ogóle nie dające ciepła pledy, które ja mogłem nazwać jedynie derkami, zapadała cisza. (...) Wszyscy pacjenci nieustannie produkowali plwocinę, większość z nich w dużych ilościach, wielu miało ze sobą nie tylko jedną, ale kilka butelek, jak gdyby nie istniało dla nich pilniejsze zadanie  nad produkowanie plwociny, jak gdyby zagrzewali się wzajemnie do coraz większej produkcji plwociny, współzawodnictwo odbywało się tu codziennie, a zwycięstwo odnosił ten, kto był najbardziej skoncentrowany i odpluł najwięcej do butelki. [str. 272-273]
Liczba cytatów, które tu zamieszczam, świadczy o tym, że spodobał mi się styl autora. Początkowo irytowały mnie częste powtórzenia, te wszystkie uściślenia - "czyli", "tak zwany" itd., nieco emfatyczna kursywa. Nieznośna pewność siebie, pewność swoich przekonań, opinii i sądów, zwłaszcza że poglądy na wiele spraw miał, łagodnie mówiąc, radykalne. A jednak w trakcie lektury zaczęłam coraz lepiej rozumieć, dlaczego Thomas Bernhard stał się właśnie takim, a nie innym człowiekiem, po przeczytaniu ostatniej części pt. "Dziecko" poczułam do niego nawet coś w rodzaju sympatii pomieszanej ze współczuciem.

"Autobiografie" to interesująca opowieść o trudnym dzieciństwie, trudnej młodości i trudnych czasach. Nie jest to lektura z gatunku lekkich, łatwych i przyjemnych, może z wyjątkiem przyjemności płynącej z czytania bardzo dobrze napisanej książki. To moje pierwsze spotkanie z Bernhardem, ale z pewnością nie ostatnie. O wielu sprawach myślimy podobnie, no ale ja nie mam tak nieprawdopodobnie wysokiej samooceny:).

Ludzie, którzy wiedzą, że umierają, niczego drugiemu bardziej nie zazdroszczą niż takiej szczęśliwej śmierci bez umierania. Pomyślałem sobie, kiedy wynosili przekupnia z Mattighofen, że śmierć taka leżała w jego naturze, Ten człowiek nie mógł umrzeć inaczej. Złapałem się na tym, że zazdroszczę przekupniowi jego śmierci, sam bowiem nie mogłem mieć pewności, że kiedyś odejdę w przeszłość, przeminę tak nagle, w jednej chwili, tak zupełnie bezboleśnie. W końcu śmierć bez umierania przypada w udziale jedynie nielicznym. Umieramy od momentu narodzin, ale o umieraniu mówimy dopiero pod koniec tego procesu, chociaż czasem koniec ten ciągnie się jeszcze koszmarnie długo. Umieraniem nazywamy ostatnią fazę naszego procesu umierania, trwającego całe życie. A kiedy chcemy się od umierania wykręcić, wzbraniamy się przed zapłaceniem rachunku. Myślimy o samobójstwie, trzymając przed oczami ów rachunek przedstawiony nam pewnego dnia, i szukamy wówczas schronienia w całkiem niskich i płaskich myślach. Zapominamy, że wszystko, co nas dotyczy, jest hazardem, i wskutek tego dokonujemy naszych dni w rozgoryczeniu. U kresu życia  tylko beznadziejność stoi dla nas otworem. Rezultatem jest pokój śmierci, w którym się umiera, raz na zawsze. Wszystko to zwykłe oszustwo. Całe nasze życie, jeśli przyjrzeć mu się dokładnie, jest tylko marnym kalendarzem zdarzeń, z którego została wreszcie zerwana ostatnia kartka. [str. 228-229]

"Ale najpierw żyjemy". (To akurat nie jest cytat z Bernharda).


sobota, 29 października 2011

ŻYCIE, A ZWŁASZCZA ŚMIERĆ ANGELIKI DE SANCÉ

Tytuł: Życie, a zwłaszcza śmierć Angeliki de Sancé
Autor: Jacek Podsiadło
Pierwsze wydanie: 2008

Wydawnictwo: Znak
ISBN: 978-83-240-1016-5
Stron: 334

Ocena: 3+/5


Surrealistyczna, acz miła lektura. Składa się z wielu krótkich rozdziałów o dziwacznych tytułach, z których to rozdziałów część ma charakter autobiograficzny, a inne to zwiariowane historie o kolejnych związkach tytułowej Angeliki - autor dowolnie zakrzywia w nich czas i przestrzeń.

