Impresje

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Religia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Religia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 października 2016

Piekło kobiet trwa!

Nie strajkuję, bo nie mogę, ale w pełni popieram dzisiejszy strajk i kolejne czarne protesty. Chwilami po prostu nie wierzę, że w XXI wieku rozważa się w cywilizowanym podobno kraju wprowadzenie całkowitego zakazu aborcji, a może i antykoncepcji. Chory i obrzydliwy pomysł!!!


Piekło kobiet trwa! 

PROTESTUJĘ!!! 

Na blogach książkowych oczywiście cisza jak makiem zasiał... Nie rozumiem tego. Po ludziach, którzy dużo czytają, spodziewałam się jednak większej wyobraźni i wrażliwości. A może obchodzi ich/Was tylko lista październikowych nowości w księgarniach? Moim zdaniem trzeba protestować, jak i gdzie tylko się da. Zanim będzie za późno. Poniżej fragment felietonu Boya-Żeleńskiego sprzed prawie stu lat! Całość tutaj.

Toteż postawa społeczeństwa w tej kwestii jest zupełnie zdecydowana. Podczas gdy nasi prawodawcy traktują w swoim projekcie przerwanie ciąży na równi z dzieciobójstwem (!!), społeczeństwo — ubolewając nieraz nad jego koniecznością — absolutnie nie uważa go za występek. Wręcz przeciwnie, mimo frazesów o dostojeństwie macierzyństwa, tysiąc razy łatwiej „przebaczy” społeczeństwo matce przerwanie ciąży niż urodzenie nieślubnego dziecka. „Zastanówmy się — mówił jeden z prawników na ostatnim zjeździe, czy gdyby który z nas wiedział, że jego siostra dopuściła się tego czynu, czy uważałby ją za zbrodniarkę?” — „W takim razie jesteśmy wszyscy przestępcami” — mówił znów na innym zebraniu do swoich kolegów pewien prokurator. Gdyby prawo zechciało działać, trzeba by dla samej Warszawy zbudować więzienie rozmiarów sporego miasta, aby tam co rok pomieścić kilkadziesiąt tysięcy dobrowolnie roniących kobiet. Bo w praktyce społeczeństwo zajęło stanowisko równie zdecydowane: uważa prawo za nieistniejące. Niestety, jak wspomniałem, istnieje ono, ale tylko aby szkodzić.
Bo to jedno jest pewne, że jakkolwiekby się ktoś zapatrywał na sprawę przerywania ciąży, nie należy ona do rzędu zagadnień, które załatwia się więzieniem, choćby i dożywotnim! Wniknąć w istotę tych stosunków, szukać na nie lekarstwa, oto zadanie prawodawcy. Zagadnienia tego nie można traktować odrębnie i mechanicznie; trzeba je rozważać i leczyć w całym kompleksie zjawisk.
(...) Głosić wzniosłe teorie o „prawie płodu do życia”, znów grozić matce więzieniem w imię praw tego płodu, ale równocześnie nie troszczyć się o to, aby nosicielka tego płodu miała co do ust włożyć… I rzecz szczególna, ten sam płód, nad którym trzęsą się ustawodawcy, póki jest w łonie matki, w godzinę po urodzeniu traci wszelkie prawa do opieki prawnej, może zginąć pod mostem z zimna, gdy matka — którą jej „święte” macierzyństwo czyni nieraz wyrzutkiem społeczeństwa — nie ma dachu nad głową.

sobota, 31 sierpnia 2013

Kościół Latającego Potwora Spaghetti

W 2005 roku młody fizyk Bobby Henderson zaprotestował przeciwko planom wprowadzenia do szkół w Kansas tzw. teorii inteligentnego projektu, która w programach nauczania miała występować na równi z teorią ewolucji. W tym celu napisał list otwarty (oryginał, tłumaczenie), w którym domagał się jeszcze większego pluralizmu na lekcjach biologii i wprowadzenia do programów nauczania trzeciej  teorii - pastafarianizmu, równie "wiarygodnego", inaczej mówiąc: równie nieweryfikowalnego naukowo jak teoria inteligentnego projektu.

