Impresje

niedziela, 5 stycznia 2014

MOJA RODZINA I INNE ZWIERZĘTA

Vintage wraca do łask! Padma i Kreatywa namawiają do czytania klasyki, więc spodziewam się lawiny recenzji książek wydanych dawno, dawno temu, tzn. przed rokiem 2013. Blogerzy gorączkowo przeszukują księgozbiory protoplastów i zakurzone półki biblioteczne w poszukiwaniu najbardziej pożółkłej ze starości lektury, bo, niestety, w nadchodzącym sezonie recenzją nowości ani nawet szczotki nikomu się już nie zaimponuje.


Wyzłośliwiam się zamiast pisać o książce Durrella, ale widocznie na starość częściej jeszcze dochodzą do głosu najciemniejsze strony mojego charakteru, w tym skłonność do dygresji i wspominania młodości dawno minionej - czasami obie te cechy uzewnętrzniają się, o zgrozo, jednocześnie. Tak jak teraz.

Otóż przyszła mi przed chwilą do głowy hipoteza, że być może trochę za ostro krytykujemy ten pęd młodzieży po nowości. My, ludzie wiekowi, już po trzydziestce, do czytania klasyki jesteśmy przyzwyczajeni, bo kiedy zaczynała się nasza przygoda z literaturą, starocie były najłatwiej osiągalne, zwłaszcza dla kogoś, kto mieszkał na prowincji i nie dysponował kieszonkowym.

Byłam onegdaj zapisana do dwóch filii biblioteki miejskiej (i do biblioteki szkolnej). Wybierałam się do nich zwykle z listą kilku książek, które chciałam przeczytać ze względu na pozytywne opinie, np. w prasie czy radiu, szybko się jednak nauczyłam, że o pozycje wydane w bieżącym czy ubiegłym roku nie ma nawet sensu pytać. Nie ma. Nie ma. Nie ma.

Grzebałam więc w katalogu kartkowym w poszukiwaniu jakichś intrygujących tytułów, po czym okazywało się, że te najbardziej intrygujące i najnowsze zostały już wypożyczone komuś innemu (podejrzewałam, że tłumowi krewnych i znajomych bibliotekarek). 

Najbezpieczniej było pytać o książki sprzed co najmniej dwudziestu, trzydziestu lat, ale też nie wybierałam spośród nich na chybił trafił. Ze strony rodziców nie mogłam liczyć na radę w kwestii literatury, więc wielką pomocą była mi lista - o ile dobrze pamiętam - najpopularniejszych dzieł literatury światowej, znajdująca się w jednotomowej encyklopedii PWN (wydanie z 1993 roku bodajże). Nie przeczytałam wtedy nawet połowy pozycji z tej listy, ale i tak sporo jak na taką smarkulę, jaką wtedy byłam. 

Tak to drzewiej bywało, droga młodzieży. Mniej wydawnictw, mniej nowości, brak blurbów, więc jeśli wcześniej nie czytało się recenzji, nie wiedziało się nawet dokładnie, co się kupuje czy wypożycza. 
No i nie było tego najbardziej pazernego złodzieja czasu, czyli internetu. Oraz blogów książkowych i egzemplarzy recenzenckich. Cóż nam pozostawało oprócz czytania klasyki? Gdybym miała wtedy wybór, też pewnie sięgałabym przede wszystkim po nowości, a tak to pocieszałam się myślą, że przynajmniej czytam książki, które i tak trzeba by było kiedyś poznać, żeby móc pozować na osobę kulturalną i bywałą.



Tytuł: Moja rodzina i inne zwierzęta (My Family and Other Animals)
Pierwsze wydanie: 1956
Autor: Gerald Durrell
Tłumaczenie: Anna Przedpełska-Trzeciakowska i Andrzej Trzeciakowski
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
ISBN: 83-85661-13-1
Stron: 410 (ale w serii Duże Litery)


Książka "Moja rodzina i inne zwierzęta" ukazała się po raz pierwszy prawie sześćdziesiąt lat temu, więc przypominając o niej na blogu, hołduję - niechcący - obowiązującym w tym sezonie trendom;). To autobiograficzna powieść znanego brytyjskiego przyrodnika Geralda Durrella (1925-1995), który opisał w niej pobyt swojej rodziny na greckiej wyspie Korfu w latach 1935-1939. Już po przeczytaniu kilku rozdziałów miałam ochotę natychmiast się tam wybrać, na szczęście w sukurs przyszła mi konstatacja, że po pierwsze: owadów jest tam pewnie co najmniej tyle, co w latach trzydziestych, a po drugie: we wtorek trzeba iść do pracy. W rezultacie mój zapał jakby nieco oklapł. 