Czytałam z zainteresowaniem, bo lubię sobie od czasu do czasu spojrzeć na świat cudzymi oczami, z perspektywy kogoś zupełnie innego niż ja. A z kim jak z kim, ale z Jackiem Podsiadłą nie łączy mnie chyba nic, może poza tym, że pochodzimy z jednego regionu w Świętokrzyskiem. Autor opisuje siebie jako totalnego luzaka, który żyje po swojemu, owszem - czasami niemal o chlebie i wodzie, ale po swojemu. Tego się właśnie spodziewałam, bo jakiś czas temu czytałam z nim wywiad w Wyborczej. Nie uważam siebie za materialistkę, ale on jest chyba antymaterialistą.
   W gruncie rzeczy pragnę tylko napisać coś o naturze leniuchowania, o pożytkach z niego płynących. O tym, że przyjemnie jest wylegiwać się na drzewie jak leniwiec. Wyjadać ze słoika domowe konfitury jabłkowo-bzowe. Leżeć w trawie jak legawiec. Rano patrzeć, jak słońce uruchamia odblaski na liściach dzikiego szczawiu, a wieczorem piec ziemniaki w ognisku i pleść banialuki. Raz dziennie jechać rowerem do telefonu, żeby porozmawiać z synem. Słuchać ptaków. Leżeć w śpiworze i znowu słuchać ptaków. Robota to głupota. Jasne, że dobrze jest zmyć statki raz na tydzień, posiać kalarepę albo narżnąć drzewa, ale jeździć dzień w dzień wózkiem widłowym po jakiejś zwariowanej kopalni w Zabrzu? Obstawiam, że długo jeszcze będzie nam się ze Śliwą udawało omijać wszelkie kopalnie z daleka. Od wieków tylko módl i się i pracuj, módl się i pracuj. Oratoria i laboratoria, paranoja. Ci wszyscy prezydenci, co wywołują wojny, to też z przepracowania. Gdybym ja był głową państwa, jego godło stanowiłby hamak. [str. 177-178]
No cóż, gdyby takie podejście do życia było powszechne w paleolicie, to ludzkość do dziś by w nim tkwiła, a Jacek Podsiadło mógłby sobie tylko pomarzyć o telefonie, rowerze i wózku widłowym i ziemniakach (chyba że przyszedłby na świat w jakiejś jaskini w Andach).


Nie ma tu żadnego motywu przewodniego. Rozdziały autobiograficzne traktują o epizodach z bardzo różnych okresów życia Podsiadły - dotyczą (o ile się nie mylę) lat osiemdziesiątych i późniejszych. Przypominają zapiski z dziennika czy pamiętnika. Sporo miejsca autor poświęcił relacjom ze spotkań z przyjaciółmi i wspólnych wyjazdów. Jest zabawnie.
Ale bywa też lirycznie, smutno. Szczególnie spodobał mi się rozdział "Widzę. I opisuję", w którym przeprowadzany jest "Powszechny spis inwentarza martwego", czyli przedmiotów, które pozostawiła po sobie kochana kiedyś kobieta. Oraz "I kometa z białych piór spada pod moje stopy", wspomnienie pogrzebu ojca.
Natomiast końcówka książki nieco mnie, szczerze mówiąc, znużyła - konkretnie rozdziały o konnej wycieczce do republik nadbałtyckich i te dotyczące westernów.

Moje przywiązanie do dosłowności uodparnia mnie na ogół dość skutecznie na uroki surrealizmu, a jednak napisane w tej właśnie manierze rozdziały o Angelice czytałam z przyjemnością. Owa heroina przemierza morza, lądy i epoki, z wyboru lub konieczności zawsze w męskim towarzystwie. Oto fragment rozdziału, w którym u jej boku pojawia się tajemniczy graf z Transylwanii:
   Miała na długo zapamiętać pierwsze z nim spotkanie. Wymienili kilka zdawkowych uprzejmości przed sklepikiem aptekarza, a potem, niby dobrzy znajomi, długo spacerowali po mieście. Ona i nieznajomy z ulicy! Jego bliskość sprawiała, że Angelika czuła się dziwnie. Sceneria miasta stała się ruchoma, jakby to szli nie oni, ale jakby ożywione budynki i dzielnice ruszyły w przeciwnym kierunku. Ciężkie od kwiecia drzewa przesuwały się jak baletnice na ukrytych pod sięgającymi parkietu sukniami stopach drobiących kroczki, których się nie zauważa, tak jak nie zauważa się kwantów czasu, w których ruch i bezruch nie są zróżnicowane. Kościoły zdawały się odsuwać od nich, gdy zbliżali się do którego. Gdy dochodzili do skrzyżowań ulic, graf zwalniał kroku, węszył jak zwierzę i mocniej obejmował jej kibić, aby niemal biegiem przebyć skrzyżowanie, jakby obawiał się rozpędzonej dorożki. O dziwo, Angelice było wszystko jedno. Nic o nim nie wiedziała i o nic nie pytała. Zatrzymywali się, a wtedy ujmowała w ręce dłoń grafa o wypielęgnowanych paznokciach. "Twoja ręka jest taka zimna", mówiła przy tym. Gdybyż miała wtedy głowę do onikomancji! Albo opuszkami palców dotykała starannie przypudrowanej twarzy. Pierwszy pocałunek graf złożył na jej szyi. Było to jedno z tych ucałowań, które zostawiają na skórze różowy ślad, dowód namiętności, i Angelika resztką przytomności pomyślała, że jutro trzeba będzie ukryć szyję pod stójką. Nim graf się odessał, dziewczyna zemdlała.
   Ocknąwszy się w jego wychudłych ramionach, zaczęła prawić mu do ucha płoche dyrdymały. Było tego dużo, między innymi: "Moje serce jest jak zegar nakręcany przez ciebie", osiem razy "Twoje piękno dosłownie rozrywa mi rajtuzy" oraz nieskoordynowany miszmasz Longfellowa i Goethego zakończony westchnieniem "Chwilo trwaj, jesteś piękna". [str. 80-81]
Jacek Podsiadło napisał tę książkę "z powodu istnienia języka" [224] i pisząc ją na pewno dobrze się bawił. Z kolei mnie miło się ją czytało. Choć wyrzuciłabym parę rozdziałów, które wydają mi się tylko tzw. zapchajdziurami.

