Impresje

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biografia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biografia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 marca 2018

SENDLEROWA. W UKRYCIU

Tytuł: Sendlerowa. W ukryciu
Pierwsze wydanie: 2017
Autorka: Anna Bikont

Wydawnictwo Czarne
ISBN: 978-83-8049-609-5
Stron: 478

Dziwnie czytało się tę książkę w dniach, kiedy fatalna nowelizacja ustawy o IPN wywołała międzynarodowy skandal, a przedstawiciele partii (niestety) rządzącej brnęli w zaparte i próbowali wszystkim wmówić, że my, Polacy, my wszyscy z Ulmów, a do zbrodni w Jedwabnem czy pogromu kieleckiego doszło chyba w jakimś innym wymiarze, zamieszkanym przez antysemitów, szmalcowników i komunistów, którzy przecież Polakami z definicji nie są. Im dłużej czytałam pracę Anny Bikont, tym bardziej przychylałam się do często cytowanej (nieco niecenzuralnej) opinii Piłsudskiego o naszym wspaniałym narodzie.

wtorek, 9 stycznia 2018

GOMBROWICZ. JA, GENIUSZ

Tytuł: Gombrowicz. Ja, geniusz
Pierwsze wydanie: 2017
Autorka: Klementyna Suchanow

Wydawnictwo Czarne
ISBN: 978-83-8049-557-9
Stron: 583 i 599


W wywiadzie przeprowadzonym przez Justyną Sobolewską dla "Polityki" Klementyna Suchanow powiedziała, że chciała napisać książkę nie dla "gombrowiczologów", ale przede wszystkim dla ludzi młodych, nawet nastolatków, "dla których Maisons-Laffitte nie jest oczywistością"; myślała też o czytelniku zagranicznym. Szczerze mówiąc ja tego podejścia w jej pracy nie dostrzegam. Owszem, miejscami styl autorki jest nieco mniej formalny (i trochę nieprzejrzysty, zwłaszcza w pierwszym tomie) niż to zazwyczaj w biografiach bywa, ale poza tym ta książka napisana jest w sposób, który jednak wymaga od czytelnika posiadania co najmniej elementarnych informacji o twórczości Gombrowicza i życiu literackim w Polsce między- i powojennej. Nie uważam tego jednak za wadę, bo też nie wierzę, że na tę pozycję rzucą się ludzie, którzy nie czytali choćby "Ferdydurke", i którym nazwiska Giedroyc czy Witkacy nic nie mówią.

piątek, 25 sierpnia 2017

SZKŁO I BRYLANTY. GABRIELA ZAPOLSKA W SWOJEJ EPOCE

Tytuł: Szkło i brylanty. Gabriela Zapolska w swojej epoce
Pierwsze wydanie: 2016
Autor: Arael Zurli

Wydawnictwo: ISKRY
ISBN: 978-83-244-0450-6
Stron: 508



Na Polach Elizejskich, bo mówiąc o niej trudno myśleć o niebie, wyobrażam sobie Zapolską w kapeluszu z piórami, z parasolką, z suknią lekko uniesioną, aby elizejskie błoto nie splamiło jej trenu, i trochę także dlatego, aby pokazać szeleszczącą falbankami halkę.
W ten sposób pisał o Zapolskiej Jan Lechoń, który co prawda chyba nigdy nie spotkał jej osobiście, ale jako jeszcze młody człowiek widział jej zdjęcia, słyszał krążące na jej temat plotki i poznawał jej twórczość, a wiele lat później "Panią Dulską" uważał za jedną z najlepszych polskich sztuk.
Nawiasem mówiąc, mam nadzieję, że po deformie edukacji ta książka nadal będzie szkolną lekturą, bo doprawdy świetnie się nadaje do omawiania jakże aktualnej kwestii: fałszywie pojmowanej przyzwoitości na pokaz. 

czwartek, 23 czerwca 2016

SŁONIMSKI. HERETYK NA AMBONIE

Być może gdybym czytała biografię Słonimskiego kilka lat temu, skupiłabym się na innych aspektach jego życiorysu. Teraz dostrzegam tu przede wszystkim historię człowieka, który świadomie zdecydował się na stosunkowo drobny - w swoim mniemaniu - kompromis, szybko został zmuszony do znacznie większych ustępstw (a właściwie świństw), ale opamiętał się wreszcie i ostatecznie odważył głośno opowiedzieć po właściwej stronie.

wtorek, 14 lipca 2015

MANSON. KU ZBRODNI

Tytuł: Manson. Ku zbrodni (Manson: The Life and Times of Charles Manson)
Pierwsze wydanie: 2014
Autor: Jeff Guinn
Tłumaczenie: Krzysztof Kurek

Wydawnictwo: Agora
Seria: Prawdziwe zbrodnie
ISBN: 978-8-268-1309-2
Stron: 534

If you're going to San Francisco
Be sure to wear some flowers in your hair
If you're going to San Francisco
You're gonna meet some gentle people there

Wśród tych miłych ludzi, o których w maju 1967 roku śpiewał Scott McKenzie, można było spotkać Charlesa Mansona, który pałętał się najpierw po Berkeley (wtedy - centrum protestów studenckich), a potem po Haight-Ashbury, dzielnicy San Francisco, w której kwitł ruch hipisowski.

wtorek, 16 grudnia 2014

KATARZYNA ARAGOŃSKA. HISZPAŃSKA KRÓLOWA HENRYKA VIII

Tytuł: Katarzyna Aragońska. Hiszpańska królowa Henryka VIII (Catherine of Aragon: Henry's Spanish Queen)
Pierwsze wydanie: 2010
Autor: Giles Tremlett
Tłumaczenie: Emilia Skowrońska

Wydawnictwo Astra 2013
ISBN: 978-83-89981-61-0
Stron: 108


Czytałam "Królowe: sześć żon Henryka VIII" Davida Starkeya, "Sześć żon Henryka VIII" Antonii Fraser i kilka jeszcze innych książek o tym władcy i jego córkach, ale kiedy trafiam na kolejny tytuł o Tudorach, nie mogę się powstrzymać i kupuję. Giles Tremlett nie poszerzył jakoś znacząco mojej dotychczasowej wiedzy o Katarzynie Aragońskiej (Starkey i Fraser poświęcili jej w swoich pracach bardzo dużo miejsca), ale jego książkę również czytałam z dużym zainteresowaniem.

Autor nie jest historykiem, jest dziennikarzem, jego sposób opowiadania o Katarzynie jest bardziej narracyjny, ale ta metoda nie jest obca innym autorom (również tym wyżej wymienionym) - tak się teraz pisze prace popularnonaukowe. Tremlett pisze o domniemanych emocjach postaci historycznych, ale absolutnie nie pozwala sobie na fabularyzowanie.

Stosunkowo sporo miejsca poświęcił pochodzeniu i dzieciństwu Katarzyny i okresowi między jednym i drugim małżeństwem. Zaciekawiły mnie zwłaszcza opisy hiszpańskiego dworu, który dzięki wpływom kultury islamskiej stał wtedy na znacznie wyższym poziomie cywilizacyjnym niż w większości innych państw europejskich.

Księżniczka zapewne pozostałaby najchętniej w niedawno zdobytej przez rodziców Alhambrze, ale nie dano jej wyboru - z księciem Arturem zaręczono ją, kiedy miała trzy lata, więc kiedy osiągnęła stosowny wiek, musiała udać się w niebezpieczną podróż do dżdżystej i mniej wyrafinowanej Anglii, żeby wyjść za mąż i przedłużyć dynastię Tudorów. Opowieść o jej dalszych losach chyba nie może nie być interesująca i taka właśnie jest praca Gilesa Tremletta.

Autor często cytuje korespondencję i ówczesne kroniki, co bardzo lubię w tego rodzaju książkach. Przedstawia kolejne wydarzenia szczegółowo, ale przystępnie, bez przytaczania faktów, które zainteresować mogą już tylko historyka specjalizującego się w tej epoce.


***

Oto opis stroju królowej Izabeli, w jakim wystąpiła na zaręczynach swojej córki z angielskim księciem:
Para królewska ubrana była w stroje "utkane w całości ze złota". Szaty króla poszyto najkosztowniejszym sobolim futrem, jednak to strój królowej wprawił Machada (herolda angielskiej delegacji - przyp. E.) w prawdziwy zachwyt. Wspaniała kreacja i biżuteria, które miała na sobie tego wieczoru, oraz pozostałe suknie, zakładane przez nią w ciągu następnych dni wizyty ambasadorów podczas wystawnych biesiad, potyczek, walk byków i tańców, były jego zdaniem warte szczegółowego opisu.
   Na złotą szatę Izabela przywdziała "kaptur jeździecki z czarnego aksamitu z otworami, przez które przebijało złoto", ozdobiony linią grubości palca składającą się z prostokątnych bloków ze złotej nici, inkrustowanych klejnotami "tak wspaniałymi, że ludzkie oko takich dotąd nie widziało". Biały, skórzany pas z sakwą, wyglądający zdaniem Machada na męski, został ozdobiony "czerwonym spinelem [z Persji] o rozmiarach piłki tenisowej, pięcioma wybornymi diamentami oraz innymi drogimi kamieniami wielkości fasoli".
   Biżuteria królowej wywoływała podobny zachwyt. "Na szyi miała piękny złoty naszyjnik, złożony z białych i czerwonych róż, a każda z nich zdobiona dużym klejnotem; poza tym dwie wstęgi, zawieszone po obu stronach piersi, upiększone wielkimi diamentami, spinelami oraz rubinami, perłami i wszelkimi innymi kamieniami szlachetnymi w liczbie stu lub więcej. Na suknię założyła przepiękny krótki płaszcz ze szkarłatnej satyny, podszyty gronostajowym futrem. Został on zarzucony [niedbale] ukośnie na lewe ramę. Równie okazale prezentował się stroik z tyłu głowy (oryg. coiffe de plaisance)". Machado, który potrafił ocenić wartość odzieży i biżuterii, oszacował, że złoto królowej było warte około 200 tys. koron (tyle miał być wart posag Katarzyny - przyp. E.)
   Każdy rubin, diament i fragment drogocennej tkaniny czy futra podkreślał przewagę Izabeli nad uczestnikami doniosłych wydarzeń. W rzeczywistości ustalone prawa antyzbytkowe zabraniały osobom ze ściśle określonego otoczenia królowej przewyższania jej w dostojeństwie. Nakazy te regulowały wszystko: od stosowania jedwabiu i brokatu, aż po posrebrzanie lub pozłacanie ostróg. Nikt nie mógł przyćmić rodziny monarszej. [str. 27-28]