Zresztą przypuszczam, że współczesna Korfu w niewielkim tylko stopniu przypomina wyspę z lat trzydziestych. Winnice i gaje oliwne są tam nadal, ale plaże i malownicze zatoczki upstrzone są w sezonie turystami, a sympatyczni tubylcy przepoczwarzyli się w rzutkich właścicieli pensjonatów i hoteli. Przed wojną przemysł turystyczny tkwił najwyraźniej jeszcze w powijakach, odnosi się wrażenie, że Durrellowie mieli te wszystkie lokalne cuda tylko dla siebie. Dziś pewnie nie można tam już spotkać nikogo podobnego do Człowieka ze Złotawcami (chodzi chyba o takie monstrum) na nitkach, u którego można było kupić żółwia, święty obrazek, lusterko albo kurczaka - wszystko to i jeszcze wiele innych rzecz nosił ten niezwykły osobnik przy sobie, a przy tym był niemową i grywał na fujarce.

Znaczną część książki zajmują sugestywne opisy flory i fauny, co wynikało z zainteresowań autora, ale podane zostało lekko i z humorem, więc zdzierżyłam nawet relację z odkrywania gniazda skorków, ze szmuglowania do domu samicy skorpiona z malutkimi skorpionkami uczepionymi jej grzbietu i z walki modliszki z gekonem w sypialni młodego Geralda. Durrellowie urodzili się i wychowywali w Indiach, więc może takie rzeczy nie robiły na nich większego wrażenia.

Specyficzna to była rodzina. Składała się z pani Durrell (wdowy) i jej czworga dzieci: Lawrence'a, Leslie'ego, Margaret i najmłodszego Geralda. Z informacji w Wikipedii wynika, że na Korfu towarzyszyła im jeszcze Nancy, żona najstarszego Lawrence'a, ale autor nie wspomina o niej w powieści ani razu. Ciekawe dlaczego. "Powieściowa" Pani Durrell poświęcała się gotowaniu i pielęgnowaniu ogrodu, Larry pisał, Leslie polował, Margot dbała o urodę, a Gerald włóczył się po wyspie i udawał, że się uczy. Zamożni Anglicy za granicą. Sympatyczna była właściwie tylko matka. 

Książka Durrella to nie tyle powieść, co raczej okraszony wspomnianymi opisami zbiór zabawnych anegdot o członkach rodziny, ich przyjaciołach, sąsiadach i zwierzętach. Tych ostatnich wciąż przybywało, więc kiedy rodzina w końcu zdecydowała się na powrót do Anglii, szwajcarski celnik wziął ją za wędrownych cyrkowców. Durrellowie chyba już zawsze tęsknili za magiczną Korfu, dogodnym klimatem, egzotyczną przyrodą, otwartymi ludźmi - i za młodością. 

Przyjemna książka, znakomite remedium na szarość za oknem, chociaż zazdrość trochę zżera, kiedy się czyta na przykład opis nocnego pikniku na plaży.

