Impresje

środa, 24 czerwca 2015

NIEMCEWICZ OD PRZODU I TYŁU

Tytuł: Niemcewicz od przodu i tyłu
Pierwsze wydanie: 1939
Autor: Karol Zbyszewski

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
ISBN: 978-7785-115-9
Stron: 470

Wcale się nie dziwię, że ta książka wywołała kiedyś skandal. W Polsce wszelkie próby odbrązowienia (nawet nieodległej) przeszłości uchodzą za niepotrzebne, szkodliwe, wrogie, a Zbyszewski nie tylko odbrązowił, ale po prostu zmieszał z błotem wiele postaci historycznych i właściwie całą ówczesną przed- i międzyrozbiorową Polskę, zwłaszcza jej rzekome elity.

Autor wcale nie ukrywał swojego antysemityzmu i mizoginii, co mnie w trakcie lektury trochę mierziło, ale jakoś to przełknęłam, bo "Niemcewicza" czytało mi się świetnie. Zdaję sobie sprawę z tego, że Zbyszewski szkicował ówczesne realia nieco może zbyt grubą kreską, że za łatwo ferował jednoznaczne i surowe wyroki, że tolerancja i wyrozumiałość to pojęcia najwyraźniej całkowicie mu obce, podobnie zresztą jak obiektywizm. Cóż jednak poradzę na to, że mnie się ten styl wyjątkowo spodobał. Cenię bezkompromisową ironię i obrazoburczą złośliwość, jeśli celem takiego ataku jest głupota i hipokryzja. Poza tym książka nie jest tylko wyrazem prywatnych przekonań autora. Świadczy o tym bogata bibliografia.

Julian Ursyn Niemcewicz kojarzył mi się uprzednio wyłącznie z "Powrotem posła", czyli zakurzoną ramotą, którą swego czasu trzeba było przerobić na polskim i do której nie zamierzałam nigdy więcej wracać. Gdyby nie pochlebna opinia Ksawerego Pruszyńskiego, nigdy bym po książkę Zbyszewskiego nie sięgnęła i ominęłaby mnie duża czytelnicza przyjemność.

Julian Ursyn Niemcewicz
Wydaje mi się, że osoba Niemcewicza stanowiła raczej pretekst do stworzenia szerokiej panoramy ówczesnego społeczeństwa. Zresztą może nie tyle panoramy, co karykatury. Niemcewicz obracał się w odpowiednich kręgach - był adiutantem księcia Czartoryskiego, posłem Sejmu Czteroletniego, współautorem Konstytucji 3 Maja, publicystą, sekretarzem Kościuszki, więc pisząc o Niemcewiczu, autor miał wiele okazji, żeby obsmarować wszystkich, którzy się wtedy liczyli.