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

MŁODOŚĆ MARTINA BIRCKA

Tytuł: Młodość Martina Bircka (Martin Bircks ungdom)
Pierwsze wydanie: 1901
Autor: Hjalmar Söderberg
Tłumaczenie: Paweł Pollak
Tłumaczenie wierszy: Jolanta Sztuczyńska

Wydawnictwo: Jacek Santorski & Co
ISBN: 83-60207-03-8
Stron: 112

Ocena: 3+/5

Po przeczytaniu "Opowiastek" zastanawiałam się, czy aby Hjalmar Söderberg nie był pokrewną mi duszą, ale postanowiłam wstrzymać się z ostatecznym werdyktem do momentu, kiedy lepiej poznam jego twórczość. Teraz mogę już stwierdzić, że tak, że jest. Idziemy przez życie bez złudzeń i choć może niektórzy nazwą to pesymizmem czy dekadencją, my wolimy mówić o realizmie - zaprawionym nieuniknioną w tej sytuacji melancholią, bardzo rzadko nieśmiałą nadzieją.

Z taką postawą i światopoglądem nikt się nie rodzi, nie nabywa się ich w procesie wychowania ani edukacji, świtają w głowie chyba pod wpływem lektur, nie wiem. Zresztą nasze opinie nie są niczym wyjątkowym ani niemożliwym do pomyślenia dla przeciętnie inteligentnego człowieka, gdyby ów zechciał się poważniej nad sobą i swoim życiem zastanowić.
Wszelako coraz gęściej pojawiały się te ostrzeżenia i coraz częściej zdarzało się, że w środku tych marzeń, którymi mamiła go młoda krew, łapał się na tym, że słucha owego drugiego głosu, głosu dochodzącego z głębi najdawniejszych czasów i odbijającego się echem we współczesnych książkach, osobliwego głosu, którego nie zdołała zagłuszyć dłużej niż na chwilę żadna z setek nowych ewangelii, okresowo niczym wiosenne sztormy przewalających się przez ludzkie umysły, głosu mówiącego: wszystko jest marnością, nie ma nic nowego pod słońcem. Dlaczego żył, jaki to miało sens? Nie przestał zadawać sobie tych pytań, wciąż bowiem wymagał od tego życia, które widział na własne oczy, żeby coś się pod nim kryło, coś, co można nazwać sensem życia. Zarówno to szczęście, które było udziałem ludzi, jak i to, do którego dążyli, wydawało mu się baśniowym złotem zmieniającym się w zwiędłe liście albo śmieszną zabawką, nie zaś czymś, co można traktować poważnie. Gdy kierował spojrzenie na swoje życie, takie, jakie prowadził z dnia na dzień, nie mógł nie przyznać, że właściwie jest żałosne i puste, a jego jedyna wartość kryje się w niepewnej nadziei, że nie zawsze takim będzie. Lecz ta nadzieja nie dotyczyła rzeczy, które można osiągnąć krok po kroku, pracą, cierpliwością i setkami drobnych wyrzeczeń - dobrobytu i poważania, które inni uzyskali przed nim; on chciał, oczekiwał czegoś nieokreślonego, niedefiniowalnego: wschodu słońca, topnienia lodów, obudzenia z żałosnego, bezsensownego snu.
Albowiem żałosnym, poplątanym snem wydawało mu się własne życie, gdy spoglądał na nie trzeźwym wzrokiem i odkrywał, że wypełniają je uboga radość, pospolite smutki i tuzinkowe kłopoty. [str. 62-63]
Powieść powinna właściwie nosić tytuł "Dzieciństwo i młodość Martina Bircka", bo jej pierwsza połowa dotyczy tego wcześniejszego okresu w życiu chłopca. Szczerze mówiąc wydała mi się ta część nieco nużąca. Druga przeciwnie - stopniowe porzucanie urokliwych ideałów nabytych w okresie dorastania musi być o wiele ciekawsze niż opisy sielskiego, niewinnego dzieciństwa.