   Tej nocy fluorescencja była szczególnie silna. Jeśli zanurzyło się w wodzie dłoń i przesunęło ją pod powierzchnią, można było namalować na morzu szeroką, złoto-zieloną wstęgę zimnego ognia, a kiedy człowiek dawał nurka, to sprawiał wrażenie, w  momencie zderzenia z wodą, jakby wskakiwał do oszronionego pieca wypełnionego połyskliwym światłem. Kiedy mieliśmy już dość pływania, wyszliśmy z morza, a ociekająca woda zapalała na nas płomienie. Ułożyliśmy się na piasku, by coś zjeść, a gdy pod koniec posiłku otwarto wino, jakby na umówiony znak ukazało się nad gajem oliwnym za nami kilka świetlików - uwertura do widowiska.
   Najpierw były tylko dwa czy trzy pulsujące regularnie zielone punkciki, ślizgające się gładko pośród drzew. Stopniowo pojawiało się ich coraz więcej i więcej, aż wreszcie część gaju oliwnego stanęła w niesamowitej zielonej poświacie. Nigdy jeszcze nie widzieliśmy tylu świetlików w jednym miejscu: roje ich migotały wśród drzew, pełzały po trawie, po krzewach, pniach oliwek, krążyły nad naszymi głowami i przysiadały na kocach jak zielone węgielki. Świetliste ich ławice polatywały nad zatoką, wirowały nad wodą,a  wtem, jak na dany sygnał, ukazały się delfiny, o grzbietach jak pociągniętych fosforem. Wpłynęły szeregiem do zatoki, kołysząc się rytmicznie na wodzie, Na środku zatoki zatoczyły koło i zaczęły nurkować i koziołkować; wyskakiwały wysoko w powietrze, by spadać do wody w pożodze światła. Te świetliki w górze i iluminowane delfiny w dole stanowiły doprawdy fantastyczny widok. Widzieliśmy nawet wyiskrzony ślad pod powierzchnią wody, tam gdzie delfiny zataczały płomienne zygzaki na piaszczystym dnie, a kiedy wyskakiwały wysoko w powietrze, wokół rozpryskiwały się krople szmaragdowej, płonącej wody i nie wiadomo było, czy to fosforyzujące morze, czy świetliki. Przyglądaliśmy się temu widowisku chyba z godzinę,a  potem, z wolna, świetliki cofnęły się w głąb lądu i rozpłynęły na boki wzdłuż brzegu. A po nich delfiny ustawiły się w szereg i ruszyły na pełne morze, zostawiając za sobą płomienistą ścieżkę, która żarzyła się, migotała i zamierała z wolna niby płonąca gałąź rzucona w poprzek zatoki. [str. 208-209]

***   ***  ***

Na koniec tego już i tak za długiego jak na internetowe standardy wpisu skan informacji, które wydawca zamieścił na końcu tego wydania. Zaskoczyła mnie nieco wyrażona na pierwszej stronie gotowość pokrzepiania serc czytelników w trudnym dla nich okresie transformacji oraz okazane im na stronie drugiej zaufanie: za zamówione książki płaciło się do tygodnia po odbiorze przesyłki. Jakość skanu nieszczególna, ale w końcu sprzęt ten ma już swoje lata.



14 komentarzy:

  1. Zamawiałam tak u nich książki:-) A co do Durellów - kocham całą rodzinę miłością wielką i co jakiś czas wracam do kolejnych książek Geralda. Co ciekawe - po książki Lawrence'a nie zdecydowałam się jeszcze sięgnać. Czytałaś może?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mnie Durrellowie raczej irytowali. W powieści Lawrence został przedstawiony jako zarozumiały, paskudnie wychowany megaloman, który zna się na wszystkim, wszystko wie lepiej i ma gdzieś uczucia innych. Rozglądałam się nawet ostatnio za jego "Kwartetem aleksandryjskim" w bibliotece, ale oczywiście nie było. Leslie był zapalonym myśliwym, a mnie zabijanie zwierząt dla sportu po prostu brzydzi. Margo robi wrażenie nieco głupawej, w dodatku ciągle myli powiedzenia i przysłowia. Gerald byłby może jeszcze w porządku, ale czasami zachowywał się złośliwie wobec zwierząt, a poza tym jakoś nigdy nie zastanawiał się, czy one czasami nie wolałyby pozostać na wolności, zamiast męczyć się w klatce/wannie/ basenie w jego willi. Tylko pani Durrell wydała mi się sympatyczna, choć to głównią ją trzeba winić za to, że dzieci wyrosły na takich egoistów. Sympatycznie się o tej rodzinie czyta, ale szlag by mnie trafił, gdybym musiała mieszkać pod jednym dachem z takim Larrym.

      Usuń
  2. Widzę jakiś poważny trend opierania się machinie wydawniczej ;) Może wreszcie będę miała szanse, bo z nowościami i tak nigdy nie nadążałam - zawsze przede mną zdąży książkę opisać 10 innych blogerek, które dostało ją (w dodatku przedpremierowo) jako egzemplarz recenzencki. A jak się zastanawiam, jak czytałam książki kiedyś, kiedy nie było internetu - w ogóle nie czytałam żadnych recenzji, po prostu kopałam w bibliotece.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już niedługo mało kto będzie pamiętał o noworocznych postanowieniach, a poza tym wśród nowości wciąż od czasu do czasu pojawiają się książki warte przeczytania.

      Swoją drogą, ciekawy pomysł na wpis - jak wybieramy nasze lektury? W moim przypadku nie ma chyba jednej reguły, może poza tą, że zwykle jednak sięgam po książkę, o której coś już wcześniej słyszałam.