Pastafarianie wierzą, że wszechświat został stworzony przez Latającego Potwora Spaghetti, na którego istnienie wskazuje wiele naukowych dowodów i objawień. Pierwszymi pastafarianami byli piraci, miłujący pokój, szlachetni odkrywcy, z których chrześcijańska propaganda zrobiła przestępców. Osoby uczące prawd tej wiary powinny zatem nosić kompletny strój pirata.

źródło: Wikipedia
KLPS istnieje od bardzo dawna, ale międzynarodowy rozgłos zyskał dopiero po wystąpieniu Hendersona. Ma miliony, jeśli nie tysiące wiernych. Jedynym dogmatem jest brak dogmatu. Pastafarianie nie odprawiają żadnych modłów, a sposób wyznawania tej religii jest sprawą indywidualną (często wiąże się ze spożywaniem dużych ilości makaronu). Więcej na ten temat można przeczytać na stronie polskiego KLPS. Teksty religijne znajdują się w zakładce Luźny Kanon.

Bobby Henderson nie zamierzał, oczywiście, tworzyć nowej religii ani nowego kościoła, a jednak z dnia na dzień KLPS zyskuje kolejnych zwolenników, również u nas.


Ponieważ od lat jestem ateistką i staram się postępować konsekwentnie, nie zamierzam wstępować do KLPS (choć żeby to zrobić, nie trzeba wcale wierzyć w Jego Makaronowatość), ale pozostaję jego sympatyczką, bo działanie jego wyznawców dobitnie pokazuje, do ilu absurdów i niesprawiedliwości doprowadza niesłuszne uprzywilejowanie  religii w życiu publicznym.

W 2011 roku głośno było o pewnym Austriaku, który pozował do zdjęcia do prawa jazdy w durszlaku na głowie. Niko Alm chciał w ten sposób zaprotestować przeciwko uprzywilejowaniu osób wyznających jakąś religię, które w przeciwieństwie do pozostałych obywateli mogły mieć na takim zdjęciu nakrycie głowy, o ile wynikało to z powodów wyznaniowych właśnie. Zadeklarował, że jest pastafarianinem i stąd ten durszlak. Poproszono go o zaświadczenie od psychiatry, że może prowadzić samochód. Po trzech latach otrzymał wreszcie swoje prawo jazdy. 

źródło: BBC
Na blogu Alma znalazłam informację, że niedawno drugi austriacki pastafarianin wyrobił sobie prawko ze zdjęciem, na którym nosi durszlak na głowie. 

W Polsce nie ma takiej możliwości, przynajmniej jeśli chodzi konkretnie o wyznawców LPS. Tzn. można sobie zrobić zdjęcie do prawa jazdy w nakryciu głowy, jeśli nosi się je zgodnie z zasadami wyznania, o ile "fotografia taka zamieszczona jest w dokumencie potwierdzającym tożsamość tej osoby" (źródło: MORD). I tu jest pies pogrzebany, bo żeby wystąpić w nakryciu głowy na zdjęciu do dowodu osobistego lub paszportu, trzeba spełnić dwa warunki:
  1. nakrycie głowy nie może zakrywać ani zniekształcać owalu twarzy
  2. należy przedstawić zaświadczenie o przynależności do wspólnoty wyznaniowej zarejestrowanej na terytorium RP.
A KLPS zarejestrowany, póki co, nie jest, ale gdyby był, to pastafarianin mógłby, jak sądzę, wystąpić w durszlaku, natomiast ja jako ateistka nie, nawet gdybym "święcie" wierzyła, że tylko w takim nakryciu głowy jest mi do twarzy. Ba, nawet gdybym uzyskała od jakiejś loży szafiarek pisemne zaświadczenie potwierdzające ten fakt. Czuję się dyskryminowana


Dyskryminowane są również moje uczucia. Tak, ateiści też je mają. Niestety prawo chroni tylko uczucia religijne, a szczególnie uczucia katolickie. To twór niemożliwy do zdefiniowania, sprecyzowania i udowodnienia, więc właściwie każdemu człowiekowi można zarzucić ich obrazę. 