W momencie publikacji książka wzbudziła podobno wiele kontrowersji i zgorszenia, ale w naszych czasach ateizm, miłość pozamałżeńska, czy wreszcie feminizm (a uważam Söderberga za feministę w moim rozumieniu tego słowa) nie oburzają nikogo poza zatwardziałymi dewotami. Spodobał mi się sposób, w jaki autor postrzegał przedstawicielki mojej płci, choć z jego prozy wyłania się smutny obraz sytuacji pań pod koniec XIX wieku: mogły być żonami (jeśli miały posag), zgorzkniałymi i wyszydzanymi starymi pannami (jeśli go nie miały), robotnicami albo prostytutkami, a żadna z tych sfer nie obfitowała w kobiety szczęśliwe.
Zakończenie wydaje mi się niejednoznaczne - czyżby Martin doszedł do wniosku, że jedyne, co nam pozostaje, to cieszyć się chwilą, napawać małymi radościami, "chwytać dzień"?

***

Nie jest to może zbyt porywająca czy zaskakująca historia, ale przypadła mi do gustu, bo dzielę z jej autorem/bohaterem wiele rozczarowań i parę radości. A i styl wart jest uwagi, poznania i naśladowania.


PS Zachęcam do zapoznania się z krótką notką biograficzną o Söderbergu.

wtorek, 5 kwietnia 2011

AUSTERIA

Tytuł: Austeria
Autor: Julian Stryjkowski
Pierwsze wydanie: 1966
Wydawnictwo: POLITYKA Spółdzielnia Pracy
Seria: Polska literatura współczesna, tom IV
ISBN: 978-83-61174-85-1
Stron: 166

Ocena: 4/5

Początek I wojny światowej. Galicyjskie miasteczko, niedaleko granicy austriacko-rosyjskiej. Jego mieszkańcy obawiają się nadciągających Kozaków - wspominają czasy powstań Chmielnickiego. Blady strach pada przede wszystkim na kobiety i na Żydów. Niektórzy już wyjechali, inni wyjeżdżają, ale większość wciąż się waha. 
Żydowscy uciekinierzy wstępują po drodze do znajdującej się tuż za miastem austerii pana Taga. Tu można jeszcze naradzić się z sąsiadami, wysłuchać najnowszych doniesień, a raczej plotek. Stąd jeszcze można zawrócić. Nikt nie chce wyjeżdżać, porzucać domu i interesu, ale wydaje się, że innego wyjścia nie ma. Ruszają dalej.
Pieszo daleko nie zaszli, drogę odcięły im wrogie wojska. Kozacy dotarli też do miasteczka, zaczęło się grabienie dobytku, widać było łunę pożaru. Uciekinierzy postanawiają przeczekać noc w karczmie starego Taga. Są to przede wszystkim drobni przedsiębiorcy wraz z rodzinami, a oprócz nich grupka chasydów ze swoim cadykiem. Trwają w zawieszeniu, czekają na wieści z miasteczka, modlą się, wreszcie zasypiają. Ale nie wszyscy. Przed wschodem słońca jeszcze sporo się wydarzy - trochę tragedii, trochę komedii, dużo zamieszania, jak to w życiu, jak to na wojnie.

Kiedy czytałam tę książkę po raz pierwszy, nie podobała mi się. Trudno było mi śledzić bieg wydarzeń, bo choć fabuła obejmuje właściwie tylko mniej więcej dobę, to oprócz tego powieść zawiera sporo dłuższych retrospekcji. Co więcej, narratorem jest przeważnie karczmarz Tag, ale autor od czasu do czasu powierzał tę funkcję również innym postaciom, przy czym moment zmiany narracji bywa trudny do uchwycenia. To jeszcze nie wszystko - narracja miesza się niekiedy z dialogiem i nie zawsze można być do końca pewnym, które zdania autor danej wypowiedzi mówi na głos, a o których tylko myśli. Zaczęłam się w tym wszystkim orientować dopiero pod koniec, więc postanowiłam przeczytać "Austerię" raz jeszcze. 
To był dobry pomysł. Rozgryzłam zawiłości formalne, więc mogłam skupić się teraz na postaciach. Większość z nich jest bardzo charakterystyczna - nieszczęśliwie zakochany chłopiec, żona zdradzająca naiwnego męża, pobożny cadyk, socjalizujący szewc, wyrozumiały ksiądz... wreszcie Tag - dbający o gości, łagodzący spory, zabawiający się wieczorami z pracującą u niego prostą "dziewczyną od krów" - pobożny grzesznik, wątpiący wierzący, zwykły człowiek, który jednak potrafi zdobyć się na poświęcenie, może po to, by spróbować uratować choć cząstkę świata niszczonego przez wojnę.