      Usuń
  3. Durrela nie lubię, cała rodzinka mnie wkurzała, natomiast listę klasyków z encyklopedii zaliczyłem, może nawet nie w połowie, ale może jednej trzeciej - to była znakomita pomoc dla ambitnych :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I/lub zdesperowanych:).

      Kilka razy wypożyczyłam książkę polecaną przez bibliotekarkę, ale żadna mi się nie spodobała. Jeszcze wtedy czytałam do końca wszystko, co zaczęłam, więc niestety musiałam przebrnąć m.in. przez "Jesienną miłość" Nicholasa Sparksa. W dodatku jakiś czas później przypadkowo obejrzałam ekranizację. Zmyliło mnie to, że miała w sieci wysokie noty i nosiła zupełnie inny tytuł niż pierwowzór, ale okazała się równie "wzruszająca".
      W każdym razie od tamtej pory lektury wybieram sobie sama. Może ta bibliotekarka widziała mnie za parę lat wśród tych pań w wieku dojrzałym, które wypożyczały u niej harlequiny w ilościach hurtowych?

      Usuń
    2. Mnie w okolicach szóstej klasy pani bibliotekarka wciskała Winnetou, mimo nieśmiałych protestów. I Szklarskiego wciskała. Nic z tego. Dopiero jak mi dała trochę później Katedrę Marii Panny, to uwierzyłem w jej umiejętność dobrania lektury :D

      Usuń
    3. Z Mayem nigdy nie było mi po drodze (rozeszliśmy się po jednej czy dwóch powieściach), do Szklarskiego mam do dziś sentyment, a właściwie do Tomka Wilmowskiego;). Generalnie jeśli o książki chodzi, ufam przede wszystkim sobie:).

      Usuń
    4. No ale żeby zacząć ufać sobie, trzeba przejść przez etap albo czytania wszystkiego jak leci, albo według encyklopedii :)

      Usuń
    5. A ja tak z zupełnie innej strony. Widzicie jaka jest ciężka rola bibliotekarza? Musi być oczytany - by wiedzieć co w trawie piszczy. Musi być świetnym psychologiem i znawcą ludzi - by doradzać lektury, który stymulują i pomagają w rozwoju, musi być również cierpliwy niczym buddyjski mnich, który czeka, aż ziarno przez niego zasiane po latach wyrosło na drzewo kwitnące.
      A jeśli chodzi o Karola Maya przeczytałem praktycznie wszystko. Naprawdę. Nie potrafię tego usystematyzować, ale to co było w mojej powiatowej bibliotece zostało przeczytane. Nawet całkowicie mnie wciągający cykl Rodrigandów (chyba był wydany w takich małych książeczkach).

      A najgorsze jest to, że jak wyczytałem na Wiki - te wszystkie książki to jakieś popłuczyny złych wydań Maya. To znaczy tłumaczone z uproszczonych wydań, a nie z pierwotnych tekstów.

      Chciałem podziękować za zupełnie nie związaną z tematem wpisu wycieczkę w przeszłość (przynajmniej dla mnie).

      Usuń
    6. Charlie - ja w pełni doceniam tę rolę, tym bardziej że spotkałem w życiu aż trzy bibliotekarki, które mocno wpłynęły na rozwój mojego czytania:) Życzę Ci cierpliwości buddyjskiego mnicha, rzecz jasna :)

      Usuń
    7. Cóż, widocznie ja nie miałam szczęścia i trafiałam na bibliotekarki (prawie zawsze to były kobiety) bez większej intuicji psychologicznej albo może moja aparycja je myliła;).

      Jak się teraz nad tym zastanawiam, to odkąd korzystam z bibliotek miejskich w Krakowie, rozmowę o książkach zaczął ze mną tylko bibliotekarz z jednej z młodzieżowych filii. Panie niezmiennie wpatrują się w ekran komputera, więc staram się im za bardzo nie przeszkadzać.

      Usuń
  4. Kolejną "modą" na ten rok ( z tego co podczytuję na blogach i na FB) jest czytać MNIEJ, więc ani chybi - blogi książkowe się skończą, wydawnictwa nie będą miały komu wysyłać, klasyka się 'wyczyta' i będzie święty spokój :D Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyżby nagle zaczęła się liczyć JAKOŚĆ czytania? Pożyjemy, zobaczymy.

      Również pozdrawiam:).

      Usuń

"Błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie ubierają tego w słowa". Z drugiej strony lubię meandrujące dyskusje, więc komentarze nie na temat również są tu mile widziane;).