Impresje

czwartek, 10 maja 2012

Pisarze i grafomani

Czytanie najnowszych "Książek" zaczęłam od rozmowy Doroty Wodeckiej z Jerzym Pilchem. Wywiad, moim zdaniem, średnio udany. Nie rozumiem, dlaczego ktoś, kto nie wie nawet, co to jest lob, tak wytrwale eksploatuje temat piłki nożnej w rozmowie ze zdeklarowanym fanatykiem tego sportu. Robi się ciekawiej, gdy zahaczają o inne sprawy (podkreślenie moje):
D.W.: Pisze pan, że w Polsce pokutuje pogląd, że można być pisarzem bez języka. I przywołuje pan tabuny piszących bezbarwnym gazetowym narzeczem, branym przez nich mylnie za przezroczysty realizm.
J.P.: Tabuny? Tam i ilościowo krucho. Język jest kluczowy. Wyjście z analfabetyzmu nie jest równoznaczne z wejściem w arkana sztuki literackiej. (...)
Ha! No właśnie! Tymczasem wielu "pisarzy" nie stać nawet na gazetową bezbarwność i poprzestają na czystej grafomanii, która niejednokrotnie nie tylko nie uniemożliwia publikacji, ale bywa wręcz warunkiem koniecznym, żeby książka odniosła komercyjny sukces.

Złe książki nie są wynalazkiem naszych czasów, zawsze miały swoich autorów i swoich koneserów, ale obecnie o wiele trudniej ustrzec się przed przypadkowym sięgnięciem po twórczość tego autoramentu.
Organoleptycznie nie da się odróżnić kiepskiej książki od dobrej, jakość wydania jest porównywalna. Wskazówką może być renoma wydawnictwa, ale nie powinno się na niej tak zupełnie polegać; nawet te uznane publikują szmiry, bo z publikowania samych arcydzieł utrzymać się podobno nie da. Chaos powiększa jeszcze zjawisko self-publishingu i możliwość wydawania książek własnym sumptem - jedno i drugie ma swoje zalety, ale ma też wady.

Dopiero po lekturze można ostatecznie stwierdzić, czy ma się do czynienia z literaturą czy z nędzną podróbką w kształcie książki. Teoretycy literatury zdefiniowali ją już pewnie na sto tysięcy różnych sposobów, ale dla zwykłego czytelnika kluczowe jest subiektywne wrażenie; stąd to, co dla niektórych jest szmirą, inni uznają za arcydzieło.

O wiele łatwiej wskazać, co literaturą nie jest. Ja skreślam z tej listy utwory, których autorzy najwyraźniej nie potrafią - jeśli już nie z finezją, to choćby poprawnie - posługiwać się językiem, w którym tworzą. Wychodzi to na jaw coraz częściej, bo wydawnictwa (lub autorzy) oszczędzają na korekcie. Zachodzę w głowę, ile trzeba mieć tupetu i megalomanii, żeby wydać książkę, chociaż nie umie się poprawnie sklecić zdania. A jeszcze dziwniejsze jest to, że ktoś takie gnioty jednak publikuje, sygnuje je jakiś redaktor i korektor... choć może przybierają na takie okazje służbowe pseudonimy?

Nieuchronnie zmierzam w tych swoich rozważaniach do postawienia sobie pytania, kim w dzisiejszych czasach jest pisarz. Bardzo się to pojęcie ostatnio poszerzyło, a tym samym zdewaluowało. Przyjmuje się zwykle, że jest to ktoś, kogo twórczość została gdzieś opublikowana. Nie liczy się jakość, tylko ISBN.
I tak do grona pisarek zalicza się np. Marię Dąbrowską i Stephanie Meyer. Sukces wampirzej tetralogii autorstwa tej ostatniej dowiódł, że wcale nie trzeba umieć pisać, żeby utrafić w gust mas. Więc tysiące próbują, a ja jako konsument literatury coraz ostrożniej podchodzę do debiutów i nowości, zwłaszcza tych szeroko reklamowanych.

Nie jestem w swoich sądach o literaturze tak radykalna jak Pilch ani tak wiele od jej twórców nie wymagam. Owszem, cenię autorów, którzy wypracowali sobie własny, oryginalny i rozpoznawalny styl, wpisy o ich książkach oznaczam nawet specjalną kategorią Stylist(k)a, ale przecież język to nie wszystko - za wyrafinowanymi metaforami i eksperymentami formalnymi kryją się często pustka lub banał. Konstruowanie dobrej fabuły, tworzenie ciekawych bohaterów czy sugestywnego klimatu to też sztuka, obca wielu koryfeuszom tzw. literatury pięknej.