Ta książka też chyba jest próbą zachowania pamięci - o Żydach i ich kulturze, która dla Polaków urodzonych po II wojnie światowej jest zupełnie obca; widujemy ją w filmach, ale raczej zagranicznych. Julian Stryjkowski był Żydem, urodził się w 1905 roku  w Stryju (dziś jest to miasto ukraińskie) jako Pesach Stark. Być może wplótł w tę powieść swoje wspomnienia. W każdym razie na pewno nie miał problemu ze stylizacją tekstu na język charakterystyczny dla tej społeczności.
Społeczności dla mnie trochę egzotycznej. Zaskoczyła mnie ogromna troskliwość dorosłych wobec dzieci, nawet obcych, co wynikało zapewne z wysokiej śmiertelności wśród niemowląt. Ale szczęka mi opadła, kiedy pojawili się chasydzi. Ich pobożność polegała w dużej mierze na afirmacji życia, co skutkowało ciągłymi śpiewami, modlitwami, tańcami i pomysłami takimi jak kąpiel nago w pobliskim strumieniu. Naturalnie wszystko to dotyczyło tylko mężczyzn, przyziemne sprawy spoczywały zatem na barkach ich żon.
Szkoda, szkoda, że wszystko tak się potoczyło...




Mam nadzieję, że ekranizacja "Austerii", której jeszcze nie oglądałam, okaże się równie dobra jak sama powieść. Siłą książki jest niewątpliwie tematyka, język i klimat. Potencjalnym czytelnikom odradzam czytanie jej na raty - warto zapoznać się z nią w jeden długi wieczór, maksymalnie dwa. Zdecydowanie nie jest to książka odpowiednia do czytania w tramwaju czy autobusie.

sobota, 19 lutego 2011

MARSZ POLONIA

Tytuł: Marsz Polonia
Autor: Jerzy Pilch
Pierwsze wydanie: 2008

Wydawnictwo: Świat Książki
Seria: Nowa proza polska
Okładka: Małgorzata Karkowska (reprodukcja obrazu Bronisława Wojciecha Linkego "Czerwony autobus")
ISBN: 978-83-247-1161-1
Stron: 190

Ocena: 3+/5

Narratorem powieści jest alter ego Jerzego Pilcha, z całym charakterystycznym dla niego sztafażem, mamy tu więc i dzieciństwo w luterańskiej Wiśle, i młodość w peerelowskim Krakowie i dojrzałość przy ul. Hożej w Warszawie, i niezmienny sentyment dla Cracovii, i autoironię, za którą zawsze tego autora ceniłam. Postaci fikcyjnej nie należy jednak utożsamiać z rzeczywistą - Pilch próbuje zapobiec temu na przykład informując, że narrator obchodzi urodziny 15 sierpnia, podczas gdy autor (sprawdziłam w sieci) przyszedł na świat 10 dnia tego miesiąca (i chyba w innym roku). 

Początek powieści traktuje o sprawach dla obu panów nadrzędnych (choć może to tylko taka wieloletnia poza), czyli o nałogach i o kobietach, ale wiek i zdrowie już nie te, więc hektolitry wódy zostały zastąpione deserami czekoladowymi, a o paniach narrator tylko opowiada. 
Z okazji pięćdziesiątych urodzin postanowił uwieść "inteligentną, szczupłą i mierzącą najmniej metr siedemdziesiąt dziewczynę lekko przed trzydziestką" [str. 7]. Koniecznie nieznajomą, żeby poprzeczki nie zawieszać sobie zbyt nisko i żeby jeszcze raz sprawdzić się jako mężczyzna. 
Jakoś zaraz po pięćdziesiątce czas teraźniejszy przestał istnieć, miesiące, które dawniej składały się z czterech tygodni - teraz trwały kilka godzin. Zaczął się pęd niewiarygodny, w listopadzie czerwiec był za pasem, w czerwcu - grudzień. Ledwo przechodził Nowy Rok, była Wielkanoc; lipcowe upały zwiastowały lutowe śniegi; wodór nie nadążał za węglem, węgiel za azotem, azot za tlenem; każdego ranka budziłem się ze ściśniętym sercem i absolutną pewnością, że obojętnie, ile jeszcze będę żył: rok, dwa, dziesięć, czterdzieści, sześćdziesiąt, sto, sto pięćdziesiąt pięć - obojętnie ile - śmierć i tak jest tuż-tuż. Miałem wrażenie, że przepaliły się we mnie jakieś bezpieczniki teraźniejszości, że wysiadły mi węzły chłonne czasu, że tajemnicza choroba trawi przysadkę albo inny gruczoł odpowiadający za doznawanie istniejącej chwili.
Stąd szalona pogoń za babami? Chwila rozpinania bluzki na czyichś stromych piersiach jaka jest, taka jest, ale nie jest chwilą strachu przed śmiercią. Wszystkie pozostałe - tak. (Śmierć w trakcie i z powodu rozpinania bluzki to jest - ma się rozumieć - inny ład metafizyczny). [str. 79]

sobota, 5 lutego 2011

JĄDRO CIEMNOŚCI

Tytuł: Jądro ciemności (Heart of Darkness)
Autor: Joseph Conrad
Tłumaczenie: Aniela Zagórska
Pierwsze wydanie: 1899

