Impresje

wtorek, 6 września 2016

KOCHANKOWIE MOJEJ MATKI

Tytuł: Kochankowie mojej matki (My Mother's Lovers)
Pierwsze wydanie: 2006
Autor: Christopher Hope
Tłumaczenie: Ewa Pankiewicz

Wydawnictwo: W.A.B. 2008
Seria: Don Kichot i Sancho Pansa
ISBN: 978-83-7414-387-5
Stron: 492


Gdybym oceniała książki po okładce, nie zdecydowałabym się zapewne na lekturę „Kochanków mojej matki”. Obwoluta z podmalowanym zdjęciem Katharine Hepburn i standardowymi cytatami z zagranicznych recenzji sugerują, że to romans retro w egzotycznej scenerii, a tego rodzaju literatury staram się unikać. (Dobry romans nie jest zły, ale tych rzeczywiście dobrych jest niestety tak niewiele, że zwykle po prostu nie ryzykuję straty czasu). Mnie polecono powieść Hope’a jako ciekawy obraz życia w Afryce Południowej i to się akurat sprawdziło, co po raz kolejny dowodzi, że lepiej kierować się opiniami znajomych niż obietnicami wydawnictw.

Książka ukazała się po raz pierwszy dekadę temu, sytuacja na świecie jest bardzo dynamiczna, więc oczywiście nie wszystkie obserwacje autora pozostają teraz aktualne, warto jednak po nią sięgnąć, bo Hope pokazuje współczesność RPA, a szczególnie Johannesburga, jako nieuniknioną konsekwencję przeszłości tego miejsca – i ciekawie o tej przeszłości pisze. Fabuła wydała mi się pretekstem, miejscami powieść bardziej przypomina esej albo felieton, ale właściwie wyjątkowo mi to nie przeszkadzało – o tej części świata wiem bardzo niewiele, więc czytałam z zainteresowaniem.

Osią tej historii jest opowieść narratora o matce, córce emigranta z Irlandii, który walczył w drugiej (o ile dobrze zrozumiałam) wojnie burskiej (po stronie Burów rzecz jasna), a potem wzbogacił się pracując w branży górniczej. Kathleen Healey została jedną z pierwszych kobiet w Afryce, które mogły samodzielnie pilotować samolot, i korzystała ze swych umiejętności podróżując w ten sposób po całym kontynencie. Polowała na dzikie zwierzęta, a przy okazji odwiedzała swoich kochanków i poznawała zwyczaje lokalnych plemion. 
Moja matka nie miała w sobie ani odrobiny takich uczuć i podziwiałem ją za to. Była ponad to, ignorowała granice, podziały, rasy, plemiona czy nacje; jak w ogóle coś tak głupiego, prostackiego i nudnego można brać poważnie? A przecież akceptowała niekiedy - w zależności od tego, gdzie była - poszczególnych ludzi, którzy ucieleśniali dla niej Afrykę. Polubiła Pigmejów Ituri, "lampartów", a nawet - ponieważ uznali jej ojca za jednego ze swoich - Burów ze starej Republiki Południowej Afryki. Nie miała jednak zmysłu klanu czy koloru skóry, a tylko przyjaciół albo wrogów. I to właśnie było wspaniałe, choć przesłaniało rzeczywistość. I dlatego była zaślepiona. W jej świecie rasa nie miała znaczenia. Mojej matki to po prostu nie interesowało. Jak się jednak okazało, "to" zainteresowało się nią. [str. 23]
"Była u siebie w każdym miejscu Afryki", ale zdaniem syna wyjeżdżała i opuszczała go zbyt często, co sprawiło, że ich relacje były łagodnie mówiąc trudne. Mniejsza z tym: postać matki uważam za bardzo udaną, ciekawą i oryginalną, ale jednak to nie rodzinne czy uczuciowe wątki zainteresowały mnie najbardziej w powieści Hope'a.