Moim zdaniem nie każdy pisarz musi być od razu niezrównanym mistrzem słowa, ale powinien być w tej dziedzinie co najmniej sprawnym rzemieślnikiem. Nie każda książka musi wywoływać katharsis, ale nie powinna obrażać inteligencji potencjalnych czytelników.

Nazywając pisarzami wszystkich twórców, tylko nobilitujemy grafomanię. Określenie "autor/autorka" byłoby w wielu przypadkach bardziej adekwatne. Jak sądzicie?

18 komentarzy:

  1. Cytat bardzo mi się podoba. Szczerze mówić ja jakoś chyba intuicyjnie (bo nie zastanawiałam się nad tym wcześniej) nie szastam określeniem "pisarz" - dla mnie to już coś znaczy. A tak jak zauważyłaś, dzisiaj książkę wydać może każdy - nam pozostaje się tylko przedzierać przez sterty bezwartościowych zadrukowanych stron w poszukiwaniu perełek.
    I jeszcze a propos zdania: "Sukces wampirzej tetralogii autorstwa tej ostatniej dowiódł, że wcale nie trzeba umieć pisać, żeby utrafić w gust mas". Poszłabym dalej: umiejący naprawdę pisać autor prawie na pewno rozminie się z gustem mas. Niestety.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A przecież nie zawsze tak było. Masy kupowały prasę, w której ukazywały się w odcinkach powieści Dickensa czy Sienkiewicza. Obecnie tacy ludzie piszą scenariusze do kasowych seriali, co prawda raczej w Stanach czy Wielkiej Brytanii, ale może i nasze rodzime produkcje osiągną kiedyś podobny poziom, jeśli nie techniczny, to chociaż fabularny? Oby.

      Usuń
  2. Pisarz to brzmi dumnie, w przeciwieństwie do takiego na przykład prozoklety, który to termin robi karierę w pewnych kręgach złośliwców, których zawistne i eunuchowate natury nie są w stanie znieść cudzego sukcesu (czytaj: "nikt wam nie wydał żadnej książki, to się nie wypowiadajcie"). Grafomania i grafomani niech sobie egzystują, nikt im nie broni, ale faktycznie ostatnio wmawia się szerokiej publiczności, że to jest literatura - i to zjawisko jest groźne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie. Mnie grafomania nie przeszkadza, niech sobie istnieje (najlepiej w podziemiu), niech się nawet sprzedaje, ale niech nie udaje czegoś, czym nie jest. Do niedawna wydawało mi się, że właściwie wszystko jedno, co się czyta, byle czytać zamiast np. wpatrywać się w telewizor czy monitor, ale zaczynam zmieniać zdanie. Kontakt z niektórymi książkami może być, zwłaszcza dla młodych ludzi, traumatycznym przeżyciem. Za przykład może tu posłużyć dzieło "znanego prozaika Krzysztofa Ibisza";)).

      Termin prozokleta bardzo mi się podoba. Zastanawiam się, kogo z nas najpierw za to pozwą;).

      Usuń
    2. Najpierw nas wyzwą, a właściwie już wyzwali: od eunuchów, zawistników, krytyków z bożej łaski i takich tam. A, jeszcze ręcęzętów i świętych kruff. Podziwiam własną zimną krew i szlachetność, albowiem nie odjąłem dzieciom od ust i nie nabyłem do miażdżącej recenzji żadnego z dzieł inkryminowanych autorów. Taki mój wkład w pokój na świecie. Pomijając fakt, że mi się cholernie nie chce:P Chyba poczytam sobie Mniszkównę, patyna wieków zrobiła z niej wręcz wybitną autorkę:)

      Usuń
    3. Ja też nie nabyłam, ale zamówiłam w bibliotece:). Niech już stracę ten jeden wieczór na czytanie. Właściwie to jestem naprawdę ciekawa, czy to może być aż tak złe, jak twierdzą ci, którzy tę lekturę mają już za sobą.

