Impresje

czwartek, 22 stycznia 2015

Ateista w literaturze I

Ateizm to światopogląd w Polsce niepopularny, zjawisko na granicy błędu statystycznego, którego istnienie łatwo pominąć. Pokutuje u nas przekonanie, że moralność poza religią nie istnieje, więc każdy ateista to z definicji człowiek podejrzanej konduity. Pogląd ten podzielają najwyraźniej niektórzy pisarze, skoro bohaterów niewierzących tak często obdarzają czarnym charakterem. Poza tym uczynienie postaci ateistą pozwala w prosty sposób ją zdynamizować: najpierw funduje się jej jakieś traumy, skutkujące porzuceniem wiary, by po pewnym czasie przerwać beznadziejność jej egzystencji za pomocą kolejnych traum, które powodują powrót zbłąkanej owieczki na łono kościoła. Niezmiernie irytuje mnie pogląd, że ateizm to stan przejściowy, wybrany na złość bogu albo kościołowi, pod wpływem emocji, a nie racjonalnie.

Jeśli w czytanej przeze mnie książce trafię na jakiegoś ateistę, na blogu pojawi się wpis, rozliczający pisarza z tego, jak go przedstawił. W cyklu "Kobieta w literaturze" ograniczam się do zamieszczenia cytatu, tutaj będę komentować konkretne pomysły autorów, więc nie uniknę spoilerów. Niech czyta, kto ciekawy.



***   ***   ***

Jednym z bohaterów powieści "Północ i Południe" Elizabeth Gaskell jest Nicholas Higgins, ponadczterdziestoletni pracownik fabryki w przemysłowym miasteczku Milton na północy Anglii. Życie robotnika było wtedy jeszcze trudniejsze niż dziś, a w przypadku Higginsa trudne podwójnie, bo jego żona zmarła wcześnie i musiał opiekować się dwiema córkami, z których jedna, Mary, była niezbyt mądra, a druga, Bessy, nieuleczalnie chora. 

Być może czary jego goryczy dopełniało podejrzenie, że sam się do jej cierpienia w pewnym stopniu przyczynił: Bessy musiała pracować w gręplarni m.in. po to, żeby jej ojca stać było na kupowanie książek i uczestniczenie w odczytach oraz na posłanie drugiej córki do szkoły. Autorka sugeruje w ten sposób, że Higgins zaspokajał swoje intelektualne zachcianki kosztem córki. Trochę trudno się z tym zgodzić, skoro Higgins uchodził jednocześnie za człowieka prawego, uczciwego - cieszył się zaufaniem kolegów, aktywnie działał w związku zawodowym, wybrano go nawet do komitetu strajkowego. Może jednak rzeczywiście zawinił wobec córki, a jego obecna stale okazywana jej troskliwość i miłość wynika z poczucia winy i odpowiedzialności za jej obecny stan?

Higgins i Bessy potrzebują pocieszenia, ale każde z nich znajduje je w innym miejscu: on w szynku, a ona w nadziei na swoją rychłą śmierć i "błyszczące szaty", przygotowane dla niej w niebie. On uważa się za ateistę i nie ukrywa swoich poglądów przed córką, choć zdaje sobie sprawę z tego, że ją rani, podając w wątpliwość jej złudzenia.
- Wolałabym, żeby ojciec nie mówił tego, co ciągle powtarza. On chce dobrze, jak ci wczoraj powiedziałam, i będę to mówić wciąż i wciąż. Ale, widzisz, choć ja mu wcale nie wierzę za dnia, to w nocy, jak mam gorączkę i na wpół śpię, na wpół czuwam, wtedy to mnie nachodzi. I tak mi źle. I ja myślę, że jeśli to ma być koniec wszystkiego, jeśli urodziłam się tylko po to, żeby zszarpać sobie serce i życie, żeby zachorować w tym strasznym miejscu, w tym hałasie z przędzalni, który mi zawsze dzwoni w uszach, aż chce mi się krzyczeć, żeby choć na trochę umilkli i dali mi chwilę ciszy, z tym puchem tak wypełniającym mi płuca, że umieram z pragnienia jednego głębokiego oddechu, ale takim czystym powietrzem, o jakim opowiadałaś, z mamą, która odeszła i już nigdy więcej nie będę mogła jej powiedzieć, jak ją kochałam, ani opowiedzieć jej o moich troskach, więc jeśli to ma być całe życie i jeśli nie ma Boga, który osuszy wszystkie łzy we wszystkich oczach, to, dziewczyno! - Nagle usiadła i kurczowo, prawie groźnie ściskała dłoń Margaret. - To mogłabym oszaleć i zabić cię. Mogłabym. [str. 135]
Wizja świata bez boga i życia po śmierci przeraża biedną Bessy. A podobno łatwiej być ateistą niż osobą wierzącą.

