Impresje

niedziela, 7 sierpnia 2016

Trzy po trzy

Ludzkość dzieli się na dwie grupy: tych, którzy uważają, że przesadzam, kiedy skarżę się na - ich zdaniem wyimaginowane - fizyczne dolegliwości (sugerują raczej istnienie psychicznych), oraz na tych, którzy dostrzegają we mnie istotę wrażliwą i chorowitą, która zdecydowanie częściej powinna korzystać z pomocy lekarzy. Ta pierwsza grupa jest liczniejsza; do drugiej należy tylko moja mama.

Jeśli jednak ktoś jeszcze ośmieli się nazwać mnie hipochondryczką, zmiażdżę tę potwarz następującym argumentem: kilka niepozornych plamek na plecach, które zauważyłam w niedzielę wieczorem, wzięłam początkowo za efekt działalności bieszczadzkich komarów i mimo nasilających się - mniej wizualnych - objawów, dopiero w środę rano po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że być może to ospa wietrzna lub ewentualnie jakaś egzotyczna groźna choroba przywleczona do Krakowa przez pielgrzymów, na którą jako Europejka z dziada pradziada jestem zupełnie nieodporna. Lekarz stwierdził jednak ospę i tak po dwóch tygodniach urlopu i dwóch dniach w pracy, mam zwolnienie lekarskie do końca przyszłego tygodnia. Na razie. W moim wieku może przecież dojść do poważnych powikłań.

Zgodnie z zaleceniem lekarza siedzimy teraz w domu - ja i moje krosty - i nic nie robimy, więc pomyślałyśmy sobie, że może ostatecznie popełnimy jakiś wpis na blogu. Uprzedzam jednak, że tym razem w niewielkim stopniu dotyczył on będzie literatury - w czasie urlopu zdecydowanie dużo spacerowałam i zwiedzałam, więc na czytanie czasu i sił już nie starczyło. Może dlatego, że już wtedy w moim organizmie bez mojej wiedzy i pozwolenia panoszył się podstępny wirus.

***

Sprawa pierwsza i tak naprawdę najważniejsza: coraz bardziej ograniczana jest niezależność Trybunału Konstytucyjnego. Prezes K. zapewne liczy na to, że społeczeństwo jest już tym tematem zmęczone, a wizyta papieża i plażowe parawany przysłonią skandaliczne próby zniszczenia demokracji w Polsce. Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie.

Posłuszny wykonawca rozkazów prezesa, czyli Andrzej Duda, to pod jednym względem człowiek bardzo konsekwentny: przyjmując w nocy ślubowanie od wybranych przez JK nowych sędziów TK, osiągnął i stale utrzymuje wysoki poziom żenady niedostępny dotąd dla żadnego polskiego prezydenta po 1989 roku. Nową ustawę o TK podpisał ukradkiem, w sobotę, kiedy w mediach nie mówiło się o niczym innym niż ŚDM.

Cóż, tym razem zostawiono vacatio legis, TK oceni tę ustawę w tym tygodniu (wiadomo jak), ale prezes K. zapewne się nie podda. Mówi się, że właściwie dopiero teraz pokaże, co potrafi. Po szczycie NATO i wizycie Obamy w Warszawie, i po ŚDM. Kto jeśli nie względnie niezależny TK i wymiar sprawiedliwości uchronią nas przed skutkami szaleńczych pomysłów prezesa i jego otoczenia?

"Występy" "polityków" "PiS" w telewizji kojarzą mi ze starym skeczem Neo-Nówki. Uwaga: filmik zawiera wulgaryzmy i należy przestać go oglądać dokładnie po 4 minutach, bo pointa jest zupełnie chybiona.




***

Teraz coś bardziej zgodnego z ogólnym profilem tego blogu.
Kilka dni urlopu spędziliśmy w Pradze, gdzie robiliśmy tyle zdjęć, że aż musieliśmy na miejscu dokupić kartę pamięci:). Zdjęcia cudzych biblioteczek zawsze wywołując zainteresowanie blogerów książkowych, więc tu trzy fotki z klasztoru na Strahovie. Niestety nie można było wejść do wnętrza sal, a za pozwolenie na robienie zdjęć (bez lampy, oczywiście) płaci się dodatkowo.

Sala Teologiczna

Sala Filozoficzna

Sala Filozoficzna
Praga to oczywiście miasto Franza Kafki, choć w jego czasach wyglądała zapewne zupełnie inaczej, biedniej, szarzej i znacznie brudniej. Sfotografowałam między innymi domeczek przy Złotej Uliczce 22, gdzie pisarz przez chwilę pomieszkiwał. Wiedziałam wcześniej, że było to niewielkie lokum, ale nie zdawałam sobie sprawy, że aż tak maleńkie. Kafce zależało jednak przede wszystkim na ciszy i spokoju, po których dziś nie ma tam już śladu. Powiedzieć, że Złota Uliczka jest zatłoczona, to nic nie powiedzieć (tak, tak - czytam "Dziennik" Pilcha).