      Usuń
  3. Mogę się tylko podpisać pod Waszymi stwierdzeniami. Mnie dobija jeszcze jedno: w prasie te słabiutkie książki są "recenzowane" najczęściej w tak enigmatyczny sposób, że nie wiadomo, czy utwór jest dobry czy nie. Mam wtedy wrażenie, że to po prostu przedruk materiałów promocyjnych wydawnictwa.
    Przyznam, że niektórych autorów czytam czasem głównie dla stylu - dotyczy to przeważnie form krótkich np. felietony Rudnickiego i Vargi (choć ich pełnowymiarową prozę też lubię). Natomiast Pilcha czytam i słucham zawsze, bez względu na temat (to może być nawet piłka nożna, która mnie nie interesuje) - uwielbiam jego frazę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie lubię prasowych recenzji właśnie dlatego, że przeważnie nic z nich nie wynika. I nie chodzi tu przecież o ograniczenia co do długości takiego tekstu, bo czasami wystarczyłoby jedno celne zdanie, żeby przestrzec przed lekturą albo do niej zachęcić. Może redakcje kulturalne są sponsorowane przez wydawnictwa, a nie kąsa się przecież ręki, która karmi.

      Zresztą zauważyłam, że dziennikarze przeważnie nie potrafią reagować na głupotę swoich rozmówców, zwłaszcza polityków. Nie nazywają głoszonych przez nich bredni po imieniu i wciąż zapraszają do swoich programów czy na swoje łamy tych najbardziej wrzaskliwych. Może to się przekłada i na inne dziedziny, którymi się zajmują.
      Trudno powiedzieć, czy to tylko zbyt daleko posunięty dziennikarski obiektywizm czy brak własnego zdania.

      Ja też przepadam za Pilchem, tu krytykowałam tylko panią Wodecką.

      Usuń
    2. Sama czasem mam podobne podejrzenia co do źle pojmowanej lojalności krytyków. Przy okazji: ostatnio zauważyłam, że w tzw. recenzji 3-4 akapity to "streszczenie" powieści czyli w rzeczywistości opowiadanie jej.;(

      Mnie też się wydaje, że w telewizji liczy się wrzaskliwy albo kontrowersyjny rozmówca - byle słupki oglądalności poszły w górę. A czy to będzie aktoreczka, detektyw czy polityk - mało ważne.

      Ależ ja wiem, że nie Pilcha krytykowałaś. Pani Wodecka w wywiadzie ze Stasiukiem też jakoś nie błysnęła, razi mnie jej udawana naiwność.

      Usuń
    3. A ja lubię mniej więcej wiedzieć, o czym jest książka, zanim zdecyduję, czy ją przeczytam. Niektóre tematy w ogóle mnie nie interesują albo wręcz odrzucają i dlatego wolę się wcześniej zorientować co do treści. Oczywiście czym innym jest zasygnalizowanie fabuły, a czym innym spoiler lub wręcz streszczenie.

      Jeśli o naiwność, udawaną bądź wrodzoną, to i tak już w pierwszej rundzie wszystkich nokautuje Grzegorz Chlasta z Tok Fm. Wciąż pamiętam jego "występ" z okazji Dnia Liczby Pi. Rozmawiał z jakimś profesorem czy doktorem (chyba) matematyki i pytał go np., jaka jest jego ulubiona liczba (!), co nam daje liczba pi, jak się rozwijała liczba pi... Zgroza.

      Usuń
    4. Ja także lubię wiedzieć, o czym jest książka, ale streszczenie można zmieścić w jednym akapicie.;)

      Nie znam Chlasta (nie słucham TOK FM), ale pewnie dałoby się stworzyć cały salon takich dziennikarzy. Co przestaje mnie dziwić - kolega po studiach dziennikarskich oświecił mnie niedawno, że obecnie redakcje szukają pracowników zaznaczając w ogłoszeniach "bez wykształcenia dziennikarskiego".

      Usuń
    5. To by wiele wyjaśniało. Znajomość języka polskiego też uznano chyba za zbędną.

      Usuń
  4. A obok renomy wydawnictwa dodałabym jeszcze samego ZNANEGO pisarza, który bazując na jednej powieści udanej, wydaje kiepskie, pozbawione smaku książki, przy czym czytelnik zostaje oszukany wydając pieniądze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trudno udowodnić pisarzowi, że specjalnie pisze źle. Może po prostu niektórych stać tylko na jedną dobrą książkę? To i tak dużo.

      Masz na myśli kogoś konkretnego?