A tak wyglądała w 1494 roku Grenada według norymberskiego humanisty Hieronymusa Münzera"
"Nie ma piękniejszego miasta w naszym kontynencie", oznajmił z zachwytem. Dla mieszkańca Europy Północnej był to egzotyczny świat fig, szafranu, purpurowych wiśni, karczochów, migdałów, rodzynek, dzikich zielonych palm, oliwek, granatów, pomarańczy, cytryn, jabłek, gruszek i niezrównanego w smaku pstrąga. Kozy, owce i woły - obok dzików, saren i kuropatw - zapewniały duże ilości pożywnego mięsa.
   W piątki rozbrzmiewało w mieście nawoływanie  do modlitwy. (...)
   Według szacunków Münzera w mieście, w którym przy wąskich uliczkach sytuowały się małe domki, mieszkało niewiele ponad 50 tys. osób. "Niemal wszyscy mogli cieszyć się [bieżącą] wodą i zbiornikami", relacjonował. "Są dwa rodzaje rur i akweduktów: jednymi płynie czysta woda do spożycia, drugie zaś zbierają nieczystości, ekskrementy etc [...]. Na każdej z ulic znajdują się specjalne kanały, aby mieszkańcy domów , nie mających dostępu do rur , mogli nocą wylewać do nich brudną wodę". Wokół głównego meczetu znalazł - oprócz standardowych miejsc do ablucji - pisuary i kompleksy toalet tureckich, połączonych bezpośrednio z podziemnym kanałem. (...)
   Alhambra ujrzana przez Münzera, w której mieszkała Katarzyna, była znacznie większa i wytworniejsza niż obecnie. "Widzieliśmy niezliczone pałace, pokryte wspaniałym białym marmurem, przepiękne ogrody, pełne drzew cytrynowych i mirtów, z marmurowymi basenami oraz misami", pisał Münzer. Sypialnie były okazałe, a w każdym pałacu znajdowały się miednice z białego marmuru z krystalicznie czystą wodą. Lśniący marmur był niemal wszędzie, zarówno we wnętrzu, jak i na zewnątrz budowli, wznoszono z niego kolumny, tworzono podłogi z wielkich płyt o długości czterech i pół metra. Woda była dostępna w ogrodach i pokojach dzięki systemom rur i kanałów, których często podróżujący Münzer nigdy wcześniej nie widział. "A łaźnia - cóż to za cudo! - ze sklepionym dachem", relacjonował pełen zachwytu. W łaźniach znajdowały się sale z gorącą, ciepłą i zimną wodą - o wiele wspanialsze aniżeli renesansowe pałace imitujące Alhambrę, zamówione w XVI wieku przez cesarza Karola V. (...)
   "We wszystkich pałacach budziły zachwyt kasetonowe sufity ze złota, lapis lazuli, kości słoniowej i drewna cyprysowego odznaczające się tak wielką różnorodnością stylów. iż nie da się tego wyjaśnić ani opisać" - nie mógł wyjść z podziwu Münzer. (...)
   Dziedziniec Mirtów wyłożono białym marmurem. Nocą biło od niego łagodne, a zarazem zjawiskowe światło. W księżycowym i gwiezdnym blasku lśnienie marmuru wzmacniały błyszczące tafle czystej wody w basenach. [str. 50-51]

wtorek, 30 września 2014

MARIA TUDOR. PIERWSZA KRÓLOWA

Tytuł: Maria Tudor. Pierwsza królowa (Mary Tudor. The First Queen)
Pierwsze wydanie: 2007
Autorka: Linda Porter
Tłumaczenie: Adam Tuz

Wydawnictwo Astra 2013
ISBN: 978-83-89981-57-2
Stron: 496



Maria na pewno nie jest najbardziej popularną władczynią z dynastii Tudorów, może dlatego, że panowała najkrócej - zaledwie pięć lat. Zbyt mało, żeby w znaczący sposób wpłynąć na sytuację w kraju i żeby jej imieniem nazwano całą epokę w historii państwa, tak jako kto się stało w przypadku jej młodszej przyrodniej siostry Elżbiety, która rządziła przez prawie czterdzieści pięć lat. Maria miała już trzydzieści siedem lat, kiedy wywalczyła sobie tron. W tamtych czasach był to, zwłaszcza dla kobiety, wiek poważny, więc nowa królowa musiała bez zwłoki zająć się sprawami priorytetowymi: przedłużeniem dynastii i przywróceniem w Anglii katolicyzmu. W obu sprawach pomóc miało małżeństwo z hiszpańskim księciem Filipem. Starania o następcę tronu zakończyły się jednak klęską i upokorzeniem, a protestanci zaczęli podnosić głowy jeszcze za życia Marii, kiedy stało się jasne, że wkrótce zastąpi ją córka Anny Boleyn. Dziś Maria kojarzy się przede wszystkim ze stosami, na których za jej panowania spalono prawie trzysta osób. I z koktajlem Krwawa Mary - podobno to właśnie do jej osoby nawiązuje jego nazwa.

Muszę przyznać, że zanim sięgnęłam po książkę Lindy Porter, postrzegałam Marię trochę zbyt jednowymiarowo. Zraził mnie jej religijny fanatyzm, który jednak - jakby się nad tym chwilę zastanowić - w tamtych, a nawet w dużo późniejszych czasach nie był przecież wcale czymś niezwykłym. Poza tym autorzy piszący o jej ojcu i przyrodniej siostrze ją samą traktowali trochę po macoszemu, co również wpłynęło na moje wyobrażenie o niej. Lindzie Porter udało się pokazać Marię jako członkinię rodziny królewskiej i polityka, ale też jako kobietę, siostrę i żonę.

Może i nie była wybitną władczynią, ale po pierwsze, jak już wspomniałam, nie miała zbyt dużo czasu, żeby się wykazać, po drugie - była pierwszą kobietą na angielskim tronie, która faktycznie rządziła krajem, po trzecie - Anglia miała już wcześniej kilku znacznie gorszych od Marii królów. Z pewnością nie można jej zarzucić, że się nie starała. Była wykształcona, doświadczona, obowiązkowa i gotowa do poświęceń. Wychowano ją na królową, co prawda raczej nie królową Anglii, bo Henryk VIII zawsze zakładał, że tron odziedziczy po nim jego syn (którego się w końcu doczekał ze swoją trzecią żoną). Maria miała zostać królewską małżonką jakiegoś zagranicznego władcy.

Również jej młodszy przyrodni brat, który panował jako Edward VI, nie chciał, żeby po nim władzę objęła oddana katolicyzmowi siostra. Zresztą swą drugą siostrę, Elżbietę, też wykluczył z linii sukcesji, mimo że była protestantką. Chciał, żeby po nim rządziła jego kuzynka Jane Grey (również protestantka), a właściwie jej synowie, kiedy tylko się pojawią.

Lady Jane "panowała" jednak tylko dziewięć dni. Maria nie zastosowała się do woli Edwarda. Dzięki odwadze, zdecydowaniu i odpowiednim sojuszom szybko przejęła władzę. To był jeden z kluczowych momentów w życiu Marii i Linda Porter opisała go bardzo szczegółowo.

Dużo miejsca poświęciła również małżeństwu królowej z księciem Filipem. Na podstawie książek, które czytałam wcześniej, sądziłam, że Maria zdecydowała się na ten właśnie związek z powodów bardziej osobistych niż państwowych, że ślub z kuzynem z dynastii Habsburgów był czymś, o czym długo marzyła i czego wyczekiwała. Chyba jednak nie do końca tak było.

Maria i Filip (i minipsy)
Wyszła za mąż między innymi dlatego, że oczekiwano od niej przynajmniej próby przedłużenia dynastii. Gdyby zmarła bezpotomnie (a nikt się jeszcze nie spodziewał, że stanie się to tak szybko), władzę przejęłaby prawdopodobnie Elżbieta lub jej dzieci, co oznaczałoby zapewne kolejne spory religijne, a może poważne wewnętrzne zamieszki. Maria musiała zdawać sobie sprawę z tego, że ciąża w jej wieku i przy stanie ówczesnej medycyny stanowiłaby dla niej duże ryzyko, zwłaszcza że prawdopodobnie już od lat miewała jakieś problemy ginekologiczne.

Wydawało się, że stał się cud i Bóg pobłogosławił królowej: medycy orzekli, że spodziewa się dziecka. Maria też była o tym przekonana, więc nieliczni początkowo sceptycy nie ośmielali się zaprzeczać. Pewne fizyczne oznaki rzeczywiście wystąpiły, poczyniono przygotowania do porodu i sporządzono nawet zwyczajowe obwieszczenia o szczęśliwym rozwiązaniu. Królowa zgodnie z tradycją przeniosła się do specjalnie urządzonych na tę okazję komnat, do których wstęp miały tylko usługujące jej kobiety. Anglia czekała na królewicza.

Wyznaczony przez lekarzy termin porodu nadszedł i minął. Wyznaczano kolejne, ale grono sceptyków rosło. Ostatnią osobą, która do niego dołączyła, była Maria. Upokorzenie, wstyd i rozpacz. Filip wyjechał, wrogowie tryumfowali. Świetny temat dla filmowców, ale - póki co - wolą oni chyba romanse Henryka VIII i efektowne rządy Elżbiety. Szkoda, bo moim zdaniem biografia Marii nadaje się na interesujący miniserial historyczny, mniej sensacyjny niż "Dynastia Tudorów", raczej dramat psychologiczny.

Powinien on opowiadać o całym życiu Marii. Często postrzega się ją tylko przez pryzmat jej pięcioletnich rządów, tymczasem całe jej życie obfitowało w nagłe odmiany losu, przy czym zmiany na gorsze przytrafiały się jej zdecydowanie częściej. Mimo wszystko zawsze pozostawała wierna swoim przekonaniom, wierze i sumieniu. Mniej więcej połowa książki Lindy Porter dotyczy dziejów Marii z okresu zanim została królową.

Gdyby była chłopcem, byłaby oczywistym następcą tronu, a historia Anglii potoczyłaby się zupełnie inaczej. Kiedy unieważniono małżeństwo jej rodziców, Maria stała się w świetle ówczesnego prawa nieślubnym dzieckiem, w dodatku dzieckiem nieposłusznym, które sprzeciwiało się woli ojca: tak długo, jak tylko mogła, głosiła przekonanie, że związek rodziców jest wciąż ważny, a Katarzyna Aragońska jest królową Anglii. Została za to zepchnięta do roli damy dworu swojej maleńkiej przyrodniej siostry, odseparowano ją też od matki, która coraz bardziej zapadała na zdrowiu - nie zobaczyły się już nigdy, nie mogły nawet ze sobą korespondować. Po śmierci Katarzyny Maria musiała się poddać. Podpisała wszystko, co jej kazano, w efekcie czego jej pozycja znacząco się poprawiła. Niebezpieczeństwo ponownie zawisło nad jej głową podczas panowania Edwarda, który był równie radykalnym protestantem jak ona gorliwą katoliczką. Z kolei kiedy Maria zasiadła na tronie, próbowała prośbą i groźbą zmusić Elżbietę do udziału w katolickich nabożeństwach.