Wynika z niej, że bycie Johannesburczykiem to właściwie stan umysłu. Samookłamywanie się i hipokryzja to cechy konieczne, umożliwiające względnie normalnie funkcjonowanie w tym mieście dawnych wyzyskiwaczy i wyzyskiwanych. Biali udają, że cieszą się z końca apartheidu i gratulują sobie odkrytej u siebie niedawno tolerancji. Czarni politycy są nie mniej skorumpowani niż ich biali poprzednicy. Mniej istotne (co nie oznacza, że nieistotne) stały się podziały rasowe, bo najbardziej rzuca się w oczy przepaść ekonomiczna między mieszkańcami ekskluzywnych osiedli i willi a biedotą gnieżdżącą się w slumsach. O statusie społecznym świadczy już nie kolor skóry, ale dzielnica, w której się mieszka, i poziom zabezpieczeń na danym osiedlu. Przestępczość jest niezwykle wysoka, nie można się czuć bezpiecznie nawet robiąc zakupy czy po prostu siedząc w domu. Dla nas to niewyobrażalne, ale tam to codzienność, w której trzeba jakoś żyć. Na obwolucie książki widnieje informacja, że mamy przed sobą "żywiołową pochwałę życia w południowej Afryce" (cytat z The Times Literary Supplement), ale ja uważam tę książkę jako jedną wielką przestrogę, żeby tam nie jechać.

Narrator (autor?) nie lubi Johannesburga. Mimo współczesnego blichtru widzi nadal "górniczą mieścinę, która powstała z masy byle jakich namiotów kopaczy i zarobaczonych bud, zamieszkanych przez rozmaitych cwaniaków oraz dziwki i bandziorów" [str. 256]. Nie lubi Johannesburczyków, którzy nawet nie próbują tego blichtru zdrapać. Krytykuje białych, którzy przez wieki przybywali do Afryki, żeby ją "odkryć" i "ucywilizować". Krytykuje czarnych, którzy z radykalnych rewolucjonistów przedzierzgnęli się w polityków i godzą się na rzeczy całkowicie sprzeczne z głoszonymi wcześniej przez nich komunałami, w które wtedy może nawet wierzyli. Politycy ci godzą się obecnie np. na czasowe zatrudnianie pracowników "wypożyczonych" przez inne reżimy (np. kubańskich lekarzy) i uniemożliwiają im uzyskanie azylu w RPA. 

Zresztą (pozwolę sobie na małą dygresję) podobnych przykładów nie trzeba aż tak daleko szukać: w naszym pięknym kraju, w którego historii tak wielką rolę odegrały związki zawodowe, są firmy, które wykorzystują niewolniczą w gruncie rzeczy pracę robotników z Korei Północnej. Czy jakiś były lub obecny związkowiec się o nich upomniał? Gdzie jest policja, gdzie inspekcja pracy? Mają ważniejsze rzeczy na głowie: pilnowanie ciepłych posadek.
Zapomnijcie o przeszłości, zapomnijcie, jaki był ten świat albo jacy sami byliście. Chwyćcie się zapomnienia, rozwiejcie wątpliwości i nie słuchajcie nikogo, kto mówi, że wcale wszystko nie jest tysiąc razy lepsze. Zapominanie było nie tylko przydatne; zapominanie było patriotyczne. Zaprzeczenie nie było wadą ani winą, było krokiem do przodu. [str. 374]
W książce ten fragment ma oczywiście wydźwięk ironiczny, ale jestem pewna, że niejeden polski polityk podpisałby się pod tymi słowami obiema rękami, i to nie ironicznie, a całkiem serio. 


Podsumowując: "Kochankowie mojej matki" nie są bynajmniej literackim arcydziełem (być może autor wcale nie miał takich ambicji), ale jestem zadowolona z lektury, bo do tej pory czytałam o RPA tylko z punktu widzenia pewnego Tsotsi.

***

A poza tym uważam, że wyroki Trybunału Konstytucyjnego z 9 marca i z 11 sierpnia 2016 roku powinny zostać opublikowane.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

"Błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie ubierają tego w słowa". Z drugiej strony lubię meandrujące dyskusje, więc komentarze nie na temat również są tu mile widziane;).