Kodeksie karnym jest osobny rozdział zatytułowany Przestępstwa przeciwko wolności sumienia i wyznania. Dość krótki, więc przytaczam w  całości:
Art. 194. 
Kto ogranicza człowieka w przysługujących mu prawach ze względu na jego przynależność wyznaniową albo bezwyznaniowość, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2. 
Art. 195. 
§ 1. Kto złośliwie przeszkadza publicznemu wykonywaniu aktu religijnego kościoła lub innego związku wyznaniowego o uregulowanej sytuacji prawnej, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2. 
§ 2. Tej samej karze podlega, kto złośliwie przeszkadza pogrzebowi, uroczystościom lub obrzędom żałobnym. 
Art. 196.   
Kto obraża uczucia religijne innych osób, znieważając publicznie przedmiot czci religijnej lub miejsce przeznaczone do publicznego wykonywania obrzędów religijnych, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.
Ostatnio głośno było o komendancie miejskim policji w Radomiu. Karol Szwalbe zdjął krzyże ze ścian w swoim gabinecie, sekretariacie i sali narad. Prawo tego nie zakazuje, przeciwnie - w artykule 25 naszej konstytucji widnieje zapis:
Władze publiczne w Rzeczypospolitej Polskiej zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, zapewniając swobodę ich wyrażania w życiu publicznym.
Działania pana Szwalbe mogły tylko pogłębić wrażenie bezstronności władz, przynajmniej w Radomiu, a jednak sprowadziły też na niego mnóstwo kłopotów. Ryszard Nowak, szef Ogólnopolskiego Komitetu Obrony Przed Sektami i Przemocą, zawiadomił prokuraturę, że Szwalbe obraził jego uczucia religijne poprzez "publiczne, wielokrotne znieważenie krzyża". Bo zdjął go ze ściany. Ze ściany w pomieszczeniu, którego progu Nowak nigdy pewnie nawet nie przestąpił.
Niestety, takie oskarżenia są traktowane przez prokuraturę bardzo poważnie.


Dlaczego w ustawie nie uwzględniono uczuć ateistycznych? Może mamy za słaby lobbing. Może trzeba się zorganizować i powołać Ogólnopolski Komitet Obrony Przed Religiami i Przemocą, którego reprezentanci byliby stale obecni w mediach i wypowiadali się na absolutnie każdy temat w duchu "słoń a obraza uczuć ateistycznych". Bardzo silne emocje targają osobami niewierzącymi, kiedy słyszą o nauczaniu religii w szkołach państwowych (i to za pieniądze podatników) albo gdy obwinia się je za wszystkie klęski, które przez dziesiątki lat spadały na Polskę i Europę.
Pytanie, czy sądy dadzą sobie radę z nawałem spraw, które do nich skierujemy...

Objawienie: "Znak od LPS, a może pastafariański robotnik drogowy ewangelizuje przechodniów?"
źródło: venganza,org
Rucha Palikota postulował zniesienie artykułu 196, ale sejm odrzucił projekt. Taki zapis w Kodeksie karnym ma wielu zwolenników. 

A gdyby tak korzystali z niego np. pastafarianie? 

Wyobraźmy sobie, że ktoś publicznie nazwie autorów Luźnego Kanonu czy Ewangelii LPS "naprutych winem i palących jakieś zioła". Podrze i spali Ewangelię LPS na zamkniętych dla osób postronnych rekolekcjach wielkopostnych. Wykona i wystawi na widok publiczny rzeźbę Jego Makaronowatości przygniecioną meteorytem. W stroju motyla będzie biegał między kawiarnianymi czy pubowymi stolikami, przy których pastafarianie celebrują swój dzień święty, czyli piątek. Usunie ze ściany wizerunek LPS. Albo rozgotuje spaghetti. 