Wydawnictwo Literackie
ISBN: 83-08-02597-8
Stron: 135

Ocena: 5/5

To pierwsza lektura w ramach Klubu czytelniczego (od 25 lutego rozmawiamy o "Malowanym ptaku" Kosińskiego), pisałam już sporo o tym utworze na blogu Anny, ale chcę jeszcze i tu o "Jądrze ciemności" wspomnieć, żeby pod koniec roku mi się statystyki zgadzały;).

Miałam na to opowiadanie ochotę już od jakiegoś czasu, choć obawiałam się trochę, że okaże się strasznym nudziarstwem. Kilkanaście lat temu siostra narzekała na przerabianego w szkole "Lorda Jima" i zraziła mnie do twórczości Conrada. Może rzeczywiście w wieku nastu lat trudno docenić jego pisarstwo?

W "Jądrze ciemności" najbardziej podobały mi się: nastrój, relacja między Marlowem i Kurtzem, symboliczność i niejednoznaczność. 

Marlow snuje opowieść o swojej podróży w głąb Afryki, którą odbył jako kapitan rzecznego parowca należącego do firmy handlującą kością słoniową. Wspomnieniami dzieli się z kilkoma przyjaciółmi (?), z którymi wyruszy następnego dnia na jakąś morską wyprawę niewielkim jachtem. Na jego pokładzie czekają na odpływ gdzieś w pobliżu ujścia Tamizy. Za nimi - Londyn, przed nimi - "przestwór oceanu". Po pogodnym dniu zaszło słońce, wokół ścieliła się mgła, zapalono światła na brzegach i na mijających ich statkach. 
Opowieść o afrykańskich tropikach, dzikiej, obezwładniającej dżungli i umierających z wycieńczenia tubylcach musiała się w tych okolicznościach wydać towarzyszom Marlowa nieco egzotyczna. Marlow przypomniał im, że przed wiekami stara, dobrze znana Tamiza musiała się wydawać Rzymianom równie tajemnicza i niepokojąca jak współczesnym Europejczykom rzeka Kongo.

Natomiast Kurtz uchodziłby za osobę niezwykłą w każdych realiach i w każdej epoce. Na blogu Anny napisałam:
"Kurtz był postacią bardzo charyzmatyczną, wszechstronnie uzdolnioną, wywierał na ludziach silne wrażenie nawet na odległość i nawet po śmierci. Do Afryki wybrał się przede wszystkim dla pieniędzy, ale pojechał tam przepełniony szczytnymi ideałami, które zamierzał wcielić w życie.
Marlow uważał, że tylko idea i prawdziwa, “altruistyczna wiara w tę ideę” może odkupić zło wyrządzone przez kolonializm. Sądzę, że zaaplikował sobie taki pogląd, żeby jakoś znosić, jakoś sobie wytłumaczyć codzienność wypełnioną widokiem bezsensownej śmierci, brutalnej przemocy, niekończących się absurdów. Marlow nie mógł się doczekać spotkania z Kurtzem, bo spodziewał się, że na zarządzanej przez niego stacji będzie wreszcie inaczej, będzie normalnie. Nie było, było gorzej niż gdzie indziej.
A jednak nawet po latach uważał go za człowieka wybitnego, choć z obłąkaną duszą. Ostatnie słowa Kurtza zinterpretował w sposób dla umierającego najpochlebniejszy, najlitościwszy, choć było tyle innych możliwości".
Oczywiście możliwe jest, że ja niewłaściwie zinterpretowałam interpretację Marlowa:).

Mnie się ta wyprawa wydała podróżą w głąb ludzkiej natury. Autochtoni przypominali Marlowowi prehistorycznych przodków współczesnych białych ludzi. Gardził ich prymitywizmem. Pociągały go ich rytuały. Czy jednak kolonizatorzy okazali się bardziej cywilizowani? No właśnie że nie. Wieki postępu we wszystkich dziedzinach nauki i kultury nie zdołały przezwyciężyć "dzikiej" natury człowieka. Używanie strzelb i karabinów jest przecież tak samo okrutne jak wypuszczanie z gąszczów zatrutych strzał. Chyba to właśnie przestraszyło Marlowa (a wcześniej może też Kurtza): zło czające się gdzieś w nim samym, ciemność skupiona w zakamarku jego serca.


