Impresje

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muzyka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 kwietnia 2011

AUSTERIA

Tytuł: Austeria
Autor: Julian Stryjkowski
Pierwsze wydanie: 1966
Wydawnictwo: POLITYKA Spółdzielnia Pracy
Seria: Polska literatura współczesna, tom IV
ISBN: 978-83-61174-85-1
Stron: 166

Ocena: 4/5

Początek I wojny światowej. Galicyjskie miasteczko, niedaleko granicy austriacko-rosyjskiej. Jego mieszkańcy obawiają się nadciągających Kozaków - wspominają czasy powstań Chmielnickiego. Blady strach pada przede wszystkim na kobiety i na Żydów. Niektórzy już wyjechali, inni wyjeżdżają, ale większość wciąż się waha. 
Żydowscy uciekinierzy wstępują po drodze do znajdującej się tuż za miastem austerii pana Taga. Tu można jeszcze naradzić się z sąsiadami, wysłuchać najnowszych doniesień, a raczej plotek. Stąd jeszcze można zawrócić. Nikt nie chce wyjeżdżać, porzucać domu i interesu, ale wydaje się, że innego wyjścia nie ma. Ruszają dalej.
Pieszo daleko nie zaszli, drogę odcięły im wrogie wojska. Kozacy dotarli też do miasteczka, zaczęło się grabienie dobytku, widać było łunę pożaru. Uciekinierzy postanawiają przeczekać noc w karczmie starego Taga. Są to przede wszystkim drobni przedsiębiorcy wraz z rodzinami, a oprócz nich grupka chasydów ze swoim cadykiem. Trwają w zawieszeniu, czekają na wieści z miasteczka, modlą się, wreszcie zasypiają. Ale nie wszyscy. Przed wschodem słońca jeszcze sporo się wydarzy - trochę tragedii, trochę komedii, dużo zamieszania, jak to w życiu, jak to na wojnie.

Kiedy czytałam tę książkę po raz pierwszy, nie podobała mi się. Trudno było mi śledzić bieg wydarzeń, bo choć fabuła obejmuje właściwie tylko mniej więcej dobę, to oprócz tego powieść zawiera sporo dłuższych retrospekcji. Co więcej, narratorem jest przeważnie karczmarz Tag, ale autor od czasu do czasu powierzał tę funkcję również innym postaciom, przy czym moment zmiany narracji bywa trudny do uchwycenia. To jeszcze nie wszystko - narracja miesza się niekiedy z dialogiem i nie zawsze można być do końca pewnym, które zdania autor danej wypowiedzi mówi na głos, a o których tylko myśli. Zaczęłam się w tym wszystkim orientować dopiero pod koniec, więc postanowiłam przeczytać "Austerię" raz jeszcze. 
To był dobry pomysł. Rozgryzłam zawiłości formalne, więc mogłam skupić się teraz na postaciach. Większość z nich jest bardzo charakterystyczna - nieszczęśliwie zakochany chłopiec, żona zdradzająca naiwnego męża, pobożny cadyk, socjalizujący szewc, wyrozumiały ksiądz... wreszcie Tag - dbający o gości, łagodzący spory, zabawiający się wieczorami z pracującą u niego prostą "dziewczyną od krów" - pobożny grzesznik, wątpiący wierzący, zwykły człowiek, który jednak potrafi zdobyć się na poświęcenie, może po to, by spróbować uratować choć cząstkę świata niszczonego przez wojnę.

Ta książka też chyba jest próbą zachowania pamięci - o Żydach i ich kulturze, która dla Polaków urodzonych po II wojnie światowej jest zupełnie obca; widujemy ją w filmach, ale raczej zagranicznych. Julian Stryjkowski był Żydem, urodził się w 1905 roku  w Stryju (dziś jest to miasto ukraińskie) jako Pesach Stark. Być może wplótł w tę powieść swoje wspomnienia. W każdym razie na pewno nie miał problemu ze stylizacją tekstu na język charakterystyczny dla tej społeczności.
Społeczności dla mnie trochę egzotycznej. Zaskoczyła mnie ogromna troskliwość dorosłych wobec dzieci, nawet obcych, co wynikało zapewne z wysokiej śmiertelności wśród niemowląt. Ale szczęka mi opadła, kiedy pojawili się chasydzi. Ich pobożność polegała w dużej mierze na afirmacji życia, co skutkowało ciągłymi śpiewami, modlitwami, tańcami i pomysłami takimi jak kąpiel nago w pobliskim strumieniu. Naturalnie wszystko to dotyczyło tylko mężczyzn, przyziemne sprawy spoczywały zatem na barkach ich żon.
Szkoda, szkoda, że wszystko tak się potoczyło...