Ciekawe, czy organy ścigania i Ryszard Nowak będą równie ochoczo ścigać ludzi (np. katolików, ale nie tylko) za obrazę uczuć pastafariańskich. Chciałabym, żeby przetestowano ich "bezstronność" i dlatego kibicuję pastafarianom, którzy w ubiegłym roku złożyli w Ministerstwie Administracji i Cyfryzacji wniosek o wpisanie KLPS do rejestru kościołów i innych związków wyznaniowych. Spełnili wymogi formalne wymienione w ustawie o gwarancjach wolności sumienia i wyznania (dział III) i teoretycznie, tak na nieprawniczy rozum, powinni automatycznie otrzymać decyzję pozytywną. 

A jednak. MAC wydało w tej sprawie decyzję odmowną, powołując się przy tym na ekspertyzę przygotowaną w Instytucie Religioznawstwa UJ. Zdaniem pastafarian (cytat z ich skargi do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego)
organ rejestrowy w istocie wydał swoje rozstrzygnięcie nie w oparciu o przepisy powszechnie obowiązującego prawa, lecz w oparciu o wywody biegłych, których powołanie w niniejszej sprawie było bezzasadne i prowadziło do oceny sprawy poprzez jej nieuprawnione „racjonalizowanie”, co w przypadku związku religijnego pozostaje w sprzeczności z jego istotą,
Jeśli WSA utrzyma w mocy decyzję MAC, pastafarianie zamierzają skierować sprawę do NSA, a gdyby i to nie pomogło - do Strasburga.

Warto zapoznać się ze wspomnianą ekspertyzą. W konkluzji prof. dr hab. Kazimierz Banek i dr Piotr Czarnecki stwierdzają (podkreślenia - moje):
Opinia religioznawców na temat faktycznego charakteru Kościoła Latającego Potwora Spaghetti — chodzi o zaliczenie go do joke religions oraz akcentowanie znaczącej roli żartu i parodii religijnej — nie musi być wiążąca dla instytucji państwowej, której celem jest rozstrzygnięcie, czy konkretną grupę można uznać za wspólnotę religijną. Ale opinia taka jest bardzo pomocna. Przede wszystkim jednak, musi pojawić się refleksja natury zasadniczej: czy jest możliwe, aby jakaś grupa ludzi w miarę rozsądnych i w miarę wykształconych w sposób poważny traktowała tezę, iż w rzeczywistości istnieje Latający Potwór Spaghetti, który stworzył wszechświat, jest wszechmogący i wszechwiedzący. Czyli kwestią decydującą nie jest to, że ruch ten posiada własną doktrynę, formy kultu i organizacji, lecz — jak prezentują się owe zasady doktrynalne (czy można je traktować poważnie, czy też nie).
A czy jest możliwe, aby jakaś grupa ludzi w miarę rozsądnych i w miarę wykształconych w sposób poważny traktowała tezę, iż ... i tu wstawmy jakąkolwiek prawdę wiary czy dogmat wyznania, którego religioznawcy nie zaliczają do joke religions.

źródło: kosciol-spaghetti.pl

W ustawie o gwarancjach wolności sumienia i wyznania, w której opisany jest proces rejestracji kościołów i innych związków wyznaniowych, nie ma przepisu, który uzależniałby rejestrację od oceny powagi zasad doktrynalnych wnioskujących. Skoro już państwo angażuje się w kwestie religijne, to niech się chociaż nie ośmiesza arbitralnie oceniając prawdziwość, stopień, sens i cele cudzej religijności.