Pod numerem 22 mieści się obecnie sklepik z pamiątkami (głównie książki, nie tylko zresztą Kafki, pocztówki, kalendarze itd.). Udało mi się zrobić ujęcie bez ludzi:). Wieczorem jeszcze raz poszliśmy na Hradczany, głównie po to, żeby zobaczyć oświetloną katedrę św. Wita, ale przy okazji pstryknęłam jeszcze i Złotą Uliczkę.
















A poniżej Muzeum Kafki, ekspozycję zwiedziliśmy innego dnia, ale nie uwieczniliśmy tego na fotografiach, bo w środku nie można było robić zdjęć. W każdym razie warto tam zajrzeć, chociaż jeśli ktoś czytał biografię Kafki, to niczego nowego raczej się nie dowie. Wystawa dotyczy głównie właśnie życiorysu pisarza oraz kilku jego najważniejszych dzieł.

Twórcy ekspozycji z jakiegoś powodu niektóre informacje albo cytaty podali np. tylko po niemiecku albo tylko po angielsku, np. obszerny fragment "Listu do ojca", ale to mnie zmobilizowało do zakupu polskiego przekładu (już po powrocie do Polski).

Na placyk przed muzeum przychodzi mnóstwo turystów, ale bynajmniej nie dla Kafki. Znajduje się tam znana - powiedzmy - instalacja Davida Černego przedstawiająca dwóch panów sikających do baseniku w kształcie Czech, w którym sami stoją po kostki.
Ludzie mają ubaw, ale mnie się to ustrojstwo nie podoba i nie chodzi tu wcale o to, że mierzi mnie obsceniczność (na ogół mierzi, ale w sztuce niekoniecznie) albo o fakt, że pewnie można to "dzieło" zinterpretować jakoś antypatriotycznie, jeśli jest się Czechem. Nie - to jest po protu brzydkie, więc zdjęcia nie wklejam:).


A tak poza tym to warto wpaść do kościoła św. Piotra i Pawła na Wyszehradzie. Świątynia była stosunkowo niedawno poważnie przebudowywana (przełom XIX i XX wieku), szczególnie spodobały mi się oryginalne - o ile się nie mylę secesyjne - malowidła na ścianach. Co za miła odmiana po tych wszystkich barokowych ołtarzach kościołów w centrum miasta!



Tyle o Pradze. Zresztą pewnie wszyscy już tam byli i to wszystko widzieli, oprócz mnie jak dotąd.

***

Nie miałam okazji wspomnieć o tym, jak bardzo mi przykro, że trzeci sezon "Penny Dreadful" był sezonem ostatnim:(. Zaczęłam to podejrzewać, kiedy zobaczyłam inną niż zwykle (ale świetną!) czołówkę ostatniego odcinka. Jak już kiedyś pisałam scenariusz wszystkich sezonów miał pewne (niekiedy poważne) wady, ale inne cechy serialu całkowicie je rekompensowały. Wątek Kalibana okazał się absolutnie fantastyczny i mam nadzieję, że Rory Kinnear otrzyma za tę rolę jakąś poważną nagrodę. Billie Piper również wywarła na mnie wrażenie - może ten serial sprawi, że będzie obsadzana nieco inaczej niż dotąd.


Uwaga: spoiler dot. "Gry o tron"!
A skoro już o serialach mowa, to wspomnę jeszcze, że nadrobiłam ostatnio dwa ostatnie sezony "Gry o tron". Nie żeby ciekawił mnie sam serial. Obejrzałam, bo dowiedziałam się, że produkcja HBO wyprzedziła pod względem fabularnym "Taniec ze smokami". Martin nie spieszy się jakoś z publikowaniem kolejnych tomów, ale przypuszczam, że również ten ostatni sezon opiera się w jakimś tam stopniu na jego wersji tej historii. Właśnie - w jakimś. Przed premierą wszyscy zastanawiali się, czy Jon Snow przeżyje. Byłam tego pewna, zastanawiałam się tylko, jak to się stanie. Stawiałam na to, że Jon - podobnie jak Arya - w ostatniej chwili zda sobie sprawę ze swojej zmiennoskórości i ją wykorzysta, ale scenarzyści zupełnie pominęli ten wątek - zresztą w przypadku obu postaci. Wielka szkoda. Zamiast wykorzystać oryginalny pomysł Martina, nasłali na Starkównę jakąś niewyżytą psychopatkę, właściwie nie wiadomo po co. Pod wpływem silnego, choć póki co utajonego lobby amatorów sadyzmu na ekranie?

A skoro już jestem przy teoriach spiskowych, to właśnie przyszła mi do głowy jeszcze jedna. Pamiętacie, z jaką prędkością przemieszczał się Varys w końcówce tego sezonu? Może chodziło o ukryte lokowanie produktu, mianowicie hyperloopa?