Maria nie była typem intelektualistki, jej przywiązanie do religii i pewnych zasad nie było wynikiem racjonalnych analiz, ale raczej wynikało z szacunku dla autorytetów i tradycji i z osobistego sentymentu. Między nabożeństwami i audiencjami znajdowała jednak czas na muzykę, którą uwielbiała, oraz na hazard, który stanowił stosunkowo poważną pozycję w jej prywatnym budżecie. Nosiła najchętniej piękne (i drogie) suknie francuskiego kroju i kolekcjonowała klejnoty. "Diamenty są najlepszym przyjacielem dziewczyny", a myślę, że i dla królowej Anglii stanowiły pewne pocieszenie.

1554 r.
Książka Lindy Porter to solidna i sprawnie napisana biografia, która kazała mi spojrzeć na Marię Tudor z nieco innej niż dotychczas perspektywy. Oczywiście nie można opowiedzieć o Marii, nie przytaczając jednocześnie - choćby skrótowo - podstawowych informacji o dynastii, z której się wywodziła, o epoce, w której przyszło jej żyć i walczyć o władzę, o ludziach, którzy ją otaczali. To wszystko jest w tej książce odpowiednio wyważone, więc przeczytałam ją z przyjemnością.

piątek, 18 kwietnia 2014

JANE AUSTEN I JEJ RACJONALNE ROMANSE

Tytuł: Jane Austen i jej racjonalne romanse
Pierwsze wydanie: 2014
Autorka: Anna Przedpełska-Trzeciakowska
Wydawnictwo W.A.B.
Seria: Fortuna i Fatum
ISBN: 978-83-280-0901-1
Stron: 368


Bardzo rzadko decyduję się na zakup książki zaraz po jej premierze, ale czyż mogłam przejść obojętnie obok informacji, że już wkrótce ukaże się biografia Jane Austen autorstwa Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej? W żaden sposób. Kupiłam zaraz po premierze, zdążyłam przeczytać dwa razy i na tym się pewnie nie skończy (ja tak mam).


Jane Austen to jedna z moich ulubionych pisarek. Nasza znajomość zaczęła się od "Dumy i uprzedzenia", nie była to jednak fascynacja od pierwszego wejrzenia: powieść mi się podobała, owszem, ale się nią nie zachwyciłam, w każdym razie nie na tyle, żeby pokusić się o lekturę innych książek tej autorki. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że zostałyśmy sobie przedstawione w momencie dość dla nas obu niefortunnym: Jane od prawie stu osiemdziesięciu lat nie żyła, a jedynym miejscem, w którym ja bywałam, o ile to można nazwać bywaniem, była podstawówka. Hmm. I kościół.

Swoją znajomość z nią odnowiłam pod wpływem świetnej ekranizacji "Dumy i uprzedzenia" z 1995 roku. Przeczytałam wtedy powieść ponownie i potem wiele, wiele razy do niej wracałam. Stała się moją lekturą na gorsze dni, detronizując "Anię z Zielonego Wzgórza".

Im starsza się stawałam, tym bardziej doceniałam warstwę obyczajową, postaci drugiego i trzeciego planu, dialogi. Bardzo polubiłam styl Jane Austen i jej sposób przedstawiania bohaterów, ale nie epokę, którą opisywała. Sztywny system klasowy, nierówności społeczne, majorat, praktyczne ubezwłasnowolnienie niezamężnych kobiet, robienie z zamężnych maszynek do rodzenia dzieci. No i te niekończące się rozmowy o niczym!

Okoliczności się na szczęście zmieniły, ale ludzkie charaktery wcale, wciąż pełno wokół pań Ferrars czy panów Collinsów, więc nie trzeba się jakoś specjalnie wysilać, żeby zrozumieć motywacje postaci i fabułę powieści Jane Austen, ale żeby dostrzec niuanse, niezbędna jest już jakaś wiedza o epoce i o pisarce. Oczywiście pewne wyobrażenie zyskuje się po przeczytaniu wszystkich książek tej autorki, ale przypuszczam, że każdy admirator twórczości Jane Austen chciałby ją poznać nieco bliżej.


Biografia autorstwa Przedpełskiej-Trzeciakowskiej została pomyślana jako "towarzysz lektury sześciu znakomitych powieści Jane Austen", "bez formalnej naukowości". Przypomina książkę o jakimś odległym przodku, którego zna się tylko z przekazywanych przez pokolenia rodzinnych opowieści, ale z którym odczuwa się jakąś metafizyczną więź. Zresztą autorka wcale nie udaje obiektywizmu w stosunku do swojej bohaterki, nawet pozwala sobie pisać o niej bardzo poufale: Jane.

Informacje ułożone są chronologicznie: epoka, rodzice, dom, dzieciństwo, młodość itd. Przedpełska-Trzeciakowska często cytuje korespondencję Jane Austen, jej bliższych i dalszych krewnych i wspomnienia niektórych członków rodziny (spisane zapewne wtedy, kiedy się okazało, że ciocia Jane coś tam jednak w życiu osiągnęła, mimo że była przecież tylko niezamożną starą panną). Szkoda że Cassandra, ukochana siostra Jane, zniszczyła po jej śmierci sporo listów, a niektóre ocenzurowała, wskutek czego biografowie pisarki skazani są w wielu sprawach na domysły. Z drugiej strony dzięki Cassandrze wiemy przynajmniej, jak Jane Austen wyglądała około 1810 roku, czyli mniej więcej w wieku trzydziestu pięciu lat:

źródło: National Portrait Gallery
Zastanawiałam się, dlaczego żadnej swojej bohaterki Jane Austen nie nazwała imieniem siostry (i matki), podczas gdy imiona braci (i ojca) pojawiają się w jej książkach. Może powodem był właśnie ten - z pewnością nie pochlebiony - portret? ;)


Szczególnie zainteresowały mnie dwa wątki poruszone przez Przedpełską-Trzeciakowską: ówczesny proces wydawniczy i trudna sytuacja kobiet na przykładzie Jane Austen.

Pisarzy dobijających się wciąż bez skutku do drzwi wydawnictw dowartościuje (ale chyba i zmartwi) informacja, że Jane Austen opublikowała powieść dopiero pod koniec 1811 roku, po około czternastu latach starań (niezbyt intensywnych, trzeba przyznać) w tym kierunku. Jej brat Henry musiał zobowiązać się do pokrycia kosztów wydania "Rozważnej i romantycznej", gdyby książka się nie sprzedała. Co na to przeciwnicy self-publishingu?
Rozszedł się cały nakład (około tysiąc egzemplarzy), a Jane Austen zarobiła 140 funtów, kwotę wówczas niebagatelną. Na okładce nie znalazło się jej nazwisko, widniał tam tylko dopisek "By a Lady". Powieściopisarstwo nie było zajęciem, z którym powinna się afiszować córka prowincjonalnego pastora.

Jane Austen poszła za ciosem i już na początku 1813 roku opublikowała "Dumę i uprzedzenie", a wydawca zapłacił jej 110 funtów. Jesienią ukazał się dodruk, ale zysk z niego należał już tylko do wydawcy.

Mimo dwóch komercyjnych i artystycznych sukcesów (obie książki miały pochlebne recenzje) Jane Austen musiała wydać swoją kolejną powieść, "Mansfield Park", na własny koszt i ryzyko.

"Emmę" opublikowała już w innym wydawnictwie, u pana Murraya, który (jakże przezornie!) był również właścicielem ważnego kwartalnika literackiego. Zaproponował Jane Austen 450 funtów, ale w zamian za prawa także do "Dumy i uprzedzenia" i "Rozważnej i romantycznej". Druk "Emmy" (tym razem w dwóch tysiącach egzemplarzy) przyspieszyło zadedykowanie powieści księciu regentowi, którego tak genialnie zagrał w serialu "Czarna Żmija" młody Hugh Laurie, a który (książę) był, jak doniesiono pisarce, wielbicielem jej twórczości. To nie Jane Austen wpadła na pomysł dedykacji, została o nią "poproszona" przez bibliotekarza księcia, więc nie miała wyjścia.

"Emma" była ostatnią powieścią pisarki, która ukazała się za jej życia. Przed śmiercią zdążyła jeszcze odkupić za 10 funtów prawa do "Opactwa Northanger" (tytuł roboczy to "Susan") od wydawcy, który zapłacił jej w 1803 roku za rękopis 10 funtów zaliczki, ale powieści nigdy nie wydał. Dopiero po zakończeniu transakcji ów wydawca został poinformowany, że powieść została napisana przez autorkę "Dumy i uprzedzenia".

"Perswazje" i "Opactwo Northanger" ukazały się już po śmierci Jane Austen, również u Murraya, ale na ryzyko spadkobierców. Cztery dobrze przyjęte i dobrze sprzedane powieści nie zapewniły pisarce zaufania wydawcy.

***

Pierwsza książka Jane Austen ukazała się, kiedy autorka miała 36 lat, a więc uznawana była od pewnego czasu za starą pannę i można było przypuszczać, że żadna znacząca zmiana już w jej życiu nie nastąpi. Wraz z matką i również niezamężną siostrą pozostawała na utrzymaniu braci, którzy przekazywali paniom około 250 funtów rocznie - kwotę wystarczającą na skromne utrzymanie, ale bez ekstrawagancji w gospodarstwie. Sumy te stanowiły znaczny ubytek w dochodach panów, ale rodzina Austenów była ze sobą bardzo związana, więc może bracia nie zżymali się tak na ten wydatek, jak robiliby to zapewne Lucasowie, gdyby Charlotta nie poślubiła pana Collinsa.

Pieniądze zarobione na pisaniu należały wyłącznie do Jane i na pewno dodawały jej nieco pewności siebie, bo świadczyły o wymiernej wartości tego, co robiła. Niestety, talent literacki nie był czymś szczególnie poszukiwanym, zwłaszcza u młodych dam, a zresztą dochód z tego był stosunkowo niewielki. One powinny mieć posag - w rzeczywistości, a więc i w powieściach.

Jeśli go nie miały, żyły na łasce krewnych i sąsiadów (gdyby Jane miała pecha, mogłaby się znaleźć w sytuacji panny Bates). Jeśli pochodziły z zamożniejszej rodziny, wychodziły za mąż i rodziły mnóstwo dzieci, często umierając podczas kolejnego połogu. W obu przypadkach nie miały prawie czasu dla siebie, bo musiały zajmować się - swoimi lub cudzymi - dziećmi, robótkami i domem czy dworem. Chyba najlepiej żyło się bogatym wdowom: lady Katarzyna de Bourgh, pani Ferrars, lady Russell i pani Jennings miały tak mało własnych trosk, że mogły całymi dniami pławić się w cudzych.