Swoją drogą ciekawa jestem, czy powoływano biegłych również przy rejestracji np. Instytutu Wiedzy o Tożsamości "Misja Czaitanii", Medytacyjnego Stowarzyszenia Najwyższej Mistrzyni Czing Hai W Polsce albo Związku Hatha Jogi "Brama Jogi" i innych wspólnot o równie egzotycznych nazwach, które widnieją w rejestrze kościołów i innych związków wyznaniowych.


Po zarejestrowaniu KLPS pastafarianie zamierzają korzystać ze wszystkich przywilejów, np. finansowych, które się z tym statusem wiążą, przewidują również, że ich uczucia religijne będą stale obrażane (źródło). Przynajmniej do czasu, kiedy decydenci pójdą po rozum do głowy (ciekawe czyjej) i zmienią obecnie obowiązujące absurdalne przepisy. 


Ramen;)

środa, 5 września 2012

Skarpetą w złe mzimu

"Weź tego Janka, weź to białe, zabierz go, śmierdzi” – wyje demon, gdy egzorcysta ks. Maciej Gutmajer przepędza go skarpetką Jana Pawła II. Ksiądz wyjaśnia, że to świętość demonowi śmierdzi. Podobno papieska skarpetka była skuteczna przy egzorcyzmach jeszcze przed beatyfikacją. Teraz stała się relikwią. Jak setki związanych z Janem Pawłem rzeczy: buty, fragmenty szat, prześcieradeł, paciorki różańca. A przede wszystkim krew i włosy, czyli relikwie I stopnia. Jest jeszcze ukruszony ząb, którego dysponentem jest kard. Stanisław Dziwisz. (...)
To cytat z artykułu autorstwa Joanny Podgórskiej, który przeczytałam w najnowszej "Polityce". Poruszałam już na tym blogu temat relikwii, wiem, że kolejny wpis niczego nie zmieni, ale po prostu muszę dać wyraz swojemu zdumieniu i obrzydzeniu, że takie rzeczy dzieją się w XXI wieku w kraju, gdzie analfabetyzmu właściwie nie ma. Poza wtórnym. 

Dyskutuje się teraz o budżecie państwa na kolejny rok kryzysu. Znajdzie się w nim zapewne mnóstwo niepotrzebnych wydatków, z kolei wielu - wydawałoby się niezbędnych - zabraknie, ale może wreszcie przestaniemy trwonić publiczne środki na organizację, która szerzy ciemnotę i zacofanie? Niech na kościół katolicki (i wszystkie pozostałe) składają się tylko ludzie, którzy uważają, że machaniem skarpetą można przepędzić złe mzimu. 

Zresztą kościół potrafi sam o siebie zadbać (cytat pochodzi z tego samego artykułu):
Sporą popularnością cieszy się także św. Faustyna. Święta straciła już sporą część szkieletu, który z namaszczeniem rozkruszają siostry z Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach. Produkują także relikwie III stopnia, pocierając o szkielet kawałki materiału. Można je potem kupić w przykościelnym sklepiku. To znaczy nie relikwie, bo handel nimi to grzech. Kupuje się broszurkę albo obrazek, do których materiał jest dołączany.

piątek, 29 kwietnia 2011

DOPÓKI MAMY TWARZE

Tytuł: Dopóki mamy twarze (Till We Have Faces)
Autor: Clive Staples Lewis
Pierwsze wydanie: 1956
Tłumaczenie: Albert Gorzkowski

Wydawnictwo: Esprit
ISBN: 978-83-60040-92-8
Stron: 359

Ocena: 3-/5


Ten utwór C.S. Lewisa nie spodobał mi się jako powieść: fabuła jest schematyczna i przewidywalna, wymyślona kraina ledwo zarysowana, postaci czarno-białe, dialogi przeważnie strasznie sztywne, a przez to niezbyt wiarygodne; styl też mnie nie urzekł. Książka nosi jednak podtytuł "Mit opowiedziany na nowo" i jako nowa wersja historii Erosa i Psyche może się wydać dosyć interesująca, zwłaszcza gdy jednocześnie skonfrontujemy ją z biografią i poglądami autora. 

