Impresje

poniedziałek, 27 lutego 2017

Moje słuszne poglądy na wszystko VII

Trafiłam kiedyś przypadkiem (chyba na facebooku) na zapis spotkania z profesorem Grzegorzem Leszczyńskim w krakowskiej księgarni De Revolutionibus. Books&Cafe, które odbyło się w zeszłym roku w ramach Festiwalu Niezależnych Księgarń. Rozmowę prowadził dziennikarz Łukasz Wojtusik. W innych okolicznościach zapewne nie chciałoby mi się tego słuchać do końca, ale akurat sprzątałam łazienkę, która to czynność jest niestety dosyć żmudna, więc postanowiłam ją sobie nieco urozmaicić.

Tematem owego spotkania była "kulturotwórcza i społeczna rola księgarza i księgarń", mówiono więc o sprawach poważnych, ale w sposób dla mnie jednak niestrawny. Być może machanie ścierką, gąbką i szczotką do sedesu uniemożliwiło mi wtedy dostrojenie się do tej konwersacji. Tkwiłam fizycznie w prozie życia, podczas gdy panowie wznosili się na wyżyny stereotypu.
Profesor Leszczyński stwierdził, że książka ma się świetnie, jest nadal jednym z najchętniej wybieranych prezentów, mimo że "jako pewnego rodzaju zjawisko społeczne" nie jest reklamowana ani promowana. Ciekawa jestem, co na to pracownicy działów marketingu w wydawnictwach albo organizatorzy akcji takich jak "Cała Polska czyta dzieciom".

Mniej więcej w piętnastej minucie profesor stwierdził również, że "człowiek z Empiku zgłupieje po prostu", kiedy usłyszy od klienta pytanie o powieść wiktoriańską, bo nie ma takiej pozycji w komputerze.
Oczywiście, w sieciówkach pracują na pewno również ludzie, którzy sami nie czytają, w tym miejscu są tylko chwilowo, żeby dorobić, ale to nie oznacza, że można tak za jednym zamachem deprecjonować wszystkich zatrudnionych w tego rodzaju księgarniach. Pan profesor jednak to zrobił, a pan dziennikarz, przeczesawszy włosy, porozumiewawczo się zaśmiał.
Odpadłabym już po tym pierwszym kwadransie, gdyby nie to, że dłońmi unurzanymi w detergentach trudno by mi było wyłączyć ten filmik na tablecie. Słuchałam więc dalej.

Ja jako czytelnik żyję chyba w zupełnie innej rzeczywistości niż profesorowie i dziennikarze. Owszem, chciałabym robić zakupy w księgarni prowadzonej przez entuzjastów i znawców literatury, wolałabym, żeby zarobili oni, a nie wielka sieć, ale wybieram księgarnie internetowe, bo tam ceny są o ok. 30% niższe. Ba, czasami "zniżam się" nawet do grzebania w koszach z przecenionymi książkami w supermarketach. Jakoś nie umiem przejść obojętnie obok haseł w rodzaju "książki za 5 zł";). Przeważnie nie znajduję tam niczego dla siebie, ale niedawno w Carrefourze kupiłam "Inne głosy, inne ściany" Trumana Capote za 9,99 zł i "Książkę twarzy" Marka Bieńczyka za 6,99 zł. Obwoluta tej drugiej była nieco przybrudzona, ale poza tym były w porządku.


Wiem, w sieciówkach i hipermarketach są promocje, na które niezależne księgarnie nie mogą sobie pozwolić, ale z kolei przeciętny czytelnik nie może sobie pozwolić na kupowanie książek po cenach okładkowych. Albo nie chce przepłacać.

Niezależne księgarnie bywają przeuroczymi miejscami, ale "kulturotwórczo" oddziałują na stosunkowo niewiele osób. W ubiegłym tygodniu na stronach "Rzeczpospolitej" pojawił się na ten temat artykuł Piotra Mazurkiewicza:
W 2016 r. z urzędowych rejestrów zniknęło ponad 500 księgarń, a ich liczba spadła do 4,4 tys. Z tego wedle szacunków wywiadowni Bisnode Polska aktywnie działa na rynku ok. 2,7 tys. Reszta to tzw. firmy uśpione, z zawieszoną działalnością.
– Przyczyn spadku liczby księgarni na polskim rynku upatruje się nie tylko w katastrofalnym poziomie czytelnictwa w polskim społeczeństwie – mówi Tomasz Starzyk, rzecznik wywiadowni Bisnode Polska. – Nie bez znaczenia jest również to, że Polacy coraz częściej zamiast w księgarniach książki kupują w sklepach internetowych. W ostatnim czasie po niższych cenach książki można także kupić w największych w Polsce dyskontach czy hipermarketach – dodaje. 
W ubiegłym roku codziennie zamykano średnio co najmniej jedną księgarnię dziennie. Takie są realia, panie profesorze, panie dziennikarzu.
Z artykułu w RP dowiedziałam się również, że na wtorek zaplanowano spotkanie branży księgarskiej, wydawców i sprzedawców internetowych z ministrem kultury. Mam nadzieję, że nie zacznie się znowu rozmawiać o stałej cenie książek przez określony czas po premierze. Naprawdę niewiele jest tytułów, na które nie mogłabym poczekać pół roku. 