Anna Przedpełska-Trzeciakowska pokazuje nam Jane Austen trzymającą pieczę nad kawą, herbatą i cukrem, ćwiczącą rano grę na pianinie, pochyloną nad robótką lub listem, biegającą po sklepach, opiekującą się dziećmi, podróżującą w towarzystwie braci, spacerującą po Lyme, tańczącą na balu w Bath. Trudno nie zgodzić się z przytoczoną przez autorkę opinią Virginii Woolf, która uważała, że "spośród wszystkich wielkich angielskich pisarzy właśnie ją najtrudniej uchwycić w chwili wielkości". Tak ją zapamiętała jedna z bratanic:
"Ciocia Jane siedziała cichutko nad robótką w bibliotece i w ogóle się nie odzywała; aż tu nagle wybuchała śmiechem, podrywała się, biegła do stoliczka, na którym leżał papier i pióro, coś tam zapisywała, a potem wracała spokojnie na miejsce przy kominku i cichutko szyła dalej".
Może pisarka tworzyła właśnie jeden z osobliwych monologów panny Bates albo pani Elton?

***

Niektóre rozdziały książki zatytułowane są tak, jak kolejne powieści Jane Austen. Anna Przedpełska-Trzeciakowska zawarła w nich informacje o samych książkach, ich powstawaniu i wydawaniu, ale też o tym, co działo się w życiu "prywatnym" pisarki, i jaki to miało wpływ na aktualnie powstającą powieść. Odniosłam wrażenie, że rozdziały te w jakimś stopniu powstały wcześniej albo osobno, nie jako część biografii, ale jako teksty o konkretnych utworach. Powtarzają się w nich pewne informacje, które pojawiły się we wcześniejszych fragmentach książki. Czytałam ją w ciągu kilku dłuższych "sesji", więc rzuciło mi się to w oczy.

Redakcja lub może korekta przepuściła też stwierdzenie, że film "Rozważna i romantyczna" z 1996 roku wyreżyserował/a Lang Lee, choć chodziło o Anga Lee. W tej książce wspomniano o tym, że Harriet Smith była nauczycielką na pensji pani Goddard - nie wydaje mi się. Autorka pisze też, że Jane Austen nie nazwałaby czarnego charakteru imieniem George, bo tak miał na imię ojciec pisarki. Hmm. I pan Wickham. Z całą pewnością słynne zdanie otwierające "Dumę i uprzedzenie" nie zostało wypowiedziane przez panią Bennet, choć niewątpliwie zgadzała się ona z poglądem tam zawartym.


O drobiazgach tych nie mogłam nie napisać, ale poza tym lektura książki Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej sprawiła mi dużo przyjemności. Opisała Jane miło, ale też nie ukrywała tych cech pisarki, które sprawiają, że staje się bliska współczesnej czytelniczce. Po powrocie do Krakowa umieszczę na blogu kilka ciekawych cytatów:).

Jane Austen na akwareli Cassandry

piątek, 29 listopada 2013

TUWIM. WYLĘKNIONY BLUŹNIERCA

Tytuł: Tuwim. Wylękniony bluźnierca
Autor: Mariusz Urbanek
Pierwsze wydanie: 2013

Wydawnictwo: Iskry
ISBN: 9788324403271
Stron: 340


Czytanie biografii pisarza skutkuje często tym, że ocena jego twórczości staje się po takiej lekturze jeszcze mniej obiektywna niż wcześniej. Zwłaszcza kiedy odkrywamy, że lubiany czy choćby tylko (lub aż) szanowany przez nas autor miał kilka nieprzyjemnych przywar. Może lepiej z góry zakładać, że literaci to co do jednego hipokryci i łajdacy, a co najmniej alkoholicy, potem można się już tylko - z rzadka - przyjemnie rozczarować.

Zanim wzięłam się za książkę Mariusza Urbanka niewiele wiedziałam o Tuwimie jako pisarzu, a już niemal zupełnie nic o nim jako człowieku, więc i moje rozczarowanie nie było zbyt duże.
Owszem, znałam kiedyś na pamięć jego wiersze dla dzieci, wiedziałam, że (nieco zmodyfikowany) fragment jego "Kwiatów polskich" śpiewa Ewa Demarczyk w "Grande Valse Brillante". Nie miałam pojęcia, że to jego słowa interpretuje Hanka Ordonówna w "Miłość ci wszystko wybaczy", a Niemen we "Wspomnieniu". Ceniłam Tuwima za wiersz "Do prostego człowieka", który jest świetną odtrutką na "patriotyczne" i "narodowe" wzmożenie wylewające się najpierw na ulicę, a potem z mediów przy okazji różnych świąt państwowych. "Rżnij karabinem w bruk ulicy" - świetna fraza, co jeszcze lepiej słychać np. w interpretacji Akurat. W szkole przerabialiśmy kilka wierszy (m.in. "Mieszkańców"), we własnym zakresie przeczytałam też wtedy "Bal w Operze", chyba za wcześnie, a w ubiegłym roku próbowałam przebrnąć przez "Kwiaty polskie", które jednak zupełnie mi nie podeszły Może dlatego, że nie wyłapywałam wątków autobiograficznych, ale najpewniej dlatego, że przyziemny ze mnie człek, który lepiej reaguje na prozę.

Kiedy jednak pojawiła się możliwość przeczytania biografii Tuwima, w dodatku za darmo (od BookSenso), to wahałam się tylko chwilę. Nie tyle zainteresował mnie nagle sam Tuwim, ile raczej Tuwim jako artysta, który żył w ciekawych czasach, w okresie poważnych zmian politycznych i społecznych. Urodził się w 1894 roku w aromantycznie fabrycznej Łodzi w rodzinie zasymilowanych Żydów, najwięcej tworzył i najbardziej błyszczał w rozedrganym dwudziestoleciu międzywojennym, a po wojnie wrócił do Polski, żeby zostać nadwornym poetą nowej władzy. Zmarł pod koniec 1953 roku i, jak pisze Urbanek, "nie dostał od losu szansy wytłumaczenia się z wielu słów, które napisał w ciągu ostatnich lat życia". Kto wie, może i on dokonałby podobnej wolty co Jerzy Andrzejewski?

Biografia skonstruowana jest klasycznie, czyli po kolei: urodził się, wychował, uczył, zaczął pisać itd., bez fabularyzowania, którego bardzo nie lubię, i prawie bez odautorskich komentarzy, które pojawiły się dopiero w części dotyczącej postępowania Tuwima po powrocie do Polski po wojnie.
Odniosłam wrażenie, że Urbanek, może nawet nieświadomie, próbuje nie tyle usprawiedliwić, co raczej wytłumaczyć... sama nie wiem, jak to nazwać - głupotę, naiwność, materializm i interesowność Tuwima? Złośliwy kontestator złej literatury i ludzkiej głupoty z czasów kawiarni "Pod Picadorem" po wojnie gorliwie przyklaskiwał przemówieniom komunistycznych aparatczyków - nie rozumiem, jak do tego doszło, nie rozstrzygnął tego autor biografii, nie pojmowali nawet przyjaciele poety. Nie przekonuje mnie supozycja, że Tuwim postępował w ten sposób, żeby spłacić dług zaciągnięty u Bieruta, który na prośbę poety ułaskawił Jerzego Kozarzewskiego i jego towarzyszy. Można być zmuszonym do tworzenia wiernopoddańczych wierszy, ale chyba nie do jeżdżenia limuzyną z szoferem.

W ogóle to nawrócenie Tuwima na komunizm jest o tyle dziwne, że przed wojną, owszem, wyśmiewał się z burżujów i fabrykantów, ale z prostym człowiekiem bynajmniej się nie bratał, a nawet podlizywał się sanacji. Nie wiem, może te wahnięcia światopoglądowe były w jakimś stopniu wynikiem problemów zdrowotnych poety, m.in. agorafobii.

Cóż, trudne to były czasy, o których ja mogę mieć co najwyżej wyobrażenie, bo przecież nie pojęcie, ale naprawdę zachodzę w głowę, jak inteligentny człowiek może sądzić, że komunizm jest jedyną właściwą odpowiedzią na faszyzm i antysemityzm, zwłaszcza jeśli ma okazję osobiście mu się przyjrzeć (być może okna w warszawskiej kamienicy i podwarszawskiej willi wypaczały obraz?)


Zostawmy te ponure rozważania. Najprzyjemniej czytało mi się o Tuwimie przedwojennym, na przykład o jego pasjach bibliofilskich. Kiedy coś szczególnie go zainteresowało, na przykład diabły czy szczury, zbierał na ten temat wszystkie możliwe publikacje, w czym pomagali mu zresztą znajomi, przyjaciele, księgarze, handlarze starzyzną. Niedawno Iskry wznowiły jego pracę pt. "Czary i czarty polskie oraz Wypisy czarnoksięskie i Czarna msza".
Wyobrażam sobie, co czuł Tuwim, kiedy się dowiedział, że całe jego zbiory uległy zniszczeniu podczas wojny.
Wszystko trafiało na biurko poety. Wiadomo było, że kto jak kto, ale on doceni, spojrzy pożądliwym okiem, zakocha się od pierwszego wejrzenia w druku, na który nikt inny nie zwróciłby uwagi. A przede wszystkim od niego uda się wyciągnąć więcej, niż ktokolwiek inny gotów był zapłacić, gdyby oczywiście w ogóle znalazł się ktoś, kto chciałby na podobną rzecz wydać pieniądze. "Wlazł po uszy w bibliofilstwo, ale pasjonowała go treść samej broszury jarmarcznej, rarytas grafomański, a nie tylko samo kolekcjonerstwo" - wspominał przyjaciela Antoni Słonimski.
(...)
Kolekcja ku rozpaczy Stefanii Tuwimowej rozrastała się w postępie geometrycznym. Najgorsze chwile przeżywała, gdy mąż chciał pochwalić się innemu kolekcjonerowi jakąś szczególnie cenną zdobyczą. Najpierw próbował odnaleźć druk w wiklinowym koszu na brudną bieliznę, gdzie gromadził "papiórki" (najbardziej szmatławe, pokątne ulotki, karteluszki i wycinki), których na półkach ustawić się nie dało. Następnie "zaczynało się rozgrzebywanie i wybebeszanie tego, co się tam znajdowało" - wspominał wizyty u poety Józef Chudek. Układał "skarby" na podłodze w przedpokoju, potem jednego pokoju i kolejnych. Mieszkanie Tuwimów po każdej takiej wizycie wyglądało jak jaskinia Platona, na ścianie której pojawiają się cienie rzeczywistości, pisał Chudek. [str. 76-79]

Tuwim jak tlenu potrzebował towarzystwa ludzi swojego pokroju. Urbanek opisał jego przyjaźnie, zwłaszcza z kolegami po piórze, zaskakująco mało miejsca poświęcił natomiast żonie poety - Stefanii, mimo że to była podobno taka wielka miłość. Ciekawa jestem, czy choćby raz pozwolono jej przycupnąć na brzeżku krzesła przy słynnym stoliku w Ziemiańskiej. Czy może była tylko muzą domowych pieleszy?