Fabuła jest, jak wspomniałam, bardzo prosta. Król barbarzyńskiej krainy Glome miał trzy córki: Orual - mądrą, ale brzydką, Rediwal - ładną, ale głupią oraz  Istrę (nazywaną również Psyche) - przepiękną i dobrą. Bogowie nie obdarzyli go męskim potomkiem, choć nie żałował im ofiar. Na Glome spadały kolejne klęski, a kapłani orzekli, że jest to zemsta bogini Ungit, którą rozgniewały hołdy oddawane Psyche z powodu jej urody. Boginię mogła przebłagać tylko ofiara złożona z Istry. Orual bardzo kochałą swą przyrodnią siostrę i próbowała temu przeciwdziałać, ale czy śmiertelniczka może sprzeciwić się wyrokom bogów?

Nie jest to jednak opowieść o siostrzanej miłości (w każdym razie nie stanowi ona głównego wątku), ale raczej o relacjach między ludźmi i bogami. W porównaniu do boskich istot człowiek jest nikim, jest głupcem, istniejącym chyba tylko po to, żeby robić z siebie idiotę, zbyt ograniczonym, by móc przeniknąć przemądre zamysły potężnych bogów. Oczywiście zdarzają się wyjątki: śmiertelnicy, których wiara i posłuszeństwo są bezwarunkowe i bezgraniczne. Takim wyjątkiem była Psyche i za to została obdarzona boskością (skojarzyło mi się to z mitem chrześcijańskim o wniebowzięciu Maryi).
Wydaje mi się, że na przykładzie Orual i Psyche Lewis chciał pokazać, jak odmienny może być los człowieka bogobojnego i niewiernego Tomasza wsłuchującego się w podszepty racjonalnej filozofii. Oczywiście ten drugi źle skończy i okryje się wstydem. Zastanawiam się, czym Orual bardziej zawiniła w oczach bogów: zdrowym rozsądkiem czy egoizmem? Przypuszczam, że bardziej potępiali to pierwsze. A przecież dawała im szansę, chciała w nich uwierzyć. Dlaczego jej tego nie ułatwili?
- (...) Gdybym zamknęła oczy, uwierzyłabym, że ten jej pałac istnieje naprawdę.
- Lecz twoje oczy były otwarte i nie widziałaś go.
- Ale czy nie myślisz, że istnieje prawdopodobieństwo - dajmy na to, jak jeden do stu - że są rzeczy, których zobaczyć nie możemy?
- Z pewnością. Sprawiedliwość, Równość, Dusza, a także dźwięki muzyki.
 - Dziadku, nie o tym myślałam. Jeśli są dusze, dlaczego nia miałyby mieć swego domu?
Lis przeczesał palcami włosy w starym, znajomym geście nauczycielskiego niepokoju.
- Dziecko - rzekł stanowczo - trudno mi uwierzyć, że po tylu latach nie masz nawet bladego pojęcia o tym, co znaczy słowo dusza.
- Wystarczająco dobrze wiem, co ty przez nie rozumiesz, dziadku. Ale czy ty, nawet ty, wiesz wszystko? Czy istnieją rzeczy - chodzi mi o to, co realne - których nie możemy zobaczyć?
- Mnóstwo. Za naszymi plecami. To, co zbyt dalekie. I wszystko, gdy jest dość ciemno. [str. 168-169, fragment rozmowy Orual i Lisa]
Oczywiście Lis, grecki niewolnik, nauczyciel córek króla, musiał to wszystko potem odszczekać. Zastanawiam się, czy nie był aby alter ego autora, który przez pewien czas był ateistą, by potem wrócić na łono kościoła.

