W TVP Historia przypomniano niedawno świetny serial "Chłopi", a ponieważ mogłam obejrzeć tylko kilka odcinków, postanowiłam jeszcze raz przeczytać powieść, którą ostatnio miałam w rękach, kiedy przerabialiśmy ją w szkole. Czyli bardzo dawno temu;).
Książkę znalazłam w serwisie wolnelektury.pl. Ściągnęłam sobie na telefon poszczególne tomy w formacie epub i otwierałam je w FBReaderze. I wszystko świetnie, zastanawiam się tylko, dla kogo oni robią te przypisy?
Bohaterowie powieści i narrator posługują się gwarą, ale znaczenia zdecydowanej większości gwarowych zwrotów można domyślić się z kontekstu, o ile oczywiście w ogóle się myśli. Przecież od współczesnych słów różnią się one niekiedy tylko odmianą, końcówką.
Czy przeciętny czytelnik, nawet nastoletni, sam nie wpadnie na to, że "arbata" to herbata, "chrześcijan" - chrześcijanin, a "ździebko" oznacza trochę? Czy rzeczywiście trzeba młodzieży podawać wszystko na tacy?
Kilka dni temu na wyborcza.pl czytałam biadolenia rodziców, których dzieci torturowane są lekturą m.in. "Plastusiowego pamiętnika", w którym pojawiają się słowa tak trudne jak "stalówka" czy "gałganek". Latorośl nie wie, co to znaczy, i trzeba jej tłumaczyć! Koszmar. Na szczęście nie wszyscy podzielają ten pogląd.
Lista szkolnych lektur powinna być od czasu do czasu nieco odświeżana, ale przecież nie można na niej pozostawić tylko książek współczesnych. Mimo wszystko niewielki zasób słownictwa nadal nie najlepiej świadczy o człowieku. W pewnych kręgach.
PS Tytuł wpisu to nawiązanie do frazy wielokrotnie wypowiadanej przez wójta w "Chłopach". Autorzy opracowania uznali za koniecznie wyjaśnienie w przypisie, co oznacza słowo "wama".