Mimo troskliwej opieki dziewczyna umiera, co ojca doprowadza do skrajnej, gwałtownej rozpaczy. Pan Hale, były pastor, który porzucił kościół, ale nie religię, próbuje pocieszyć "pijanego tkacza ateistę". W tym fragmencie Gaskell ni z tego ni z owego sugeruje, że Higgins ateistą wcale nie jest:
Nicholas nie był jednak ani nałogowym pijakiem, ani stuprocentowym ateistą. Jeśli pił, to po to, by utopić troski, jak sam by to określił. A jeśli chodzi o jego ateizm, to po prostu dotychczas nie odkrył religii, która trafiałaby do jego serca i duszy. [299]
No jasne. Może islam albo buddyzm odpowiadałby mu bardziej? Albo scjentologia? A może autorka jest niekonsekwentna, bo już na następnej stronie Higgins mówi:
- (...) Przepraszam, jeśli używam niewłaściwych słów, ale wiara to jest to, co myślimy o maksymach i obietnicach złożonych przez ludzi, których pan nigdy nie widział, o życiu i rzeczach, których nie widział ani pan, ani nikt inny. I chce mi pan wmówić, że to są prawdziwe rzeczy, prawdziwe powiedzenia i prawdziwe życie. A ja się pytam: gdzie jest dowód? [str. 300]
Jeśli ktoś o takich poglądach nie jest ateistą, to nie wiem, kto nim jest. Jaką odpowiedź ma dla niego pan Hale? Standardową.
- (...) Poznajmy się jednak lepiej, rozmawiajmy ze sobą szczerze i otwarcie o tych sprawach, a jestem pewien, że prawda wypłynie na wierzch i zwycięży. [str. 301]
Wypływa, owszem, bardzo szybko nawet. Były pastor wyraża przypuszczenie, że choć Higgins przestał wierzyć w wiele rzeczy, to nadal wierzy w Niego. Pijany tkacz ateista reaguje cokolwiek niezrozumiale i gwałtownie:
- Człowieku! Mógłbym powalić cię na ziemię za kuszenie mnie! Czemu próbujesz mnie zarazić swoimi wątpliwościami? Pomyśl o niej, leżącej tam, o życiu, jakie prowadziła! I teraz chcesz mi jeszcze odmówić jedynej i ostatniej pociechy, jaka mi została? 
Wszystko wskazywałoby, że tą pociechą jest alkohol, ale nie: Higgins okazuje się kryptochrześcijaninem albo po prostu chce przerzucić część odpowiedzialności za Bessy na siłę wyższą.
Tego, że gdzieś tam jest Bóg i że to On uczynił jej życie takim, jakie było? 
Na chwilę wraca do ateizmu:
Nie wierzę, że będzie kiedyś jeszcze żyła - powiedział, siadając i drętwo mówiąc dalej, jakby zwracał się do nieczułego płomienia. - Nie wierzę w inne życie niż to, w którym tyle wycierpiała i miała zmartwień bez liku. I nie mogę znieść myśli, że to było przypadkowe, że to był zbieg okoliczności, który można było zmienić jednym podmuchem wiatru. 
I znowu przedzierzga się w kryptochrześcijanina:
Wiele, wiele razy myślałem, że nie wierzę w Boga, ale nigdy tego nie wypowiedziałem wprost, jak ludzie mówią. Mogłem się śmiać z tych, co to mówili, udawać hardego, ale zaraz potem rozglądałem się dookoła i sprawdzałem, czy On mnie słyszał, o ile tam był.
Tak, On czyhał na potknięcie Higginsa, podstępnie chowając się w szafie. Na pewno. Skoro Higgins dopuszczał w ogóle taką możliwość, to była jeszcze dla niego nadzieja, więc Margaret zachęca go, żeby nie rozważał, ale żeby - tak jak oni - wierzył. Na koniec dziewczyna zaprasza Higginsa do wspólnej wieczornej modlitwy.
Uklękli razem - Margaret, wierna Kościołowi, jej ojciec, odstępca, i Higgins, niewierzący. Żadnemu z nich to nie zaszkodziło. [str. 311]
Może wszyscy kierowali się zakładem Pascala, zgodnie z którym wierząc, nic się nie traci, a można ewentualnie sporo zyskać.