Wcześniej jeszcze, 29 listopada 1918 roku (równo dziewięćdziesiąt pięć lat temu!), w Warszawie otworzyła swe podwoje "Kawiarnia pod Picadorem", której Tuwim był współzałożycielem i której działalność przysporzyła mu dużej popularności. Pisze o tym miejscu Andrzej Makowiecki w "Warszawskich kawiarniach literackich" - stosowny fragment dostępny jest na histmag.org. Polecam zwłaszcza lekturę cytowanego tam regulaminu i cennika dla gości. Mieli tupet ci poeci:).

Urbanek przedstawił Tuwima jako człowieka w gruncie rzeczy sympatycznego, uczynnego, ale mnie ujęła przede wszystkim bezkompromisowość poety - jeśli chciał coś skrytykować, to robił to celnie, dosadnie i w dodatku mową wiązaną. Jechał tak samo ostro po Żydach, jak i po nie-Żydach, a jego ofiary nie pozostawały mu dłużne, choć pluły z mniejszą finezją. (Nawiasem mówiąc, kiedy czyta się o dwudziestoleciu międzywojennym, to poziom debaty publicznej wydaje się dużo groszy nawet od obecnego - wspominał o tym choćby Boy w swoich felietonach). Zresztą Tuwim czuł się przede wszystkim Polakiem i chociaż był raczej niewierzący, to za pierwsze zarobione na korepetycjach pieniądze kupił choinkę, a i znacznie później chętnie łamał się opłatkiem - jak na Polaka, jego zdaniem, przystało.



Książka Mariusza Urbanka nie jest może jakąś szczególnie porywającą lekturą, autor nie zaraża czytelników swoim entuzjazmem do opisywanej postaci, bo go w ogóle nie okazuje, rzecz jest napisana raczej chłodno (to nie zarzut, a spostrzeżenie), ale jest tu wszystko, co przeciętny czytelnik chciałby o życiu Tuwima wiedzieć. Autor nie rozwodzi się na temat twórczości poety, przytacza jednak okoliczności związane z powstawaniem i publikacją kluczowych utworów (ileż się musiał Tuwim natłumaczyć z wiersza "Do prostego człowieka").
Swoją pracę Urbanek oparł na bogatej bibliografii (m.in. wspomnieniach wielu osób znających Tuwima), którą zamieścił na końcu książki obok kalendarium życia poety i rozmowy z adoptowaną po wojnie przez Tuwimów Ewą Tuwim-Woźniak. W ostatnim rozdziale opisał również wpływ twórczości Tuwima na polską kulturę, popkulturę, a nawet politykę, przytoczył też kilka aforyzmów autorstwa poety, m.in.:

W mowie pewnych ludzi słychać błędy ortograficzne.

Ci, którzy przemawiają w imieniu Boga, powinni pokazać listy uwierzytelniające. 

Filantrop to człowiek, który publicznie zwraca bliźniemu drobną cząstkę tego, co mu ukradł prywatnie.

Żyj tak, aby Twoim znajomym zrobiło się nudno, gdy umrzesz.


Myślę, że wielu znajomym Tuwima zrobiło się po jego śmierci i nudno, i smutno. Choć nie wszystkim.



Mijający już powoli rok 2013 jest rokiem Tuwima - 27 grudnia minie sześćdziesiąta rocznica jego śmierci. Może z tej okazji warto sięgnąć po jakiś tomik? Wszyscy znamy jego utwory napisane dla dzieci, część jego twórczości przeznaczona dla dorosłych nie powinna nas rozczarować.



środa, 29 maja 2013

JAŚNIEPANICZ

Tytuł: Jaśniepanicz
Pierwsze wydanie: 1987
Autorka: Joanna Siedlecka
Wydawnictwo: WL
ISBN: 83-08-01587-5
Stron: 350 (+ilustracje)
Ocena: 4/5

Co prawda obecnie wypada czytać raczej "Kronosa", który - jak próbują nam wmówić marketingowcy z WL - jest największym wydarzeniem literackim XXI wieku" (!), ja jednak postanowiłam sięgnąć najpierw po "Jaśniepanicza" Joanny Siedleckiej. Przypuszczam, że "tajny" dziennik byłby dla mnie zupełnie niezrozumiały, bo choć swego czasu "Ferdydurke" wywarła na mnie ogromne wrażenie i w dużym stopniu wpłynęła na kształtowanie się mojej osobowości eony temu, czyli w czasach licealnych, to nigdy jakoś nie zainteresowałam się bliżej biografią Gombrowicza. Przeczytałam tylko pierwszy tom "Dziennika", ale słyszałam, że to i owo autor tam przeinaczył i ubarwił. Bynajmniej nie mam mu tego za złe: prawda i szara rzeczywistość często blado wypadają na papierze, zwłaszcza gdy oczekuje się za ten papier pieniędzy. Z czegoś żyć trzeba, a Gombrowicz postanowił żyć z pisania. W rezultacie dużą część życia przebiedował, choć przecież przyszedł na świat w rodzinie bardzo zamożnej.

Siedlecka podkreśla, że "Jaśniepanicz" (stosuję pisownię tytułu z pierwszego wydania w WL w 1987 roku) jest "książką reporterską", a nie biografią. To zbiór bardzo subiektywnych relacji o pisarzu i jego rodzinie, wspomnienia z "drugiego planu": służących, bliższych i dalszych znajomych, krewnych, ludzi, którzy z Gombrowiczem zetknęli się przypadkiem, czasem tylko na kilka godzin czy dni. Szkoda, że nie leżała w możliwościach autorki podróż do Argentyny - zebrałaby tam na pewno ciekawy materiał. "Jaśniepanicz" dotyczy więc, siłą rzeczy, głównie "europejskich" okresów Gombrowicza.

Wspomnienia ułożone są chronologicznie, od tych dotyczących jego dzieciństwa - do śmierci. Nie mają formy wywiadów, Siedlecka oddała narrację swoim rozmówcom, zachowując oryginalny styl ich wypowiedzi. Urozmaiciła je fragmentami listów od i do Gombrowicza, a na końcu książki znajduje się trochę fotografii. Moja ulubiona:

W.G. w 1906 r., źródło: Booklips.pl
Podobno matka Witolda, pani Antonina, chciała - po urodzeniu dwóch synów i nieładnej córki - mieć kolejną dziewczynkę, więc choć jej czwarte dziecko było chłopcem, długo ubierała je w sukieneczki.

"Jaśniepanicza" czytało mi się świetnie, choć na początku nieco się pogubiłam w rodzinnych koligacjach - przydałoby się jakieś drzewo genealogiczne, może jest w nowszych wydaniach? Szczególnie barwnie wypadają fragmenty dotyczące rodziny Kotkowskich z Bodzechowa, z których wywodziła się matka Witolda. Kotkowscy żenili się między sobą i w tym ludzie postronni upatrywali przyczyny ich dziwactw, fanaberii, a niekiedy - szaleństwa. 
  Wójcik Wincenty, który najlepiej pamiętał Kotkowskich oraz Gombrowiczów i najwięcej opowiedział, trochę z niepokojem patrzy na moje notatki.
   - Z jakiej to właściwie okazji wypytuje pani o Kotkowskich? Wskrzesza nieboszczyków? - pyta.
  Niby wprawdzie pod niczym się nie podpisywał, żeby tylko nie miał potem jakichś przykrości.
  - Nie będzie żadnych nieprzyjemności - uspokajam. - Po prostu Witold, syn Gombrowiczowej z domu Kotkowskiej, został pisarzem!
  - Syn mumii, Ignacowej córki - pisarzem? Proszę, w nim też się jednak odezwało! [str. 43]

Wydaje mi się, że nie polubiłabym Gombrowicza, gdybym znała go osobiście. Tych jego wystudiowanych póz przybieranych, zwłaszcza w młodości i sile wieku, na użytek otoczenia czy też gry z otoczeniem. Obnoszenia się z intelektualną wyższością. Megalomanii. Skrywanego snobizmu. Umniejszania cudzych zalet i sukcesów, żeby skupić uwagę otoczenia wyłącznie na sobie. Prowokowania, często w niezbyt mądry sposób, dla samej prowokacji (i własnej rozrywki). Okrucieństwa konwersacyjnego. Swoistej mizoginii. Zresztą czy autor "Ferdydurke" mógł mieć kryształowy charakter?
Z drugiej strony nie można nie doceniać jego zainteresowania sprawami rodzinnymi i finansowej pomocy, jakiej udzielał po wojnie swoim krewnym w Polsce, choć przecież nigdy mu się tak naprawdę nie przelewało. Cenię go też za przekorę, oryginalność i barwność, choć składają się też na nie wszystkie wymienione wyżej wady. 
Współczuję mu, bo gdyby nie wojna, komunizm i wynikające z nich problemy finansowe, Gombrowicz mógłby może zostać w Polsce i w większym stopniu poświęcić się literaturze. Ale może, kto wie, polska kultura stłamsiłaby jego niezależność? Rozmawiał o niej w Vence z Jerzym Pomianowskim, który zapamiętał jego wypowiedź w ten sposób:
  - Kultura polska to ziemiaństwo, wieś i kościół. Inteligent siedział na wsi, widział kawałek pola i uważał, że sprawy filozofii załatwia religia i Pan Jezus. Z tego nie mogło powstać nic nowego, własnego, świeżego.
  Sztuka to jest świat stworzony przez artystę, własny, wielki mocny. Sztuka to eliminacja, to pisanie tylko tego, co jest dobre i co jest własne.
  U nas Mickiewicz, a tu we Francji Montaigne, Pascal. To wstyd, ale Polska nie zdobyła się na żadną myśl samodzielną, własną. Ja nikogo nie oskarżam, ja stwierdzam fakt.
  Nie zna się dobrej literatury, traci się całe lata w szkole i w domu na czytanie namiastek; literatury polskiej. Filozofia też nie istnieje. Nie powstała żadna myśl filozoficzna. Zna się wszystko z drugiej, trzeciej ręki, albo się w ogóle nie zna.
  Czyta się za dużo i za prędko, lepiej, żeby się nie znało tego wszystkiego. Lepiej byłoby dla Polaków, żeby nie mieli literatury polskiej. [str. 338]
Na tym tle Gombrowicz jawił się sam sobie jako niewytłumaczalny ewenement. 