Najbardziej dostało się Stanisławowi Augustowi Poniatowskiemu, którego Zbyszewski nazywa Kluchosławem i uważa za współodpowiedzialnego za wszystkie nieszczęścia, które za jego rządów spadały na Polskę. Właściwie całą osiemnastowieczną arystokrację autor ukazał jako pazerną zgraję głupców, żarłoków i pijaków, wśród których człowieka względnie uczciwego trzeba było szukać ze świecą, a kompetentnego - co najmniej z paschałem.
Sejm pracował pełną gębą. Mrozy następowały, więc stutysięczną armię na papierze należało czym prędzej ubrać. Gdakano o tym zapamiętale: wysokość kasku, kolor munduru, szerokość spodni, grubość podeszew - roztrząsało plenum sejmu. Posłowie, co nie odróżniliby prochu od kaszy, spierali się do upadłego o pakowność patrontaszy, o długość piki.
   - Kurtka dragona winna mieć dziewięć guzików! - wołał hetman Tyszkiewicz.
   - Przenigdy, w razie alarmu nie zdąży się zapiąć, siedem guzików wystarczy - oponował pisarz koronny Kazimierz Rzewuski, mający się za wielkiego znawcę wojskowości, odkąd ruskie sołdaty pogwałciły mu wszystkie dziewki folwarczne.
   - Dragoni Fryderyka mieli po dziewięć guzików pod Molwitt i dzięki temu atak ich rozstrzygnął o zwycięstwie.
   - Widocznie atak był po południu i zdążyli się ubrać.
   - Ustanówmy osiem guzików i niech będzie zgoda - proponował Małachowski.
   - Nie mogę przystać, bez dziewięciu guzików to żaden dragon.
   - Jeden więcej niż siedem to każda bitwa przegrana. Proszę o turnus.
   I szedł turnus, a hetman Tyszkiewicz mruczał: "Wybuliłem 500 tysięcy złotych za mój urząd i jeszcze mnie za autorytet nie uważają, co za bezczelność!”. [str. 171-172]
Zbyszewski sugeruje, że gdyby w porę powieszono najgorszych zdrajców, nieliczne grono patriotów zdołałoby może uratować kraj. Tak się nie stało, bo zwyciężyła jednak solidarność klasowa. Zdaniem autora przestrzeganie uchwalonej właśnie konstytucji okazało się katastrofą - nie z powodu jej treści, ale ze względu na tzw. czynnik ludzki, a konkretnie króla Kluchosława, który zgodnie z tą ustawą objął dowodzenie armią, kiedy wybuchła wojna z Rosją. 
Józef Poniatowski
   Głównodowodzącymi zostali najgodniejsi tj. najlepiej urodzeni, czyli królewscy bratankowie.    
   Naczelny wódz na Ukrainie - 30-letni książę Józef - był w wojsku austriackim pułkownikiem, w bitwie pod Sabaczem jakaś kulka drasnęła go w udo. Wystarczyło to, by w Polsce, gdzie od wieku żaden oficer inaczej jak od ciosu butelką od piwa w łeb nie został ranny, uznano go za bohatera. Przystojny, czarny, mocno łysiejący książę Józef mieszkał wspaniale, ubierał się wytwornie, tańczył bajecznie, całował cudownie, spółkował niezrównanie, powoził fenomenalnie, przegrywał z wdziękiem tysiące dukatów stryjowskich. Ponieważ na domiar na rewii w Brasławiu skoczył na koniu przez siedem armat - opinia Warszawy była zgodna, że tak znakomitego wodza jeszcze Polska nie miała!
   Głównodowodzący na Litwie, rudy Würtemberg, pił i tłukł żonę w stolicy, zaabsorbowany tymi pożytecznymi czynnościami nie wyruszał do armii. Chodziły głuche wieści, że podejrzanie koresponduje z Fryderykiem Wilhelmem, że zdradza i chce zgubić swe wojsko. Nikt mu nie dowierzał, ale pozbawić go dowództwa znaczyłoby obrazić Czartoryskich. Z dwojga złego wołano zostawić armię Würtembergowi.
   Książę Adam zagroził rudemu, że przestanie płacić jego długi - dopiero pojechał na Litwę. [str. 301-303]
Kiedy się czyta takie fragmenty, można dojść do wniosku, że szlachecki rodowód to nie jest wcale jakiś szczególny powód do dumy. W każdym razie ta książka utwierdziła mnie w tym mniemaniu. Lekturze towarzyszyła smutna konstatacja, że minęło wprawdzie ponad dwieście lat, ale pod pewnymi względami nic się nie zmienia:
   Z reguły we wsi po jednej stronie była plebania, a po drugiej karczma; obrotniejsi proboszcze udzielali parafianom ślubu tylko pod warunkiem, że wesele odprawią nie w domu – lecz w karczmie, za co mieli dobry procent od żyda; nieboszczyka, za którego rodzina nie była w stanie uiścić komornego na cmentarzu, chowano w oborze – ksiądz go nie wpuszczał do poświęconej ziemi. Jedyną troską duchownych było napełnienie kieszeni i poza odmruczeniem paru modlitw nie poczuwali się do żadnych obowiązków.
   Biskupi byli jeszcze gorsi i wierniejsi Rosji niż popy włochate. 860 tysięcy dusz chłopskich należało do nich, biskupstwo krakowskie dawało pół miliona czystej intraty.
   Sejm ustanowił deputację do spraw kościelnych; wszedł do niej Niemcewicz, który wychowany w bałwochwalczym szacunku nawet dla kucht księżowskich nie ośmieliłby się zadrzeć z zakrystianem, cóż dopiero z prałatem. Półtoraroczne obrady deputacji nie przysporzyły Polsce ani grosza na wojsko. Wydzielono biskupom dobra wolne od podatków, zapewniono im po 100 tysięcy intraty rocznie, pochód z nielicznych zabranych majątków miał iść wyłącznie na szpitale. Ogromnych kluczy zakonnych ani tknięto.
   Księża wzniecali okropny gwałt, żadnej ofiary nie chcieli ponieść dla ojczyzny; zabranie im wieprzka na armię okrzykiwali świętokradztwem; pierwsi chrześcijanie chętniej oddawali głowę pod topór, niż oni kopę siana ze swych folwarków. [str. 196]
*** 
   W Trieście pierwszy raz w życiu widzi morze: Aaa! Ooo! Stateczkiem wzdłuż Dalmacji, grasuje dżuma, skręt na prawo - Wenecja.
   Listy polecające księcia otwierają mu wszystkie drzwi. Wszędzie się szwenda, wszystko ogląda. Plac św. Marka - tu kazanie publiczne, tam poeta wiersze recytuje na zadany temat, ówdzie prostytutka za bezcen. Włazi na kopułę bazyliki, znajduje wyryty podpis Firleja - XVI wiek, słodkie wzruszenie, wnet sam skrobie swe nazwisko; tylko niepiśmienny Polak zdoła przejść koło zabytku nie osmarowawszy go. [str. 108]
W przedmowie Stanisław Mackiewicz napisał: "Książka ta jest oryginalnym anachronizmem, który polega na tym, że ma treść historyczną, a została napisana metodą żywej i ostrej polemiki dziennikarskiej". Rzeczywiście: bardzo żywej. Po tej lekturze ilekroć trafię na opis tej epoki pióra profesjonalnego historyka, uśmiechnę się na wspomnienie epitetów i metafor autorstwa Zbyszewskiego ("bose po szyję dziewczęta", "co otworzyła usta, to wygłaszała moralizatorskie kazanie, a co napisała list, to jakby testament"). Nie mogę nie potępiać wielu jego poglądów, ale nie potrafię nie docenić tej książki - mimo wszystko orzeźwiającej (i bardzo ładnie przez Zysk i S-ka wydanej).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

"Błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie ubierają tego w słowa". Z drugiej strony lubię meandrujące dyskusje, więc komentarze nie na temat również są tu mile widziane;).