Impresje

czwartek, 6 marca 2014

DWANAŚCIE

Tytuł: Dwanaście
Pierwsze wydanie: 2006
Autor: Marcin Świetlicki

Wydawnictwo EMG
Seria: Polska Kolekcja Kryminalna
ISBN: 83-922980-1-2
Stron: 212


Powieść ukazała się jako drugi tom Polskiej Kolekcji Kryminalnej Wydawnictwa EMG, na okładce mowa też o thrillerze, ale i jako kryminał, i jako dreszczowiec "Dwanaście" wypada słabo. Prawie nie ma intrygi, prawie nie ma akcji, a więc i jej zwrotów, główny bohater to antybohater. Może to jakaś zabawa z konwencją, nie wiem.

Lepiej się to czyta raczej jako serię literackich pocztówek z Krakowa Anno Domini 2005 widzianego oczami nietrzeźwiejącego abnegata (mam na myśli wspomnianego protagonistę, nie Świetlickiego;)), który od lokalnej rzeczywistości odgradza się oparami alkoholu w enklawach znanych knajp rozsianych wokół Rynku. 
Było o czym pisać, bo rok 2005 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia. Śmierć papieża - Największego z Higienistów. Zwycięstwo PIS-u w wyborach parlamentarnych i prezydenckich. Ustawienie rzeźby Mitoraja koło wieży ratuszowej.

To powieść demonstracyjnie antyhipsterska i antykrakówkowska. Kpi się tu ze starych elit (redakcja Tygodnika Powszechnego), nowych elit (byli, obecni i przyszli pracownicy TVN-u i innych mediów), turystów, warszawiaków, polityków, znanych muzyków, współczesnej sztuki i chwilowych mód. 

Protagonista jest czterdziestoczteroletnim nieudacznikiem, który "od dawna nie posiada dowodu osobistego, pracy, paszportu, który nie posiada telefonu, komputera, samochodu, karty do bankomatu, pretensji do bycia zdrowym, pogodnym i zapobiegliwym", "nie czyta kolorowych warszawskich tygodników, nie chodzi ani do teatru, ani do operetki" (str. 5 i 6). W latach siedemdziesiątych był gwiazdą serialu dla dzieci "Mały mistrz na tropie", a potem "utył, spuchł i posiwiał". Przesiaduje najczęściej w (fikcyjnej) knajpie Biuro przy ul. św. Jana, gdzie ma swój stolik i darmowy alkohol, bo robi za atrakcję lokalu. 

Właściwie nie wiadomo, z czego mistrz się utrzymuje, ale mieszka w kamienicy na Małym Rynku i jeśli w ogóle opuszcza ścisłe centrum, to udaje się najdalej na Kazimierz i czasami na cmentarz batowicki. Tych czytelników, którzy pracują, żeby spłacić kredyt hipoteczny na mieszkanie na peryferiach, krew zalewa;). Może to nie jest najbardziej odpowiedni moment, ale wtrącę, że mistrz mieszka bardzo blisko mojego ulubionego miejsca w centrum Krakowa, czyli Placu Mariackiego, o którego ciekawej historii można poczytać tutaj.

Trudno od kogoś takiego oczekiwać sprawnego i błyskotliwego śledztwa w stylu Herkulesa Poirot. Dziwne i podejrzane jest już to, że w ogóle otrzymał jakieś zlecenie, i rzeczywiście wkrótce okazuje się, że to element artystycznego "projektu" młodej kontrowersyjnej performerki. Są morderstwa, podejrzani, skorumpowana policja, złaknieni sensacji dziennikarze, a nawet broń, która w finale rzeczywiście wystrzeli, ale nie sposób traktować tego wszystkiego poważnie, bo równie dobrze mogą to być tylko deliryczne zwidy mistrza, który - jak na autentycznego indywidualistę przystało - wciąż chla na potęgę. Ale kulturalnie, tzn. głównie na mieście, a nie w domu.


PS. Właśnie powstaje film "Czerwony pająk" oparty na historii Karola Kota, krakowskiego seryjnego mordercy z lat sześćdziesiątych, o którym Świetlicki wspomina w tej powieści i w jednym ze swoich wierszy.

***

   Miasto miało również porządnych, niezepsutych mieszkańców. To nie jest tak, że wszyscy prowadzili podówczas tak jałowe i ohydne, pełne przemocy i nihilizmu życie.
   Miasto miało wszak również redakcję Tygodnika Powszechnego, Adama Zagajewskiego i wielu innych prawych i szlachetnych. Miasto wcale nie było takie złe, jak sugeruje ta historia. (str. 88)
 - (...) W zasadzie teraz, po powrocie, stwierdzam, że to przecież duża wieś jest. Duża wieś z kilkoma podstawowymi punktami topograficznymi - kościół Mariacki, bo w każdej wsi powinien być kościół, ten wyjątkowo duży jest, bo wieś jest duża. Targowisko, znaczy się Rynek. Mniejsze targowisko, znaczy się Mały Rynek, straż pożarna niedaleko Poczty. I kilka klubokawiarni i gospód, znaczy się Biuro, Dym, Piękny Pies, Zwis.
 - I szalenie aktywne Koło Gospodyń - dodał Mango dostrzegłszy zbliżającą się Ćmę. Ćma miała fatalnie podbite oko, poza tym prezentowała się całkiem ładnie i świeżo. (...)
 - I wszyscy się tu w zasadzie znają, To znaczy: znają się ci prawdziwi mieszkańcy, natomiast nieznajomi to są albo letnicy, albo widma, tysiące widm. Od czasu do czasu widma usiłują, zazdroszcząc prawdziwym mieszkańcom, jakoś tam do ich świata przeniknąć. I dopiero wtedy zaczynają się problemy... (str. 130)

*
(...) niektórzy mają mentalność posiadaczy ogrodowych krasnoludków, ale ktoś im wytłumaczył, że to kicz, więc przerzucili się na Mitoraja. (str. 95)
- To wszystko jest jak ta rzeźba Mitoraja na rynku... Kompletnie kiczowate i kompletnie zbędne. A istnieje. I boli - wygłosił po chwili taką oto refleksję. (str. 190)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

"Błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie ubierają tego w słowa". Z drugiej strony lubię meandrujące dyskusje, więc komentarze nie na temat również są tu mile widziane;).