***

Chciałabym podkreślić, że to moja subiektywna interpretacja utworu, przefiltrowana przez pryzmat mojego światopoglądu. Czytałam wypowiedzi osób, które odebrały tę historię zupełnie inaczej.
Może łatwiej przełknęłabym te wszystkie morały, gdyby zakończenie było trochę bardziej wieloznaczne. Niemal do samego końca wszystko było jeszcze możliwe - nie byłam pewna, czy w świecie wykreowanym przez Lewisa bogowie to wymysł kapłanów, czy prawdziwe byty, ale finał nie pozostawia, niestety, wątpliwości. Szkoda.

Nie zachęcam do sięgania po "Dopóki mamy twarze", ale i stanowczo tego nie odradzam. Książka należy do tych łatwo przyswajalnych.


Na stronie wydawnictwa można zapoznać się z fragmentem książki (po kliknięciu w niebieski przycisk "Przeglądaj Książkę").

***

Dzień później. Zapomniałam wczoraj napisać, że na stronie 319 znalazłam zwrot "ubrałam ciemny płaszcz". Cóż to za plaga jakaś? Co na to korektor?

środa, 2 marca 2011

TABLETKI Z KRZYŻYKIEM

Autor: Szymon Hołownia
Tytuł: Tabletki z krzyżykiem. Pierwsza pomoc w lękach związanych z Bogiem, końcem świata, czyśćcem i duchami
Pierwsze wydanie: 2007

Wydawnictwo: Znak
ISBN: 978-83-240-0835-3
Stron: 334

Ocena: ?


Wymienionych w podtytule lęków nie odczuwam (prawdopodobnie ja skończę się wcześniej niż świat), ponieważ jestem ateistką i sceptyczką. Sięgnęłam po "tabletki z krzyżykiem" ze zwykłej ciekawości. Książki Szymona Hołowni sprzedają się nieźle i mają niemal same pozytywne recenzje, również na blogach, ale ja zainteresowałam się tym autorem z innego powodu - zdarza mi się czasami zajrzeć na jego blog na newsweek.pl i pamiętam, że o katastrofie smoleńskiej i o tym, co się potem działo na Krakowskim Przedmieściu, pisał całkiem rozsądnie. Ciekawa byłam zatem, co ma do powiedzenia na tematy religijne.

Czytało mi się tę książkę trochę jak mitologię, opis wierzeń jakiegoś egzotycznego ludu albo jak dziwną nieco bajkę. Szymon Hołownia jest zdeklarowanym katolikiem, który wierzy we wszystko to, czego naucza kościół, który nigdy nie wątpi. Owszem, jest dociekliwy, ale nie zadaje pytań, na które nie można znaleźć odpowiedzi w Katechizmie Kościoła Katolickiego, teologii i książkach religijnych naukowców. Nie pyta, czy Bóg istnieje - pyta, czy Bóg karze za dowcipy o sobie, i czy przeszczepiona wątroba zmartwychwstanie w dawcy, czy w biorcy. 

Książka składa się z pytań i odpowiedzi, pogrupowanych w kilka działów (tabletki o sławnych ludziach, fundamentalne, okołonaukowe, pośmiertne). Pytania wydają się nieco prowokacyjne i kojarzą mi się z tytułami artykułów w tabloidach, np.: Dlaczego król Dawid poszedł do łóżka z sąsiadką? Który tom przygód Harry'ego Pottera podyktował szatan? Czy Bóg pragnie, byśmy się pocięli? 
Szymon Hołownia nie znalazł odpowiedzi na wszystkie pytania, a niektóre z odpowiedzi są pokrętne i nielogiczne, przynajmniej z mojego punktu widzenia. Chciałam dla przykładu streścić odpowiedź na ciekawe pytanie o to, czy Jezus nie mógł umrzeć ze starości (tak sformułował to pytanie autor, a w rzeczywistości chodzi o to, dlaczego Jezus umarł za ludzi na krzyżu), ale jej sens są w stanie uchwycić jedynie ludzie głęboko wierzący.