Nie liczę na to, że "dobra zmiana" zaproponuje konstruktywne rozwiązanie tego problemu. Oni co najwyżej mogą skierować na ten odcinek kolejnego Misiewicza, co na pewno nie pomoże, a raczej zaszkodzi. 

Podobno współczesne dzieciaki nie lubią czytać. Nie mam wiadomości na ten temat z pierwszej ręki, ale jeśli wypada kupić dzieciom w rodzinie jakiś prezent, to ja kupuję właśnie książki. Same jeszcze czytać nie potrafią, czytają im ich rodzice albo dziadkowie - niektóre bajeczki czy wierszyki po wiele razy, więc może właśnie rosną nam przyszli entuzjaści literatury?:)

***

A poza tym uważam, że osoby odpowiedzialne za zdemolowanie polskiego systemu prawnego powinny trafić co najmniej przed Trybunał Stanu. 



10 komentarzy:

  1. Pracowałam w Empiku (nawet kilku) i muszę powiedzieć, że to wymagało naprawdę dobrego zorientowania w literaturze, nie tylko gatunkach, ale i samych tytułach, nie tyko popularnych. Tak samo jest na każdym innym dziale - filmie, multimediach, dodatkowo osoby odpowiedzialne za dział są systematycznie egzaminowane z posiadanej wiedzy, więc profesor raczej nie ma rzetelnych informacji w temacie. Zresztą nawet bym się nie zdziwiła, gdyby pracownik rzeczywiście zgłupiał na pytanie o powieść wiktoriańska, bo swoją szerokością przypomina klasyczne "ja to szukam książki, miała taką czarną okładkę i autor nazwisko na L", które padają nagminnie i swoją szczegółowością budzą raczej mało pozytywne emocje w pracownikach. Natomiast studia literaturoznawcze nie są łatwe, zajmują strasznie dużo czasu, więc nie oczekujmy, że ludzie po nich będą pracować w księgarniach i na zawołanie wygaszać wykłady o powieści wiktoriańskiej, zwłaszcza przy tłumie w sklepie.
    Mam wrażenie, że "dobra zmiana" rozwaliła nam już dużą część naszego systemu, kolejne elementy mogłaby zostawić w spokoju. Zwłaszcza, że czytając o którymś z poprzednich spotkań wydawców łapałam się tylko za głowę jak można takie głupoty opowiadać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niekompetentni pracownicy zdarzają się w każdej branży (na uczelniach też), ale na podstawie kilku negatywnych przypadków nie powinno się chyba wysnuwać tak kategorycznych wniosków, jak to właśnie zrobił profesor Leszczyński.

      Jest tak jak piszesz: literaturoznawcy nie pracują w sieciówkach. Albo się idzie do Empiku czy Matrasa po bestseller w promocyjnej cenie, albo do niezależnej księgarni, gdzie wyda się o 20 złotych więcej, ale będzie można porozmawiać z kimś, kto ma na pewno więcej czasu i być może większą wiedzę niż "człowiek z Empiku".

      Usuń
    2. Trudno mi sobie wyobrazić, żeby w wymienionych sieciówkach można było nabyć "bestseller w promocyjnej cenie". Ostatnio za nowość dla Starszego zapłaciłem okładkowe 34,99 zł. Zależało mi na czasie, chciałem na już, więc sięgnąłem do kieszeni. W domu zajrzałem do "swojej" internetowej księgarni - 21,60 zł. Za te 13 zeta mógłbym kupić książkę Młodszemu. Ceny przesyłki nie liczę, bo zazwyczaj zbieramy się ze znajomymi i te 7 zeta rozliczone na kilkanaście pozycji daje parę groszy więcej. To tyle w temacie małych księgarni czy sieciówek w opozycji do e-księgarni. Jak ktoś chce, to może sobie najwyżej obejrzeć "Masz wiadomość" czy coś :P

      Usuń
    3. Albo "Notting Hill", gdzie księgarnia głównego bohatera przynosi straty, ale on jakoś dalej ją prowadzi, płaci wynagrodzenie pracownikowi i zapewne nie najniższy czynsz za lokal.

      No, może z tymi bestsellerami nieco przesadziłam, ale np. w księgarniach Świata książki dość często pojawia się promocja, w ramach której można kupić drugą książkę o połowę taniej, w sieciówkach są półki albo regały z książkami przecenionymi niekiedy o kilkadziesiąt procent, często są też rabaty na książki, które dopiero ukazały się na rynku. Mimo wszystko jednak ja też kupuję głównie przez internet.