Mam nadzieję, że ekranizacja "Austerii", której jeszcze nie oglądałam, okaże się równie dobra jak sama powieść. Siłą książki jest niewątpliwie tematyka, język i klimat. Potencjalnym czytelnikom odradzam czytanie jej na raty - warto zapoznać się z nią w jeden długi wieczór, maksymalnie dwa. Zdecydowanie nie jest to książka odpowiednia do czytania w tramwaju czy autobusie.

wtorek, 14 grudnia 2010

Insygnia Śmierci i in.

Szablon bloga. Znów go zmieniłam. Poprzedni, po dodaniu gadżetu LinkWithin, wydał mi się zbyt kolorowy. W dodatku dopiero teraz oświecono mnie, że da się ustawić inny kolor linków w postach i komentarzach, a inny w reszcie strony. Usunęłam jedną z dwóch kolumn i poszerzyłam stopkę bloga. Mam nadzieję, że jest w miarę czytelnie i łatwo wszystko znaleźć.

Tak nawiasem mówiąc, to dziękuję twórcom czytników RSS i bardzo użytecznego rozszerzenia/wtyczki do chrome o nazwie Readability. Dzięki nim jestem w stanie wyłuskać treść z najbardziej zaśmieconej strony, nawet jeśli jej autor/autorka preferuje maleńką czcionkę na czarnym tle.

Harry Potter. Wybrałam się do kina sama, P. filmy o czarodziejach ma w pogardzie;). Para po lewej prawie cały czas coś jadła: menu mieli zróżnicowane - na przemian chrupali i szeleścili. No naprawdę, czy nie można zjeść w domu albo PRZED seansem?! Musiałam też jakoś przeżyć dwudziestominutowy blok reklamowy (spot Coca-Coli Zero był koszmarny).

SPOILERY

Twórcy filmu nie mieli łatwego zadania - W "Insygniach Śmierci" Rowling sporo się dzieje, ale akcja w pierwszej połowie książki, po upadku Ministerstwa, nie jest zbyt widowiskowa. W dodatku poszukiwanie horkruksów sprowadza się głównie do czytania książek i myślenia, co w tego rodzaju filmie trudno przedstawić. Ale da się. "Dwie wieże" też traktowały głównie o wędrowaniu, a moim zdaniem wypadły o wiele lepiej niż "Powrót króla".
W "Insygniach" podobały mi się przede wszystkim aktorstwo (nawet Daniel Radcliffe zagrał całkiem nieźle), scenografia (pisał o niej niedawno cedroo), efekty, muzyka też była w porządku. Świetnie zmontowano scenę w lesie, kiedy Harry, Ron i Hermiona próbują uciec przed szmalcownikami. Tylko niech mi ktoś powie, dlaczego ani w książce, ani w filmie oni się nie deportowali??
Za to scenariusz był beznadziejny. Jeśli ktoś nie czytał książki, to nie połapie się, o co chodzi. Sceny dynamiczne przeplatają się ze spokojniejszymi, ale brakuje napięcia, w ogóle jakoś nie widać, żeby trójce głównych bohaterów bardzo zależało na odnalezieniu i zniszczeniu reszty horkruksów. Nie odczuwałam prawie w ogóle tej grozy, jaka podobno opanowała świat czarodziejów. Nie dowiedziałam się, co się dzieje w Hogwarcie. Zakończenie wypadło raczej blado - może dlatego, że wcześniej wątek Różdżki Przeznaczenia był bardzo słabo wyeksponowany. Generalnie - niby kluczowe wydarzenia z książki są tu pokazane, ale kupy się to wszystko raczej nie trzyma, choć początek zapowiadał coś innego. Twórcy filmu powinni trochę więcej czasu poświęcić scenariuszowi i akcji, a nie szukaniu malowniczych krajobrazów (dlaczego Harry, Hermiona i Ron wciąż rozbijali namiot na jakichś opoczystych pustkowiach?).
Są świetne sceny: "konferencja" śmierciożerców i Voldemorta w dworze Malfoyów, wizyta Harry'ego i Hermiony w domu Bathildy Bagshot, śmierć Zgredka, wspomniana próba ucieczki przed szmalcownikami. Ciekawa była animowana wersja "Baśni o trzech braciach", ale kiepsko powiązano ją z całą resztą. Sympatycznie wypadł taniec Harry'ego i Hermiony, który podobno wzbudził tyle kontrowersji. Wydaje mi się jednak, że ten film mógł być dużo lepszy. No cóż, czekam na drugą część.