      Usuń
  5. Jedną udaną powieść to można było napisać sto lat temu, na przykład Fournier napisał 'Mój przyjaciel Meaulness' i to wystarczy by go lubić;)Dziś po napisaniu 'Lubiewa' Witkowski podpisuje umowę na kolejne książki i pisze, moim zdaniem, coraz gorzej. Rusza machina której nie sposób zatrzymać, można najwyżej prywatnie, jako czytelnik, wrzucić wsteczny i czytać jakieś zapomniane cuda z biblioteki (mój ulubiony Ladislav Fuks na przykład).
    Te kilkuzdaniowe 'recenzje' w gazetach przydają się bardzo mojej znajomej, która czyta wyłącznie nowe, znane, słynne książki o wysokiej wartości konwersacyjnej tzn nadające się do tego, żeby w trakcie rozmowy o różnościach pokazać, że jest się na bieżąco. To nie jest zła kobieta, ale o książkach wolę z nią nie rozmawiać, to zbyt przygnębiające widzieć, jak ktoś ich używa do zaznaczenia statusu.
    Wolę czytać blogi i patrzeć, co ciekawego czytają znajomi na LC.
    Jeśli chodzi o grafomanów, sama właśnie miałam przyjemność przeczytać trzy arcydzieła Zafona pod rząd. Nazwałabym je międzyksiążkami, nie byłam w stanie czytać nic sensownego, ale jak dobrze smakuje prawdziwa książka czytana chwilę później. Miałam kiedyś straszne trzydniowe migreny i poranek, kiedy budziłam się bez bólu głowy i mogłam znowu jeść, pić kawę i używać perfum porównałabym do czytania 'Między nami' po Zafonie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chodziło mi o to, że wystarczy napisać jedną świetną książkę, między - być może wieloma - mniej udanymi, żeby zostać zapamiętanym i docenionym, niekoniecznie za życia. Jedna dobra powieść - to duże osiągnięcie artystyczne, ale nie finansowe. Z pisania utrzymują się chyba tylko ci, którzy piszą seriami.
      A jeśli już przy Witkowskim jesteśmy, to cedro informuje, że ukaże się "Lubiewo" bez cenzury, choć autorowi chodzi chyba raczej o autocenzurę.

      A czy ta znajoma ma o tych książkach własne zdanie, czy powtarza opinie z gazetowych recenzji?
      Rzadko rozmawiam o książkach, bo żeby takie konwersacje miały sens, ja i mój interlokutor musielibyśmy czytać to samo.

      Zaczęłam kiedyś "Cień wiatru", ale nie zmogłam, nie moja bajka, czasami jednak takie przerywniki, międzyksiążki, rzeczywiście się przydają. Oby mniej takich dni!

      Usuń
  6. ;) kurczę, jak zawsze u Ciebie dyskusja wre. Lubię te Twoje notki własnie dlatego, że zmuszają do myslenia i prowokują wypowiedzi.
    Wiele racji w tym co piszesz. Rzadko czyta się książki dobre, czyta się raczej książki promowane, ale... nie generalizuję oczywiscie. Tyle teraz chłamu na rynku od jakiegos czasu, tych wszystkich self-publishingów, e-bookow nachalnie reklamowanych w mailach, na blogach ("kupujcie, sciągajcie, napisałam/em książkę, jest w formie e-booka, piszę już drugą i trzecią"), że w wiekszosci ludzie sięgają wlasnie po to co im się podsuwa.
    Pisarz to zbyt wielkie słowo dla wiekszosci autorów. Pisarz ma pokorę. Autor nie zawsze. Tak myslę.

    Pilch jest cholernie mądrym człowiekiem, szkoda ze wiecej w tym wywiadzie o piłce niz o ksiązkach, ale podobało mi się też to co powiedział, że wielu mogłoby pisac biografie bo mają/mieli ciekawe życie, ale nie piszą bo "nie mają zdan na swoje życie".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kto czyta promowane książki, ten czyta:). Na szczęście i wśród reklamowanych nowości trafia się od czasu do czasu jakaś perełka.

      À propos reklamy na blogach. Wkurzają mnie te niby wywiady z początkującymi autorami, w których nigdy chyba nie pada żadne trudne pytanie czy słowo krytyki pod adresem ich twórczości. Słodko, miło i bez sensu. Blogerzy łechtają swoją próżność udając dziennikarzy, a autorzy dostają darmową reklamę - im się zresztą nie dziwię, biznes to biznes.

      Ale co do tego, że pisarze są pokorni, to się nie zgodzę. O ile można wierzyć biografiom, w życiu prywatnym większość z nich to niezbyt przyjemni ludzie.

      Usuń

"Błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie ubierają tego w słowa". Z drugiej strony lubię meandrujące dyskusje, więc komentarze nie na temat również są tu mile widziane;).