Bella Ramsey - objawienie sezonu

***

Na koniec jeszcze wspomnę o artykule Aleksandry Żelazińskiej w ostatniej "Polityce", w którym autorka porusza temat recenzji książek w internecie. Pozwolę sobie zacytować (pogrubienie - moje):
Wirtualne opinie publikowane na blogach, w mediach społecznościowych, serwisach branżowych (jak Lubimy Czytać i nieco starsza Biblionetka) i sklepach internetowych (jak Empik i Amazon) rządzą się własnymi regułami. Typowa recenzja internetowa ma zatem swoje stałe wytyczne gatunkowe. Powinna być krótka, ale wyczerpująca („Książka lekka, łatwa i przyjemna, w sam raz na weekend”), przeładowana emocjami („Wiśniewski ma wspaniałe i niebanalne pomysły na swoje książki. Tym razem znów nie zawiódł! Polecam!!!”), musi nawiązywać do prywatnych doświadczeń („Na końcu to już się zupełnie rozryczałam”). Jej autor nie zagłębia się w szczegóły i skąpi skomplikowanych analiz („Książki Grocholi czyta się dobrze, gdyż są dobrze napisane”). Z tych zasad wyłamują się piszący obszerniej blogerzy. O książkach coraz częściej gawędzą także youtuberzy, którzy poza fabułą doceniają fakturę papieru i estetykę okładki. 
Dalej jest m.in. o recenzjach na zamówienie, o blogerach, "których pozycja opiniotwórcza stale rośnie i którymi wydawcy coraz bardziej się interesują". Oczywiście.

Nuda. Nic się nie dzieje. W ogóle brak akcji jest. W blogosferze książkowej nigdy nie było jakichś wielkich kontrowersji czy arcyważnych przełomowych dyskusji, ale teraz to już zupełna posucha. A może się mylę?

***

A poza tym uważam, że wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 9 marca 2016 roku powinien zostać opublikowany.

2 komentarze:

  1. Na ospę chorowałam w wieku ośmiu lat i do dziś pamiętam to przeokropne swędzenie :)

    Dyskusje widuję o wiele rzadziej niż kłótnie i krytykowanie innych blogerów. Co do tego artykułu, to cóż, autorka najwidoczniej rzadko zagląda na blogi i serwisy książkowe. Z moich obserwacji wynika, że rozbudowaną, wartościową recenzję szybciej znajdę nie na blogu, ale na Biblionetce. Zresztą redaktor z Biblionetki nie przyjmuje do działu recenzji tworów recenzjopodobnych. Notki, których autor oznajmia radośnie, że „książki Grocholi czyta się dobrze, gdyż są dobrze napisane”, lądują albo w dziale Miscellanea, albo w Czytatniku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kłótnie i krytykowanie innych blogerów? Najwyraźniej coś mnie jednak omija albo czytam nie te blogi, co trzeba:). W krytykowaniu innych nie widzę niczego złego, oczywiście jeśli jest to krytyka niebezpodstawna. Gdyby wszyscy ze wszystkimi zawsze się zgadzali, to nadal mieszkalibyśmy w jaskiniach.

      Problem z artykułami o blogach książkowych polega na tym, że piszą je osoby, które blogerami książkowymi nie są, więc ich opinie na ten temat z zasady zawsze będą bardzo pobieżne. Kiedy takie osoby tworzą rankingi blogów, to też się można niejednokrotnie zadumać nad listą wyróżnionych, a przede wszystkim nad kryteriami, jakimi kieruje się jury (np. częstotliwość wpisów, jakby ilość albo wspomniana przez autorkę artykułu obszerność wpisów /recenzji wyznaczały jakość blogu).

      Aleksandra Żelazińska nie skupiała się w swoim tekście na blogerach, napisała przede wszystkim o tym, że coraz więcej osób szuka recenzji w internecie, a więc wydawcy i niekiedy sami autorzy (self-publishing) starają się, żeby potencjalni czytelnicy i klienci znaleźli w sieci recenzje jednoznacznie pozytywne, więc płacą za ich napisanie albo odwdzięczają się egzemplarzem recenzenckim:).


      W przytoczonym cytacie z artykułu pada stwierdzenie, że vlogerzy "poza fabułą doceniają fakturę papieru i estetykę okładki". Być może autorka ma na myśli to, co kiedyś rzuciło mi się w oczy, kiedy obejrzałam kilka vlogowych nagrań o książkach: występujące w nich osoby praktycznie przez całe nagranie trzymają w dłoni omawianą książkę/książki. Zastanawiam się, po co. W ogóle za vlogami jakoś nie przepadam, bo naprawdę tylko niewielki odsetek osób dobrze wypada przed kamerą. Nie wiem, co gorsze: brak ekspresji czy jej nadmiar?

      Usuń

"Błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie ubierają tego w słowa". Z drugiej strony lubię meandrujące dyskusje, więc komentarze nie na temat również są tu mile widziane;).