środa, 1 grudnia 2010

Pozytywka

Patrzyłam na tumany śniegu wirujące między blokami i przypomniała mi się ta piosenka:



"Pozytywka" - Szymon Zychowicz

niedziela, 31 października 2010

Jesiennie

(Chwilowo trzeba od razu rozwinąć cały post, żeby widzieć wklejony pokaz slajdów i filmiki na youtube. Nie wiem, dlaczego).

Pogoda w Krakowie była dzisiaj przepiękna, toteż wybraliśmy się na spacerek. Z pętli autobusowej Zakamycze, przez Lasek Wolski, Kopiec Piłsudskiego i zielonym szlakiem na Kopiec Kościuszki. Szkoda, że tak wcześnie zaczęło się ściemniać.
Zdjęcia można też obejrzeć na picasie.




***   ***   ***


Jesień to moja ulubiona pora roku. I zapewne nie tylko moja, przecież napisano na jej temat milion piosenek. Oto kilka z nich:

sobota, 11 września 2010

Ederlezi

Nigdy nie przepadałam za muzyką ludową, może dlatego, że w czasach, w których kształtował się mój muzyczny gust, uważano ją za coś obciachowego (mówi się tak jeszcze?). O internecie w tym moim powiatowym miasteczku nikt jeszcze wtedy nie słyszał, o serwisach typu youtube czy last.fm nie wspominając, nasze domowe radio nawet nie odbierało UKF, a moi rodzice słuchali głównie Radia Kielce i czasami Programu Pierwszego PR. W tej pierwszej stacji puszczano często coś, co mi wtedy przypominało śpiewy kółek gospodyń wiejskich, i jakieś smęty w cotygodniowym koncercie życzeń. Toteż do muzyki ludowej się zraziłam na długie lata, choć tak na dobrą sprawę nic o niej nie wiedziałam.
Dziś nie jest ze mną pod tym względem o wiele lepiej, słucham raczej innego rodzaju muzyki (co widać chociażby w zakładce Muzyka na tym blogu), ale przynajmniej nie mam już uprzedzeń i od czasu do czasu coś z tego gatunku mi się spodoba. Np. uwielbiam "Ederlezi".

Tekst jak tekst, ale muzyka... Jak mi podpowiada Wikipedia to tradycyjna i bardzo popularna piosenka mniejszości romskiej na Bałkanach. Tytułowy (tytułowe? tytułowa?) "Ederlezi" to romska (nie wiem, czy powinnam pisać: "cygańska") nazwa święta obchodzonego w tamtych rejonach 6 maja (wg kalendarza juliańskiego - 23 kwietnia) na cześć św. Jerzego i początku wiosny.

Tekst brzmi mniej więcej tak (choć istnieją różne wersje):

sobota, 31 lipca 2010

"Metamorphosis" Philipa Glassa

Trzecia i czwarta część "Metamorphosis" to adaptacja muzyki stworzonej przez Philipa Glassa dla przedstawienia teatralnego na podstawie jednego z najbardziej znanych opowiadań Franza Kafki pt. "Przemiana" (a w j.ang. właśnie "Metamorphosis"). Z kolei dwie pierwsze wywodzą się od muzyki skomponowanej przez niego do filmu dokumentalnego "The Thin Blue Line" w reżyserii Errola Morrisa (pierwsze słyszę). Piąta została napisana później i zamyka cykl. [Źródło: wikipedia i classicalarchives.com]

Oczywiście nie oglądałam tej sztuki w teatrze, a opowiadanie przeczytałam dopiero teraz. Po raz pierwszy usłyszałam "Metamorphosis Five" w jednym z pierwszych odcinków drugiego sezonu "Battlestar Galactica". (Owszem, scenarzyści i scenografowie tego serialu często obrażają mój zdrowy rozsądek, ale oglądam ze względu na fajny pomysł, klimat i ciekawych bohaterów). Chciałam to usłyszeć jeszcze raz, pogrzebałam w internecie i dowiedziałam się tego wszystkiego, o czym pisałam w pierwszym akapicie.