      Usuń
    4. Tylko, że na te polowania w sieciówkach trzeba mieć czas. A i to też są raczej zakupy na zasadzie: "O, tanie, to wezmę!", a nie kupno konkretnego tytułu, które zazwyczaj kończy się jak wyżej. No i kwestia rozrzutu rzędu 35%-40% ceny? Milknę, bo kwestie cen książek, to sprawa zapewne skomplikowana i wielopłaszczyznowa, a ja patrzę na nią z punktu widzenia zwykłego czytelnika. I widzę, że można taniej. Stała cena? Jeśli to będzie, to 21,60 zeta, to wchodzę w to. Ale nie łudźmy się, że to nie będzie 34,99 zł, bo będzie :(

      Usuń
    5. Ja sieciówki bardzo często mijam i na wystawach zawsze jest informacja o jakiejś promocji, ale niestety nie zawsze akurat na tę książkę, którą by się chciało:). Również jestem zwykłą czytelniczką i po prostu kupuję tam, gdzie najtaniej. Musi mi wystarczać kulturotwórcze działanie samych książek, a nie jeszcze dodatkowo księgarń;).

      Co do stałej ceny: optymistą jesteś. Obstawiałabym raczej 39,99zł. Co najmniej.

      Usuń
  2. Dziwna sprawa, wolny kraj, wolny rynek a tu branża prowadząca działalność jak najbardziej komercyjną oczekuje od państwa, że zabezpieczy poziomo jej zysków kosztem klientów. Jakoś trudno uwierzyć mi w kulturotwórczą rolę księgarza i księgarni gdy patrzę na listę bestsellerów w Empiku albo Matrasie, równie dobrze można powiedzieć o kulturotwórczej roli Pudelka a do tego nie trzeba księgarza i księgarni wystarczy sprzedawca wysyłający książkę kupioną via internet.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spotkanie, o którym pisałam, odbyło się w ramach Festiwalu Niezależnych Księgarń, więc może o nie przede wszystkim chodziło. Małe księgarnie mogą organizować spotkania z pisarzami (sieciówki też to robią), wystawy plastyczne, warsztaty dla dzieci, mogą promować wydarzenia kulturalne itd. Na pewno mają tu większe pole manewru niż sieciówki.

      Mimo wszystko wydaje mi się, że teraz trzeba przede wszystkim promować czytelnictwo, a nie pomagać księgarniom. Jeśli nie będzie czytelników, to księgarnie i tak upadną. Stała cena na książki po premierze na pewno nie spowoduje, że Polacy będą więcej czytać i chętniej kupować.

      Usuń
  3. W Krakowie, w ścisłym centrum - a więc z astronomicznym czynszem - od kilku lat funkcjonuje przepiękna księgarnia Bona. Cudne jest nie tylko wnętrzne, ale i sprzedawane tam, starannie dobierane z wyselekcjonowanych wydawnictw książki. Jestem przekonana, że to urocze miejsce jest utrzymywane dzięki kawiarni, a książki głównie "robią klimat".

    W Bonie jest sporo wydarzeń kulturalnych. Miejsce to pełni funkcję kulturotwórczą na tyle, na ile to możliwe w przypadku księgarni. Większość siedzących przy stolikach wertuje stosiki tych ichniejszych pięknych książek.

    Ceny mają okładkowe (zapisanie się na newsletter daje 10% rabatu), więc o ile nie mam problemu, by wydać tam sporo na kawę, ciacha i warsztaty czy teatrzyk dla dzieci, to chyba nigdy nie kupiłam u nich książki. I chyba nikt nie ma o to żalu.

    A promocja czytelnictwa moim zdaniem powinna się odbywać przede wszystkim w przedszkolu i szkole podstawowej. Potem już rzadziej ludzie wciagają się w literaturę. I łatwo to zrobić dzięki sieci bibliotek szkolnych i publicznych. Tyle że trzeba by przeszkolić bibliotekarzy, bo to jednak sztuka dotrzeć do dzieci. A i na literaturze dziecięcej trzeba się znać, a jeszcze lepiej po prostu ją lubić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kojarzę miejsce (w ogóle bardzo lubię ulicę Kanoniczą samą w sobie), widziałam wnętrza w internecie, mam nawet jedną książkę wydaną przez Wydawnictwo Bona - "Zamknięte drzwi" Magdy Szabó, ale kupiłam ją w zupełnie innym miejscu. Generalnie raczej nie wchodzę do księgarni stacjonarnych (może poza Dedalusem), bo mój portfel mógłby tego nie wytrzymać:).

      Ja również uważam, że do czytania należy zachęcać przede wszystkim dzieci. Bibliotekarze na pewno są w stanie zorganizować dla nich różne zajęcia i wydarzenia, ale wszystko może się zwyczajnie rozbić o brak pieniędzy, bo przecież trzeba np. dofinansować książkę Magdaleny Ogórek...

      Usuń

"Błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie ubierają tego w słowa". Z drugiej strony lubię meandrujące dyskusje, więc komentarze nie na temat również są tu mile widziane;).