W każdym razie Hale'owie podsycili tkwiące już wcześniej w Higginsie ziarno wiary i w jednej z kolejnych scen widzimy, jak ten niedoszły ateista, a właściwie kryptochrześcijanin zachęca synka sąsiada do popisywania się przed Margaret hymnem metodystów, a na koniec ostatecznie ulega krucjacie panny Hale i otwarcie przyznaje się do swojej religijności. I mniej pije.



Konstrukcja postaci Higginsa może wynikać z niekonsekwencji autorki w tworzeniu tego bohatera albo sugeruje, że w powieści przemyciła pogląd, że ateizm to tylko przejściowe osłabienie wiary, które można łatwo zażegnać poprzez odpowiednio intensywne świecenie delikwentowi prosto w oczy dobrym przykładem. Bo przecież nie poprzez racjonalne argumenty - rada Margaret, żeby nie myśleć, tylko wierzyć, do takowych się przecież nie zalicza. W każdym razie trzeba docenić realizm Gaskell - właśnie takie uzasadnienie religijności najczęściej słyszę: "przecież trzeba w Coś wierzyć". Nie, nie trzeba.

6 komentarzy:

  1. "Ateizm to światopogląd"

    Nie, ateizm to NIE jest światopogląd. To jedna odpowiedź na jedno pytanie. Do światopoglądu ateizmowi jest tak daleko, jak od koła zębatego do lokomotywy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kwestia definicji. Dla mnie to punkt wyjścia do zajęcia stanowiska wobec wielu innych spraw.

      Usuń
  2. A ja myślałem, że Nowy Ateizm robi się powoli passé... ;) W odpowiedzi na Twoje ostatnie zdanie: Czy znasz argument Alvina Plantingi? Otóż wszyscy normalni ludzie wierzą przecież, że inni ludzie, tak jak oni sami, posiadają świadomość. Tymczasem nie mają na to absolutnie żadnych dowodów. Skąd wiesz, że nie jesteś jedyną (samo)świadomą osobą na świecie (kłania się "Ślepowidzenie" Wattsa)? Może wszyscy dookoła Ciebie to "automaty" pozbawione świadomości. Światło się pali, ale nikogo nie ma w domu. Tymczasem wierzymy w cudze umysły; Plantinga porównuje tę wiarę do wiary w Boga właśnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po pierwsze nigdy nie starałam się być nowoczesna, co - być może - oznacza, że jestem zacofana;). Po drugie - o Platindze nigdy w życiu nie słyszałam. Nie interesuję filozofią, a już zwłaszcza jakoś powiązaną z religią.
      Co do istnienia cudzej świadomości - ludzie, których znam, rozpoznają się w lustrze, co zdaniem naukowców oznacza, że są siebie świadomi.
      Nie muszę wierzyć w cudze umysły - widzę przecież na co dzień efekty ich działania.

      Usuń
  3. Podoba mi się ten cykl. :) Co prawda sama nie jestem ateistką, ale uważam, że temat jest bardzo interesujący.

    Co do Gaskell - i tak, jako żona pastora, zadziwiła mnie swoją, hm, otwartością. Ateista (potem nawrócony, fakt) jest postacią (pominąwszy picie) pozytywną, ale też nie pamiętam potępienia wobec wątpiącego pastora. Muszę sobie przypomnieć książkę, bo teraz nie pamiętam, które moje wrażenia wyniosłam z książki, a które z serialu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wydaje mi się, żeby pan Hale zwątpił w Boga, trapiły go chyba raczej jakieś sprawy instytucjonalne, przynajmniej takie odniosłam wrażenie. Jeszcze jeden bohater "Północy i Południa" ma kłopot z religią - Frederick przeszedł na katolicyzm, żeby poślubić Hiszpankę. Przeciętny Anglik (jak np. służąca Dixon) miał o katolikach jak najgorsze zdanie. Gaskell rzeczywiście pisała o tym wszystkim raczej oględnie - jak na tamte czasy;).

      Cykl powstał, bo denerwuje mnie jednoznacznie zły wizerunek ateistów - w literaturze, mediach, wszędzie. Chcę zwrócić na to uwagę. Poza tym jeśli ateiści nie będą publicznie prezentować swoich poglądów, to nadal będzie pokutowało przekonanie, że wszyscy Polacy to katolicy, więc rozmowy o sekularyzacji są bez sensu.

      Usuń

"Błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie ubierają tego w słowa". Z drugiej strony lubię meandrujące dyskusje, więc komentarze nie na temat również są tu mile widziane;).