Najbardziej podobają mi się części druga i piąta. Wykonanie - pani Branka Parlić. Miłego słuchania:)



Opowiadanie Kafki zaczyna się w ten sposób:
Gdy Gregor Samsa obudził się pewnego rana z niespokojnych snów, stwierdził, że zmienił się w łóżku w potwornego robaka.
Tekst można znaleźć np. w Polskiej Bibliotece Internetowej.

środa, 14 lipca 2010

Kabaret Starszych Panów - wcale nie taki pruderyjny...

Czytam, owszem, nawet sporo, ale napiszę o tym chyba dopiero wtedy, kiedy temperatury zaczną oscylować koło 25 stopni. Póki co, zupełnie z innej beczki, trzy skecze KSP.


"Ach, ta ściana tak cienka" - Jeremi Przybora, Krystyna Walczakówna oraz Barbara Krafftówna




"Portugalczyk Osculati" - Barbara Brylska (niesamowita!!!), Jeremi Przybora, Wiesław Michnikowski

niedziela, 13 czerwca 2010

Wavin' flag

Bardzo sympatyczna piosenka somalijsko-kanadyjskiego twórcy K'naana pt. "Wavin' flag". Pewna znana firma produkująca napoje korzysta z tego utworu w swoich reklamach puszczanych w czasie mundialu. Usłyszałam to w radiu i bardzo mi się spodobało.

sobota, 12 czerwca 2010

Mundial


Dość powszechnie uważa się, że kobiety nie znają się na piłce nożnej. Że jeśli już oglądają mecz, to tylko po to, żeby popatrzeć na co przystojniejszych piłkarzy. Że dla wielu pań najbliższy mundialowy miesiąc to istna katorga. 


Istnieje jeszcze inny, tak samo bezpodstawny i niepotrzebny stereotyp, według którego piłka nożna to sport dla szarych mas, a ludzie na pewnym poziomie gardzą widowiskami, polegającymi na tym, że dwadzieścia dwie osoby biegają po trawie w tę i we w tę i od czasu do czasu pakują piłkę do bramki.

Pierwsze stwierdzenie jest oczywiście zupełnie fałszywe, ponieważ jest zbyt uogólniające. Owszem, niektóre kobiety mecze oglądają tylko dlatego, że oglądają je bliscy im mężczyźni albo z powodu np. Cristiano Ronaldo. Ale są i takie (wiem, bo się do nich zaliczam), które potrafią zauważyć i docenić dobry drybling, inteligentne rozegranie, dokładne podania, piękne gole. Nie interesują się wyglądem czy życiem prywatnym piłkarzy, ale ich grą. Szkoda, że panie nigdy nie są dopuszczane do komentowania żadnych rozgrywek. Dlaczego do studia zaprasza się tylko wciąż tę samą wąską i "męską" grupę "ekspertów", których większość żadnych sukcesów w tym sporcie nie odniosła? Czy specjalistą w tej dziedzinie może być tylko były kiepski piłkarz albo były równie kiepski selekcjoner?