Poznałam "Jądro ciemności" w tłumaczeniu Anieli Zagórskiej, spokrewnionej z Conradem. Podobało mi się, choć czytałam, że zawiera "nalot młodopolski". Zamierzam jednak sięgnąć  kiedyś w przyszłości po inne przekłady, ciekawa jestem zwłaszcza nowego tłumaczenia Jędrzeja Polaka.


Zacytowałabym tu najchętniej z jedną czwartą utworu, ale ograniczę się z konieczności do jednego zdania:
Żyjemy tak, jak śnimy - samotni... [str. 48]

wtorek, 11 stycznia 2011

SREBRNE ORŁY

Tytuł: Srebrne orły
Autor: Teodor Parnicki
Pierwsze wydanie: 1943

Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy Pax, 1964
Stron: 542

Ocena: 4/5



Teodor Parnicki (1908-1988) to pisarz obecnie trochę zapomniany, krytyk i autor powieści historycznych (głównie). Może dlatego, że jego twórczość uchodzi za bardzo trudną w odbiorze. Podobno tzw. przeciętny czytelnik jest w stanie przebrnąć tylko przez "Opowiadania", "Aecjusza, Ostatniego Rzymianina" i przez "Srebrne orły", reszta jest dla niego zbyt hermetyczna i zagmatwana, po prostu niestrawna. Nie polemizuję, bo mam za sobą lekturę tylko jednej z tych prostszych powieści.

Mniej więcej do połowy czytanie "Srebrnych orłów" szło mi jak po grudzie. Ponarzekałam sobie, również tutaj, na Parnickiego, ale teraz wiem, że winić za to powinnam raczej własną ignorancję. Za historią, w każdym razie w szkolnym wydaniu, nigdy nie przepadałam, więc często musiałam przerywać sobie lekturę, żeby poszukać informacji o jakimś istotnym wydarzeniu czy osobie, o których autor tylko napomknął. Czy naprawdę wszyscy książęta musieli mieć na imię Bolesław?

Parnicki niczego swojemu czytelnikowi nie ułatwia. Nie ma tu żadnego zręcznie wplecionego wprowadzenia, które przybliżałoby nieco sytuację polityczną i "przedstawiałoby" kluczowych bohaterów. Poza tym chronologia wydarzeń nie zawsze jest zachowana i dość często szczegółowy opis jakiejś rozmowy czy jakiegoś zajścia znajduje się dopiero kilkadziesiąt stron dalej. Całą tę opowieść gmatwa ponadto perspektywa  - otóż wszystko obserwujemy oczyma młodego i niedoświadczonego irlandzkiego mnicha, Arona, choć nie ma tu pierwszoosobowej narracji.
W każdym razie gdy już pamiętałam (od mniej więcej 250 strony), kto jest kim, i zorientowałam się trochę w chronologii, zaczęłam wreszcie czerpać przyjemność z lektury.

Wydarzenia opisane w "Srebrnych orłach" mają miejsce na przełomie X i XI wieku. Otton III próbuje zbudować cesarstwo na wzór dawnego imperium rzymskiego. Rzymianie niechętnie poddają się władzy Sasów i knują wspólnie z Cesarstwem Bizantyńskim, jakby ich z Italii wykurzyć, i od czasu do czasu to im się udaje. Duchowni podporządkowani są władzy świeckiej, a o tym, kto zostaje papieżem, decyduje ten, kto aktualnie rządzi Rzymem. Reformatorzy kluniaccy próbują ukrócić symonię, nepotyzm, nikolaizm i ogólny upadek moralny księży i zakonników.
Na dalekiej północy powstają zręby państw słowiańskich, a władca jednego z nich, Bolesław (nazwany potem Chrobrym), zostaje podczas zjazdu w Gnieźnie mianowany przez Ottona III Patrycjuszem Imperium, co symbolizują srebrne orły właśnie. W 1002 roku zaledwie dwudziestodwuletni cesarz umiera w dość niejasnych okolicznościach, a władzę w Niemczech przejmuje, nie bez sporych problemów, jego daleki krewny Henryk II; natomiast koronę cesarską wywalczy on sobie dopiero w 1014 roku. W 1013 roku Mieszko II, syn Bolesława, poślubia Rychezę, siostrzenicę Ottona III. Rycheza próbuje przekonać męża i teścia do idei cesarstwa uniwersalistycznego, tak drogiej sercu poprzedniego cesarza, i do wypełniania obowiązków patrycjusza, czyli do wyruszenia wraz z Henrykiem II do Italii. Bolesław jest jednak władcą zbyt rozsądnym i przenikliwym, aby kierować się w polityce mrzonkami. Niestety jego syn tych przymiotów chyba nie odziedziczył.