Książka Siedleckiej obfituje w ciekawostki, anegdotki. Nie wiedziałam na przykład, że po wojnie matka i siostra Gombrowicza mieszkały w Kielcach. Że Gombrowicz nie lubił teatru. Że uchodził, i to jeszcze przed wojną, za skąpca, choć może nie aż takiego, jak jeden z jego krewnych, który w cukierniczce zamykał muchę, żeby sprawdzić, czy nikt nie podkrada mu cukru (ciekawe, czy go potem używał albo częstował nim gości...) 
Interesująca jest opowieść pani Anieli Brzozowskiej-Łukasiewiczowej, wieloletniej służącej państwa Gombrowiczów, która wspomina m.in., jak podpowiedziała Witoldowi, dla żartu oczywiście, ostatnie zdanie "Ferdydurke". I że "Pamiętnik z okresu dojrzewania", swój literacki debiut, wydał Gombrowicz własnym sumptem, tzn. sumptem swojego ojca, który tym samym, zdaniem pani Anieli, niepotrzebnie zniechęcił syna do kariery sędziego. Co na to zagorzali przeciwnicy self-publishingu? ;)

Siedlecka pisze o Gombrowiczu, ale jej książka wiele mówi też o Polsce - życiu młodych artystów w międzywojniu, o przedwojennym ziemiaństwie, jego trudnych powojennych losach, o życiu literackim w kraju, o argentyńskiej Polonii.


Czytałam pierwsze wydanie "Jaśniepanicza", które, jak się dowiedziałam, ze względów cenzuralnych nie zawiera rozmowy z Jerzym Giedroyciem. Do tego ukazało się na papierze klasy V, już pożółkłym i tu i ówdzie przybrudzonym - egzemplarz biblioteczny. A jednak wydaje mi się, że więcej z tej lektury wyniosłam niż gdybym przedarła się przez całego "Kronosa" wraz z wszystkimi przypisami. O ile mogę sądzić na podstawie fragmentów znalezionych w sieci, "Kronos" to deser dla zaawansowanych gombrowiczologów, początkującym polecam "Jaśniepanicza". Jako wstęp do "Dziennika".


czwartek, 16 sierpnia 2012

FRANZ KAFKA. KOSZMAR ROZUMU


To ostatnie zdjęcie, na którym uwieczniono Franza Kafkę. Miał wtedy czterdzieści lat, zmarł w następnym roku. Jego poważne, skupione spojrzenie może onieśmielać, podobnie jak otaczajacy go nimb autora wybitnego, nie dla każdego, ale Ernst Pawel skupił się w swojej książce nie na pisarzu, ale na człowieku - przebił się przez te wszystkie warstwy ubrań noszonych przed stu laty przez ludzi uchodzących za przyzwoitych i nie zatrzymał się nawet na Kafkowych czyrakach.

Nie pominął zupełnie jego twórczości, ale biografia to nie miejsce na dogłębne analizy literackie, zwłaszcza gdy związek między życiem autora i jego utworami jest dla wszystkich poza nim samym tak trudno uchwytny i nieoczywisty, jak w tym przypadku. Zresztą mnie Kafka wydaje się o wiele bardziej interesujący niż jego twórczość, przynajmniej po części go rozumiem, czego np. o “Zamku” nie mogę powiedzieć.

Sam Kafka bardzo ułatwił Pawelowi zadanie, bo najwyraźniej lubił (i/lub musiał) pisać o sobie. Zachowała się część jego dzienników i wiele listów. Pawel korzystał również ze wspomnień innych osób, zwłaszcza Maksa Broda - przyjaciela Kafki i jego pierwszego biografa.


Praca Pawela zawiera wszystkie typowe dla porządnie napisanych biografii informacje. Autor szczegółowo omawia koligacje rodzinne Franza Kafki, jego relacje z rodzicami i rodzeństwem, lata edukacji, przyjaźnie, romanse i związki oraz pokonywanie kolejnych szczebli kariery. Udało mu się również w bardzo interesujący sposób pokazać pisarza na tle epoki. Kafka urodził się jeszcze w dziewiętnastym wieku, przeżył I wojnę światową i upadek Austro-Węgier, załapał się też na wielką inflację w Niemczech. Największy wpływ miała na niego jednak sytuacja społeczna i polityczna w Pradze, w której mieszkał prawie całe swoje życie.

Był synem żydowskiego kupca działającego w stolicy Czech, które były wówczas częścią monarchii austro-węgierskiej rządzonej przez niemiecką dynastię. Czesi krzywo patrzyli na Niemców, Niemcy na Czechów, jedni i drudzy - na Żydów, natomiast Żydzi byli podzieleni, wielu wybierało syjonizm, niektórzy emigrację.
Herrmann Kafka nazwał swojego pierworodnego na cześć cesarza Franciszka Józefa, a kiedy w 1917 roku Niemcy zaczęli przegrywać wojnę, zrezygnował z drugiego "r" w swoim imieniu, żeby wydało się mniej germańskie prawdopodobnym słowiańskim zwycięzcom. Nie wpoił Franzowi przywiązania do religii ani jakiejkolwiek narodowości, bo sam utożsamiał się tylko z ludźmi o podobnym statusie majątkowym.

Franz Kafka mówił po czesku i po niemiecku, edukację odebrał w tym drugim języku i w nim też tworzył. Zazdrościł Ostjuden, którzy - zwłaszcza podczas wojny - przybywali do Pragi, religijności i osadzenia w tradycji. Sam uważał się za Żyda, ale zachodnioeuropejskiego, który nigdzie nie jest u siebie i nawet język musi zapożyczać od innych narodów. Już jako dorosły człowiek zaczął się uczyć hebrajskiego, bo zamierzał osiąść w jakimś kibucu w Palestynie albo (to już pod koniec życia) otworzyć małą restaurację w Jerozolimie czy Tel Awiwie, w której Dora Diamant byłaby kucharką, chociaż nie umiała gotować, a on pracowałby jako kelner, mimo że od lat chorował na gruźlicę, musiał nawet zrezygnować z pracy i przejść na rentę.


À propos pracy. Nie, nie utrzymywał się ze swojej twórczości. Literatura bardzo rzadko jest intratnym zajęciem, zwłaszcza jeśli napisanie powieści zajmuje autorowi kilka lat. Kafka był, proszę sobie wyobrazić, urzędnikiem, nie takim znowu nieważnym trybikiem w biurokratycznej machinie, której istnienie i działanie - jak to się interpretuje - tak obrazowo i krytycznie przedstawiał w swoich najbardziej znanych utworach. Po skończeniu prawa przez wiele lat pracował w Zakładzie Ubezpieczeń Robotników od Wypadków Królestwa Czeskiego w Pradze, gdzie jego kompetencje i zaangażowanie nagradzano kolejnymi awansami i podwyżkami. Co więcej - początkowo praca interesowała go naprawdę i był dumny ze swojego udziału w sukcesach Zakładu. Z czasem znienawidził to zajęcie, bo wysysało z niego siły, które mógłby spożytkować na pisanie.

To ono utrzymywało go przy życiu, nadawało jego egzystencji sens, cel, może ją usprawiedliwiało. Nigdy nie był do końca zadowolony z tego, co stworzył, wiele swoich utworów zniszczył, wielu nie ukończył, chyba wszystkie wielokrotnie poprawiał. Nie mógłby sobie na to pozwolić, gdyby nie przyzwoita, comiesięczna pensja, ale raczej nie doceniał tego aspektu biurowej męki. Mógł pisać tak, jak chciał, i wtedy, kiedy chciał. Potrzebował do tego ciszy, świętego spokoju i natchnienia. W jego sytuacji rodzinnej i zawodowej trudno było o te dwa pierwsze katalizatory twórczości; na trzeci nie miał wpływu. W efekcie zdarzały się długie, klilku- lub kilkunastomiesięczne okresy, w których nie pisał wcale, nawet nie prowadził dziennika. 15 grudnia 1910 roku informował w liście Maksa Broda:
Samo jądro mego nieszczęścia nadal istnieje: nie mogę pisać. Nie udało mi się stworzyć jednej linijki, którą chciałbym zapamiętać, wręcz przeciwnie - wyrzuciłem wszystko, co napisałem od powrotu z Paryża, a nie było tego dużo. Całe moje ciało ostrzega mnie przed każdym słowem, a każde słowo najpierw rozgląda się na wszystkie strony zanim pozwoli się zapisać. Zdania dosłownie rozsypują się w proch w moich rękach, a ja, widząc ich wnętrze, natychmiast muszę przestać pisać. [str. 273]
W innym liście (Pawel nie informuje, kto był adresatem) z 7 października 1914 roku Kafka stwierdził:
Piszę inaczej niż mówię, mówię inaczej niż myślę, myślę inaczej niż powinienem i tak dalej do najgłębszej ciemności. [str. 349]
Stan nieobcy nikomu, kto próbował ująć w słowa myśli i uczucia, rzadko jednak spotyka się autorów, którzy są najbardziej wymagającymi krytykami swojej twórczości i otwarcie się do tego przyznają. Franz Kafka analizował siebie i swoje postępki z precyzją chirurga, któremu babranie się we wnętrznościach sprawia nawet pewną sadystyczną satysfakcję, ale ten jego chłodny racjonalizm bywał od czasu do czasu zakłócany przez strach, marzenia, złudzenia.
Niewiele mnie z Kafką łączy, ale wśród tych drobnostek jest właśnie to rozchwianie: od głębokiego pesymizmu po nieśmiałą nadzieję, od chłodnego sceptycyzmu po zawstydzające mnie samą przeczucie, że na wyciągnięcie ręki czai się coś... coś więcej. Dlatego ze zrozumieniem czytałam o tym, jak chodził na wykłady i konsultacje do różnej maści szarlatanów, w których obietnice właściwie nie wierzył, ale przecież nie zaszkodzi sprawdzić, bo a nuż; jak uważał swój stan fizyczny za zbyt zły, żeby zawrzeć związek małżeński czy pełnić obowiązki wydawcy, ale wystarczający, żeby walczyć na frontach I wojny światowej; jak się zaręczał, choć nade wszystko cenił sobie samotność.

Kafka był typem człowieka, który nie umie żyć bez problemów, a im są one poważniejsze, im bardziej go przygniatają, tym on mniej musi - uwalniały go od konieczności podejmowania wielu decyzji czy dokonywania wyborów. I tak na przykład gruźlicę - chorobę bardzo poważną, ale w jego sferze często uleczalną - powitał z ulgą i wykorzystał jako pretekst, żeby zerwać zaręczyny i ostatecznie pozbawić swoją rodzinę co poniektórych złudzeń co do swojej osoby.

Gdybym miała ocenić Kafkę tylko na podstawie fragmentów jego dzienników czy listów, które Pawel często cytuje, wydałby mi się osobą niezbyt sympatyczną, a jednak w jego sposobie bycia musiało być coś ujmującego, bo był na ogół lubiany - w pracy i poza nią. Co innego w domu - matka i siostry (przede wszystkim Ottla) kochały go na swój sposób, ale ojciec uważał go w najlepszym razie za dziwaka i leniwego, wydelikaconego megalomana.