Przejdę teraz do tej drugiej kwestii. Oglądanie piłki nożnej (i większości dyscyplin sportowych zresztą) nie wymaga ze strony widza szczególnego wysiłku intelektualnego. Uważam jednak, że może stanowić całkiem niezłą rozrywkę dla każdego, kto poświęci odrobinę czasu na zapoznanie się z tematem. To oczywiste, że osoba, która nie zna (bardzo prostych przecież) zasad tej dyscypliny, nie jest w stanie czerpać przyjemności z jej oglądania. 
Każdy mecz jest inny. Każda drużyna reprezentuje inną myśl szkoleniową, inną tradycję, inny sposób gry, inny zestaw piłkarzy. Taktyka zawsze jest inna - zależy od przeciwnika i np. od sytuacji w tabeli rozgrywek. Nie zawsze piłkarze trafiają z formą na ważny mecz; czasami sędzia jest stronniczy albo popełnia błędy; różna bywa atmosfera na trybunach, różna pogoda. W każdej sekundzie meczu może zdarzyć się coś nieoczekiwanego. Bywa, że faworyci ponoszą klęskę, a zespół skazany przez bukmacherów na porażkę odnosi oszałamiający sukces, czasami dzięki jednej udanej akcji. Dziesiątki kamer śledzą cały czas emocje piłkarzy, które częściowo udzielają się i nam, zwłaszcza w przypadku meczów reprezentacji. 
Większości zawodników nie zaliczylibyśmy raczej do grona wybitnych intelektualistów, ale nie można nie doceniać lat treningów i przygotowań, poświęcenia dla drużyny, finezyjnej i/lub skutecznej gry. 
Oczywiście wszystko to można zobaczyć dopiero w rozgrywkach toczonych na pewnym poziomie. Bynajmniej nie w polskiej lidze. Ja jej meczów oraz spotkań naszej reprezentacji nie oglądam. Ale jeśli mam okazję, to chętnie śledzę Ligę Mistrzów, zwłaszcza tak od ćwierćfinałów, no i oczywiście Mistrzostwa Świata. Mundial chyba nawet z większym zainteresowaniem, bo w LM chodzi głównie o kasę, a tu dochodzą jeszcze międzynarodowe sympatie i antypatie. Nie mam ulubionego klubu czy reprezentacji, zwykle kibicuję słabszej drużynie. Szczególnie lubię grę Hiszpanów, Portugalczyków, Brazylijczyków i Anglików. 

Zastanawiam się, czy wśród osób piszących i czytających blogi książkowe rzeczywiście nie ma kibiców piłki nożnej, czy po prostu się tym nie chwalą?:) Śledzę ich całkiem sporo i nigdzie nie natknęłam się na żadną wzmiankę o tegorocznym mundialu.

***   ***   ***

Polacy na szczęście w tych mistrzostwach nie grają. No i bardzo dobrze. Fajnie podsumował ich występ w tych zawodach w Korei Południowej i Japonii w 2002 roku Maleńczuk w następującym utworze:

czwartek, 8 kwietnia 2010

"To było tak" - Bohdan Łazuka

Jedna z moich ulubionych piosenek z Kabaretu Starszych Panów. Świetny tekst, świetne wykonanie, świetna aranżacja. A Łazuka - wprost uroczy!

PS. Trzeba trochę podgłośnić*.



*Byłam święcie przekonana, że mówi się "podgłosić", ale pod tak zapisanym słowem pojawił się czerwony wężyk. Sprawdziłam tutaj i okazało się, że przeglądarka miała rację, a nie ja.

środa, 24 lutego 2010

Muzyczny przerywnik

Nadal czytam tę powieść o królowej Elżbiecie I, więc znowu proponuję odrobinę muzyki. Dedykuję piosenkę Eruanie, bo jeszcze jej tu nie dziękowałam za wyróżnienie Kreativ Blogger:)



Osobiście uważam, że piosenka jest świetna. Co prawda nie podoba mi się żaden inny utwór tego zespołu, ani ten teledysk, a wokalista, przynajmniej na pierwszy rzut oka, jakiś taki pretensjonalny. Najlepiej zamknąć oczy i posłuchać.

poniedziałek, 22 lutego 2010

Muzyczny przerywnik



I kto wtedy przypuszczał, że Robert Gawliński zaśpiewa kiedyś coś takiego jak "Baśka"?

poniedziałek, 15 lutego 2010

Kreativ Blogger

Każde wyróżnienie, nawet nie do końca zasłużone, jednak cieszy:) Otrzymałam je od snoopy'ego, który prowadzi blog bric-à-brac. "Za osobowość i ... przejrzystość:)"

Wydawało mi się i wydaje nadal, że na tym blogu piszę raczej neutralnie i że moja osobowość z tych wpisów jakoś specjalnie nie wyziera:) Kiedyś prezentowałam ją trochę szerzej na wordpressie, gdzie pisałam o polityce, swoim i cudzym światopoglądzie oraz o bieżących wydarzeniach. Ostatnio trochę mi tego brakuje, więc postanowiłam takimi wstawkami urozmaicać od czasu do czasu facebookową stronę mojego bloga.