wtorek, 7 września 2010

UCIECZKA OD WOLNOŚCI

Tytuł: Ucieczka od wolności (Escape from Freedom)
Autor: Erich Fromm
Pierwsze wydanie: 1941
Przedmowa: Franciszek Ryszka
Tłumaczenie: Olga i Andrzej Ziemilscy
Wydawnictwo: Czytelnik
ISBN: 83-07-02357-2
Stron: 276

Nazwisko Ericha Fromma oczywiście obijało mi się o uszy od czasu do czasu, ale szczerze mówiąc, nie kojarzyło mi się z niczym konkretnym. (Po tym jak wyznałam, że przeczytałam "Zmierzch" Stephanie Meyer, nic mnie już chyba bardziej nie pogrąży, więc przyznaję się i do tego;)). "Ucieczka od wolności" wydawała mi się kolejną klasyczną pozycją, którą wypada znać. I jest nią rzeczywiście. Wydaje mi się jednak, że dla wielu czytelników, zwłaszcza takich, którzy (jak ja) rzadko (albo nigdy) sięgają po książki z zakresu psychologii albo filozofii, może być czymś więcej - źródłem bodźców do snucia refleksji i autorefleksji na kilka ładnych tygodni. W każdym razie tak właśnie jest w moim przypadku i chociaż na ogół oszczędzam osobom postronnym słuchania i czytania moich "przemyśleń", to tym razem powstrzymać się nie mogę i niektóre opublikuję;). To te pisane kursywą.

wtorek, 30 marca 2010

DIABEŁ W LEGENDZIE I LITERATURZE

Tytuł: Diabeł w legendzie i literaturze
Autor: Maximilian Rudwin
Pierwsze wydanie: 1931
Tłumaczenie: Jacek Illg

Wydawnictwo Znak
Seria Mity, Obrazy, Symbole
ISBN: 83-7006-873-1
Stron: 370

Ocena: 4/5

Podobnie jak wielu Polaków nie wierzę w piekło, jednak w przeciwieństwie do większości z nich nie wierzę też w tę drugą stronę (choć, przyznaję, nie zawsze tak było). Nie mogłam jednak pozostać zupełną ignorantką w sprawach boskich i diabelskich, skoro wychowywałam się i mieszkam w kraju europejskim, w którym religia odgrywa tak znaczną rolę. Spora część naszej kultury ma chrześcijańskie korzenie. Wielu wybitnych artystów, pisarzy, poetów było osobami wierzącymi albo religię kontestującymi; w każdym razie trzeba poznać ich poglądy na te sprawy, aby właściwie interpretować ich dzieła. Dzięki Maximilianowi Rudwinowi możemy się dowiedzieć, jak zmieniał się literacki wizerunek diabła na przestrzeni wieków, do 1931 roku, w którym ta książka została opublikowana. Łatwo znaleźć w internecie informacje o innych dziełach pana Rudwina, ale o nim samym dowiedziałam się niewiele ponad to, że był doktorem na Uniwersytecie Illinois. Opisuje przede wszystkim literaturę angielską, francuską i niemiecką, ale sięga też czasami po wierzenia semickie, a i parę "polskich" wstawek się tu znalazło. W kilku miejscach sygnalizuje swoje osobiste przekonania (był osobą wierzącą), ale generalnie pisze dość obiektywnie, a wiele absurdalnych relacji dotyczących "demonów ciemności" przedstawia wyraźnie z przymrużeniem oka, nawet jeśli ich autorami były osoby duchowne czy konsekrowane.
Książkę czytało mi się przeważnie bardzo dobrze, choć utknęłam na trochę w rozdziałach dotyczących paktów z diabłem. W całym dziele, a w tych rozdziałach szczególnie, autor streszcza lub wymienia utwory zapewne dobrze znane w jego czasach, ale dla dzisiejszego czytelnika już niekoniecznie takie interesujące.