W tej rodzinie nie szafowano czułością, więc Franz próbował znaleźć ją gdzie indziej. Podobnie jak wszyscy mężczyźni z jego sfery korzystał - bez zażenowania i sentymentów - z usług prostytutek i dorabiających w ten sposób kelnerek czy panien sklepowych, a podróże - służbowe i prywatne - umilał sobie flirtami lub wręcz romansami. Był zaręczony z dwiema kobietami, ale żadnej z nich nie poślubił - oba związki przerodziły się w farsę. Tym lepiej dla narzeczonych: Kafka byłby fatalnym mężem dla każdej kobiety, która nie owijałaby się wokół jego stóp jak bluszcz. Może się mylę, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że traktował kobiety bardzo przedmiotowo. Wiele od nich oczekiwał,  nie dając właściwie nic w zamian, może poza możliwością odgadywania i spełniania jego życzeń. Przynajmniej ja tak to widzę, z głębi mojej feministycznej natury:).

Najbardziej kuriozalny był jego związek z Felicją Bauer. Poznali się w Pradze, ona mieszkała i pracowała w Berlinie, co sprzyjało ćwiczeniu się w epistolografii, ale nie pomagało tej parze lepiej się poznać. Przez pięć lat Kafka nie mógł się właściwie zdecydować, czy ją poślubić, czy nie. Musiał jej się bardzo podobać, skoro nie puściła go kantem już po pierwszych oświadczynach, wyrażonych, oczywiście, w liście, w którym - jak zauważa Pawel - prośba o rękę Felicji ginie wśród argumentów przeciwko temu małżeństwu.


Wydźwięk utworów Kafki jest zdecydowanie minorowy, niektórzy dostrzegają w nich zapowiedź wielu smutnych wydarzeń z dwudziestowiecznej historii i egzystencjalnej pustki następnych pokoleń. Może. A jednak życie Kafki nie było jednym długim pasmem nieszczęść, poznaczonym tu i ówdzie supłami tragedii.

Max Brod i Franz Kafka
Zanim zachorował, a czasami nawet i potem, miewał względnie niezłe okresy i dobre dni. I mimo jego eremickich ciągot, w ostatnich, bardzo trudnych chwilach, towarzyszyła mu kobieta, która go kochała, i przyjaciele, którym na nim zależało.


***
Tytuł: Franz Kafka. Koszmar rozumu (The Nightmare of Reason. A life of Franz Kafka)
Pierwsze wydanie: 1984
Autor: Ernst Pawel
Tłumaczenie: Irena Stąpor
Wydawnictwo: Twój Styl
ISBN: 83-7163-342-4
Stron: 567
Ocena: 5-/5


Nie jest to może książka dla każdego, ale koneserów ciekawych osobowości na pewno zainteresuje. Mnie zafascynowała. Zamierzam sięgnąć do bezpośredniego źródła informacji o Kafce, czyli do jego dzienników i listów. Żaden biograf nie jest do końca obiektywny, przeważnie zbyt fascynuje go opisywana postać, więc wolę wyrobić sobie ostateczną opinię o Kafce na podstawie jego osobistych zapisków. Pawel, co zrozumiałe, po swojemu zinterpretował niektóre fakty, ale pewne jego wnioski wydały mi się trochę zbyt daleko idące (np. te oparte na wyrazie czyjejś twarzy na zdjęciu). Poza tym nieco za często, moim zdaniem, przywoływał terminy z zakresu psychoanalizy, którą ja uważam za zwykłe szalbierstwo, ale z drugiej strony czasy Kafki to jednocześnie czasy Freuda, więc może autor chciał po prostu nadać swojej opowieści odpowiedni klimat. Mimo to "Koszmar rozumu" to pozycja godna polecenia: szczegółowa, pełna cytatów, z bibliografią, indeksem osób i mapą ówczesnej Pragi.

***
Skoro zaczęłam od zdjęcia, to zdjęciem zakończę. Oto kilkuletni Franz Kafka (fajne reformy).



niedziela, 1 stycznia 2012

BOY-ŻELEŃSKI. BŁAZEN - WIELKI MĄŻ

Tytuł: Boy-Żeleński. Błazen - wielki mąż
Pierwsze wydanie: 1998
Autor: Józef Hen

Wydawnictwo: W.A.B.
Seria: Fortuna i fatum
ISBN: 978-83-7414-383-7
Stron: 300

Ocena: 4/5

O Tadeuszu Boyu-Żeleńskim słyszał chyba każdy, choćby przy okazji przerabiania w szkole  wyjątków z jego "Słówek" czy "Wesela" Wyspiańskiego. Mniej osób zna go jako tłumacza literatury francuskiej, może dlatego, że z istnienia i roli tłumacza czytelnik zdaje sobie sprawę zwykle dopiero wtedy, gdy poczuje, że coś w przekładzie szwankuje. Nie pamiętam już teraz, kiedy po raz pierwszy przeczytałam "Niebezpieczne związki" de Laclosa, ale to, że tłumaczył je właśnie Boy, zauważyłam dopiero przy którejś z kolei lekturze. 

Paradoksalnie, na moje zainteresowanie osobą Tadeusza Żeleńskiego duży wpływ mieli jego zaciekli przeciwnicy z kręgów radykalnej prawicy, który domagali się parę lat temu usunięcia jego pomnika z krakowskich Plant i głośno krzyczą zawsze, gdy ktoś zamierza nadać jakiejś instytucji jego imię. Ciekawa byłam, czym im się tak naraził. Sięgnęłam więc po biografię autorstwa Józefa Hena, którą chwalił kiedyś u siebie Bazyl.

Nie mogłam się początkowo przyzwyczaić do stylu autora, nieco gawędziarskiego, pełnego dygresji i przeskoków chronologicznych. Przeszkadzało mi szczególnie to, że pisząc o osobach z rodziny czy kręgu znajomych Żeleńskiego, używał ich pseudonimów albo zdrobniałych imion, jakby sam osobiście znał to towarzystwo, co laikom takim jak ja może sprawić trochę kłopotów. Józef Hen napisał raczej opowieść o Boyu i tamtych czasach, a nie szczegółowe kalendarium jego życia. Szczerze mówiąc, wolę biografie bardziej uporządkowane, ale i ta zaczęła mi się w końcu podobać.

Oczywiście Józef Hen pisze o kolejnych etapach w życiu Tadeusza Żeleńskiego, przy czym stosunkowo dużo miejsca poświęca jego recenzjom teatralnym, a ponieważ dotyczyły one głównie sztuk, o których mało kto dziś pamięta, fragmenty te były dla mnie nieco nużące. Rozumiem częściowo zamysł autora - recenzje te uważa za bardzo ważną część dorobku literackiego Boya, ale ja wolałabym dowiedzieć się czegoś więcej raczej o jego felietonach czy warsztacie tłumacza.

Hen przytacza, rzecz jasna, tylko fragmenty recenzji Boya, więc trudno mi wyrobić sobie własne o nich zdanie, ale zdaniem biografa o ich atrakcyjności dla dzisiejszego czytelnika decyduje to, że nie zawierają one jedynie wrażeń wyniesionych z przedstawienia czy oceny gry aktorskiej, reżyserii itd., ale stanowią również przenikliwy komentarz do ówczesnej codzienności, stosunków społecznych, ścierających się światopoglądów. Chciałabym w tym trochę Żeleńskiego ponaśladować, ale chyba brak mi tego publicystycznego zacięcia (o talencie nawet nie wspominając). 

Boy miał go chyba mnóstwo, bo często zabierał głos w dyskusji o sprawach zupełnie niezwiązanych z literaturą czy teatrem, ale po prostu z życiem. Pisał o sytuacji społecznej kobiet, antykoncepcji, aborcji, roli kościoła, antysemityzmie, przeciwstawiał się obłudzie, fałszywej moralności i bezrefleksyjnemu klękaniu przed narodowymi świętościami. Co ciekawe, to właśnie dzięki niemu wprowadzono wysokie koszty uzyskania przychodu dla twórców, który to przywilej planuje im się obecnie odebrać (słusznie czy nie - nie wiem).

Był chyba kontestatorem z natury. Nie ze wszystkimi jego opiniami się zgadzam, ale szanuję jego odwagę ich głoszenia, i to w tamtych czasach. Hen przytacza taką jego wypowiedź:
"Igrać z najbardziej uświęconymi pojęciami, z najbardziej czcigodnymi uczuciami, próbować ich siły i szczerości, rozkładać je odczynnikiem śmiechu, prowokować obłudne oburzenia, demaskujące dyskusje, wpuszczać powietrze, ośmielać do myślenia, iżby pośród walących się bałwanów zostało to, co naprawdę szanowne - oto zadanie, które chciałbym spełnić według moich sił". [str. 193]
Nie musiał tego robić, wręcz mu się to nie opłacało - ostro go atakowano, początkowo głównie z prawej strony, ale wkrótce dołączyła do niej część lewej. Wypowiedzi naszych współczesnych ultraprawicowców to wypisz, wymaluj teksty ówczesnych zagorzałych endeków. Minęło tyle lat, prawie stulecie, ale jeśli o kulturę polityczną chodzi, a raczej o jej brak, to nie zmieniło się u nas nic, może z wyjątkiem tego, że teraz kanałów umożliwiających bezkarne szkalowanie jest o wiele więcej niż wtedy, więc jakakolwiek obrona czy polemika są jeszcze trudniejsze. "Łże się w dwóch słowach, na sprostowanie trzeba stu wierszy - któryż czytelnik by to wytrzymał!" [cytat ze str. 234]. No właśnie. Musiało mu być przykro, kiedy nikt nie stawał publicznie w jego obronie.

Tadeusz Żeleński sam siebie, w pewnym kontekście, nazywał błaznem. Miał chyba na myśli (to moje przypuszczenie) kogoś w typie Stańczyka. 
"Nie jestem ani 'satyrykiem', ani 'humorystą', te etykietki są mi bardzo niemiłe, jestem powtarzam, czystej krwi błaznem i nie widzę innego odcienia na wyrażenie swego temperamentu literackiego. [str. 178]
Czy był "wielkim mężem"? Raczej nie (o ile mogę sądzić). Ale jego zasługi dla naszej literatury i czytelnictwa w naszym kraju są trudne do przecenienia, choć często się o nich nie pamięta lub nie chce pamiętać, bo trudno wyrażać uznanie dla tłumacza i autora szkiców literackich, pomijając zupełnie jego światopogląd, kontrowersyjny - w pewnych kręgach - i dziś. 

Ja zamierzam bliżej zapoznać się z wyborem jego tekstów publicystycznych ze zbioru "Reflektorem w mrok". Tylko jeszcze nie wiem, kiedy:).

***   ***   ***

Nie byłabym sobą, gdybym nie wynotowała paru fragmentów, które z różnych względów mnie zaciekawiły. Fragmenty zwykłą czcionką to tekst Hena, kursywą - cytaty z Boya.