środa, 8 grudnia 2010

LETNI DESZCZ. KIELICH, LETNI DESZCZ. SZTYLET

Tytuł: Letni deszcz. Kielich
Cykl: Saga o zbóju Twardokęsku, tom 3
Autorka: Anna Brzezińska
Pierwsze wydanie: 2004

Wydawnictwo: Runa
ISBN: 83-89595-04-4
Stron: 591

Ocena: 4/5

Tytuł: Letni deszcz. Sztylet
Cykl: Saga o zbóju Twardokęsku, tom 4
Pierwsze wydanie: 2009

ISBN: 978-83-89595-57-7
Stron: 598

Ocena: 5-/5


Wreszcie! Wreszcie w ubiegłym tygodniu dostałam maila z biblioteki z informacją, że mogę odebrać trzeci tom cyklu Anny Brzezińskiej. Czwarty miałam już wypożyczony, więc mogłam doczytać sagę do końca, dowiedzieć się, jak potoczyły się losy bohaterów wykreowanych w dwóch pierwszych częściach.

Nie będę, wyjątkowo, streszczać czy zarysowywać fabuły - "Letni deszcz" zawiera kontynuację poprzednich wątków, domknięcie opowieści. Ma te same zalety co "Plewy na wietrze" i "Żmijowa harfa": interesujących i zróżnicowanych bohaterów, ciekawą i oryginalną fabułę, bardzo obrazowe opisy, świetna strona językowa, epicki rozmach... jak widać - jestem pod wrażeniem. Ma też drobne wady, właściwie maleńkie ryski - niepotrzebne niekiedy (moim zdaniem) opisy i trochę za dużo pobocznych wątków, które nie mają znaczenia dla całej historii - ubarwiają ją, ale czytelnik traci często z oczu główne nici fabuły. Trzeci tom wydał mi się też miejscami nieco chaotyczny, natomiast w czwartym wspomnianych wadek (jeśli nawet nie ma takiego słowa, to powinno być) prawie nie ma, więc oceniłam go najwyżej. Akcja toczy się w nim znacznie szybciej, bohaterowie trochę mniej mówią, a więcej robią, poszczególne wątki silniej się ze sobą splatają, wszystko konsekwentnie zmierza do wielkiego finału. No i wreszcie przestali mi się mylić ci bogowie i krainy, w których ich czczono. Myślę, że mapka i jakiś mały indeks ułatwiłyby zrozumienie tych powiązań i powinny się one znaleźć w następnych wydaniach. 

piątek, 19 listopada 2010

SAGA SIGRUN

Tytuł: Saga Sigrun
Cykl: Północna Droga
Autorka: Elżbieta Cherezińska
Pierwsze wydanie: 2009

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
ISBN: 978-83-7506-351-6
Stron: 400

Ocena: 3/5

Ja jestem Sigrun, wdowa po Reginie. Matka Bjorna i Gudrunn, córka Apalvaldra.
Jestem w jesieni życia. Opadły ze mnie liście. Kora nadkruszona. A jednak pień niezmurszały, wciąż trzymam się prosto. Może korzenie, którymi wrastałam w tę ziemię, bez pośpiechu, powoli, są aż tak rozległe, że wciąż mnie w niej trzymają, choć już nie ma po co. Soki krążą we mnie coraz wolniej i wolniej, i nie wiem, czy dostrzegę chwilę, gdy ustaną. Więc stoję. Czekam, aż mgły opadną. Wtedy syn mój jedyny znajdzie drogę do domu. Co dzień patrzę w stronę fiordu, lecz mgła wciąż trzyma się mocno. Wokół mnie pędzą wichry, śnieżyce i burze, a ja stoję bez drgnienia. Liście straciłam dawno, więc o cóż się lękać? Z wiosennymi wiatrami przylatują ptaki. Tulę je do wyschniętych piersi, kołatanie serduszek coś mi przypomina. Dotyk lekkich piórek ogrzewa palce jak niegdyś dotyk żywych. Chyba ściskam je zbyt mocno, bo szamocą się i, kwiląc, uciekają.
Widać czasy, w których wszystko, co żyło, lgnęło mi do łona, odeszły bezpowrotnie. [str. 5]
Tak zaczyna się ta powieść i po przeczytaniu tego akapitu miałam nadzieję, że trafiłam na fantastyczną prozę kobiecą. Kobiecą nie dzięki telenowelowatej fabule i treści, ale raczej dzięki pewnemu typowi wrażliwości właściwemu niektórym pisarkom, który przelewają one na swoje bohaterki. I myślę, że tej wrażliwości pani Cherezińskiej nie brakuje, a jednak książka ma pewne wady, które zadecydowały o takiej, a nie innej ocenie, nieco niższej niż na wielu innych blogach. Wypożyczając tę książkę z biblioteki, kierowałam się właśnie entuzjastycznymi recenzjami blogerek.