***
W krakowskim domu rodziców Boya bywało wielu artystów.
Wpadał często Aleksander Gierymski, także przyjaciel z lat paryskich. „Wystawił wówczas w Krakowie swój głośny obraz, przedstawiający chłopa i babę siedzących nad trumienką dziecka. Kiedy go ktoś komplementował, że tak przedziwnie oddał wyraz rodzicielskiego bólu, malarz nastroszył się i odparł opryskliwie, że jedyną jego intencją było uchwycić grę fioletowych cieni na parcianych portkach chłopa”. (Taki był styl! Tadeuszek, sądząc z tej opowieści, nie wierzył malarzowi: on sam był skłonny wzruszyć się chłopskim bólem. A może Gierymskiego drażniły komplementy?) [str. 24]

***
O sztuce Jerzego Żuławskiego pt. "Eros i Psyche":
"Eros i Psyche zawsze mnie interesował jako ciekawy materiał do ogólnej psychologii sukcesu, który od kilkunastu lat święci na scenie ta sztuka.." Ten sukces, "sądząc po wczorajszym przyjęciu - trwać będzie długo, jako ulubione jasełka filozoficzne dla dużych dzieci"
Nareszcie może sobie ulżyć. "Na czym polega ten szeroki sukces? Zgryźliwi twierdzą, że tajemnica jego to banalność, przeciętność, to umiejętność wzniesienia się na cal ponad głowy mas, ale broń Boże nie wyżej. Ale nie; to nie jest takie proste; to dopiero coś, ale nie wszystko; nie ma recepty na sukces, jak nie ma jej na podobanie się dla kobiety". Cios za ciosem. "Zdaje mi się, że sekret tkwi tutaj w tym: przemawiać do niższych potrzeb widza, głaszcząc równocześnie jego wyższe ambicje; pozwolić mu się przez cztery godziny gapić, dając mu złudzenie, że myśli i to filozoficznie! Sztuka panowania nad ludźmi to zawsze sztuka stwarzania pewnych złudzeń". Recenzent ciągnie swoją refleksję: "Utwór Żuławskiego doskonale zachował tę miarę. Jest w nim trochę poezji, ale szybującej utartymi szlakami, przysiadającej się do wszystkich nadobłocznych tramwajów; jest głębia... dostępna dla wszystkich; jest Myśl... wytarta jak szeląg i nie niepokojąca żadną niespodzianką". [str. 98, podkreślenia - E.]
***
"Swojego czasu prześladowała mnie myśl, aby rozwinąć agitację dla założenia wielkiej Ligi Odełgania Polski. Ale obejrzałem się nago w lustrze, zmierzyłem wzrokiem me wątłe ramiona i opuściłem je smutno z westchnieniem. - Nie dasz rady..." [str. 192]

***
Z felietonu pt. "Rozmyślania nad popielcem":
"To  pewna, że religii nie dała szkoła nikomu, odebrała ją niejednemu". [str. 202]
***
Uzasadnienie polemiki z Jerzym Braunem (który chwalił Żeleńskiego do czasu, gdy ten zjechał jego sztukę pt. "Europa", potem już tylko Boya opluwał):
"I mikrob jest mały, a jednak nauka się nim zajmuje, a poznanie jego zwyczajów i obyczajów może być kwestią zdrowia publicznego". [str. 229]

poniedziałek, 25 lipca 2011

ROZMOWY Z CAPOTE'EM

Tytuł: Rozmowy z Capote'em (Conversations with Capote)
Pierwsze wydanie: 1985
Autor: Lawrence Grobel
Przedmowa: James A. Michener
Tłumaczenie: Waldemar Łyś
Wydawnictwo: Rebis
Seria: Konstatacje
ISBN: 83-7120-341-1
Stron: 247

Wydaje mi się, że większość pisarzy to prywatnie niezbyt ciekawi ludzie. Być może uważam tak dlatego, że żadnego literata osobiście nie znam; jakoś mnie nie ciągnie na spotkania autorskie, a i oni mi się nie naprzykrzają:). Od czasu do czasu czytam jednak wywiady z pisarzami. Dopóki mówią o swojej twórczości lub też o literaturze w ogóle, to bywam zainteresowana, natomiast z fragmentów dotyczących innych sfer życia przeważnie wieje nudą i banałem. Niewykluczone, że winę za ten stan rzeczy częściowo ponoszą dziennikarze, którzy często zadają po prostu głupie pytania (w odpowiedzi na nie trudno błysnąć inteligencją) albo za bardzo eksponują w wywiadzie swoją osobę.

Ten drugi wybieg nie powiódłby się na pewno w przypadku rozmowy z Trumanem Capote, którego cechował - tak mi się wydaje - bardzo ekspansywny i nieco apodyktyczny sposób bycia.  A może interlokutorów tonowała nieco jego wyjątkowa inteligencja? Lawrence Grobel spotkał się z nim kilka razy w latach 1982 i 1983. To, co miało być początkowo tylko krótkim wywiadem dla telewizji kablowej "Playboya", przerodziło się w tę książkę. Capote dobiegał wówczas sześćdziesiątki, coraz bardziej uskarżał się na swoje zdrowie, którego z pewnością nie poprawiało uzależnienie od alkoholu i narkotyków. Grobel pytał go o sprawy osobiste, twórczość, prosił o potwierdzenie niektórych plotek lub zaprzeczenie im.

Z największym zainteresowaniem czytałam fragmenty dotyczące powieści "Z zimną krwią", która tak mi się niedawno spodobała, i te dotyczące techniki pisania. No i wypowiedzi Capote'a o Vidalu, o którego książce traktował mój poprzedni wpis. 

Capote wcześnie nauczył się czytać, a pisać zaczął w wieku ośmiu lat, codziennie przez kilka godzin. Już jako nastolatek zdobywał pomniejsze nagrody literackie, a jego utwory ukazywały się w prasie. 
W wieku szesnastu lat byłem już w pełni ukształtowanym pisarzem. Technicznie pisałem równie dobrze jak dziś. Technicznie. Zrozumiałem cały ten mechanizm. [str. 60]
Odniosłam wrażenie, że nie pochwalał eksperymentów stylistycznych, w każdym razie eksperymentów w wykonaniu innych pisarzy. Wydaje mi się, że nienawidził niemal wszystkich kolegów i koleżanek po piórze, zwłaszcza tych i te, których i które poznał osobiście. 
Dlatego ja sam zawsze trzymam się klasycznego stylu pisania, w którym wszystko jest ponadczasowe. Nic nie jest w stanie zdezaktualizować ani jakości pisarstwa, ani tematu. Zawsze byłem o tym głęboko przekonany, a nie jest to łatwe, nie jest łatwo przewidzieć, czym stanie się to, co piszesz. [str. 137]
Widzisz, pracuję cztery godziny dziennie, a potem, zwykle wcześnie wieczorem, czytam to, co napisałem za dnia i wtedy nanoszę przeróżne poprawki i zmiany. Piszę odręcznie i wszystko do razu w dwóch wersjach. Pierwszą wersję piszę na żółtym papierze, a potem przepisuję na biały papier, i w końcu, kiedy jest to mniej więcej to, o co mi chodzi, piszę to na maszynie. Kiedy piszę na maszynie, jest to moja ostateczna wersja. Prawie nigdy już w niej niczego nie zmieniam. [str. 90]
O genezie pisania "Z zimną krwią":
L.G.: A co powiesz o wyborze tematu? Czy to pomysł opisania ponurego morderstwa popchnął cię do napisania Z zimną krwią?
T.C.: Nie napisałem tego ze względu na jakieś szczególne zainteresowanie ta tematyką. Wybór był taki, ponieważ postanowiłem napisać coś, co nazwałem powieścią faktu - książkę, którą czyta się dokładnie tak jak powieść, z tą jednak różnicą, że każde zawarte w niej słowo będzie absolutnie prawdziwe. Już wcześniej napisałem taką powieść Słychać muzy. Była to krótka książeczka o Rosji. Każde słowo w niej było prawdziwe, a czytało się ją jak krótką powieść. Ja jednak chciałem napisać coś wielkiego. Zaliczyłem dwa - że tak powiem - puste przebiegi z tematami, które, jak się okazało, nie miały w sobie dość materiału, żebym mógł osiągnąć to, co sobie założyłem, tak że w końcu zdecydowałem się na tę mroczną zbrodnię w odległym zakątku stanu Kansas, gdyż czułem, że jeśli prześledzę ją od początku do końca, dostarczy mi ona materiału, żebym mógł pokazać prawdziwą techniczną wirtuozerię. Był to eksperyment literacki, polegający na wyborze tematu nie ze względu na jego atrakcyjność, a ze względu na to, iż służył moim celom literackim.  
A jednak nie udało ci się pozostać na uboczu, kiedy tylko historia morderstw cię wciągnęła. Czy ta przygoda wessała cię wbrew twojej woli? 
Tak, ponieważ tak bardzo się w nią zaangażowałem, że zawładnęła ona całym moim życiem, wypełniła je bez reszty. Wszystkie te procesy, odwołania, nie kończące się wertowanie dokumentów, do którego byłem zmuszony - jakieś osiem tysięcy stron samych zapisków - oraz znajomość z tymi dwoma chłopcami, którzy popełnili tę zbrodnię. Wszystko. Ja to przeżywałem dzień po dniu. (...) [str. 116]
O Perrym Smicie i Richardzie Hickocku:
L.G.: Czy w jakikolwiek sposób odwzajemniałeś tę sympatię? Czy po tym, jak przez długi czas byłeś tak blisko nich i byliście w tak dobrych stosunkach, czy sądzisz, że polubiłeś któregoś z nich?
T.C.: Nie polubiłem żadnego z nich, miałem jednak dla nich wiele zrozumienia, a na dokładkę wiele współczucia dla Perry'ego. Dick wydał mi się drobnym kanciarzem, który wskoczył do stanowczo zbyt głębokiej wody i tak naprawdę to on był odpowiedzialny za całe to morderstwo, dokonane rękami Perry'ego. Perry nigdy by nie popełnił zbrodni, gdyby go ktoś nie popchnął do tego - jak mawiają Francuzi - folieà deux*. [str. 122]
(Chodziło chyba o folie à deux).

Capote uwielbiał wygłaszać opinie o innych ludziach, zwłaszcza tych z Towarzystwa, tworzył i rozpowszechniał plotki o osobach z pierwszych stron gazet, nawet, a może zwłaszcza o tych, z którymi się przyjaźnił. Rozmowy z nim musiały być elektryzujące. Jego sądy, przynajmniej na tym etapie życia, były kategoryczne, jednoznaczne. "Nie wiem" odpowiadał tylko na pytania o wiarę w życie po śmierci.

Tłumacz Waldemar Łyś dołączył do książki przypisy, które ułatwiają polskiemu czytelnikowi zrozumienie niektórych wypowiedzi Capote'a (np. gdy mówił o gwiazdach amerykańskiej telewizji). Popełnił jednak dwa przedziwne błędy: z Pearl S. Buck uczynił mężczyznę, przekręcił też imię prezydenta Kennedy'ego na "Jack".

Polecam "Rozmowy z Capote'em" wszystkim zainteresowanym życiem i twórczością tego pisarza. To barwna postać, warto dowiedzieć się o nim czegoś więcej.