Impresje

sobota, 21 stycznia 2012

Kobieta w literaturze X

Nadprzyrodzone bluźnierstwa, ponad miarę ludzkie sprośności - lecz jeśli nie były one wystarczającymi dowodami diabelskiego opętania, jak się rzeczy miały z wygibasami mniszek, z ich wyczynami akrobatycznymi? Lewitację zacne siostrzyczki rychło wyłączyły ze swojego repertuaru, lecz jeśli nawet nigdy nie wzniosły się w powietrze, przynajmniej wyczyniały zdumiewające sztuki na posadzce. Niekiedy, pisze de Ninon: "przekładały nogi ponad głową w ten sposób, że wielkie palce stóp dotykały nosa. Inne znowuż potrafiły rozewrzeć nogi w obie strony tak szeroko, że gdy usiadły w tejże pozycji na posadzce, przylegały do niej arcyściśle ciałem. Jedna zaś z nich, matka przełożona, rozkładała je na tak nadzwyczajną długość, iż odległość pomiędzy wielkimi palcami każdej z obu kończyn osiągała bodaj i siedem stóp, choć ona sama mierzyła zaledwie cztery stopy wzrostu". Kiedy czytamy takie relacje o wyczynach zakonnic, nasuwa się nieuchronna konkluzja, iż kobieca dusza w tej samej mierze co naturaliter Christiana jest również naturaliter mażoretką. Jeśli chodzi o Wieczną Kobiecość, upodobanie do akrobacji i ekshibicjonizmu wydaje się integralną jej cechą chwilowo uśpioną, by przy pierwszej okazji objawić się w postaci przerzutów oraz salt do tyłu. W przypadku osób należących do zakonów kontemplacyjnych o ścisłej regule, takie okazje nie zdarzają się jednak często. Dopiero siedem diabłów wespół z kanonikiem Mignonem doprowadziło do zaistnienia okoliczności, w których wreszcie soeur Jeanne mogła zrobić szpagat.
   Tego, że zakonnice czerpały głębokie zadowolenie z tej gimnastyki, dowodzą słowa de Ninona, iż całymi miesiącami "diabły zadawały im katusze dwa razy dziennie", lecz one same nie doznały żadnego uszczerbku na zdrowiu. Wprost przeciwnie: "te, które były dość wątłej postury, wydawały się zdrowsze aniżeli przed opętaniem". Utajone mażoretki, tancerki kabaretowe in posse otrzymały teraz pełną swobodę, no i po raz pierwszy w życiu nieszczęsne dziewczęta niemające powołania do modlitw były naprawdę szczęśliwe.
   Niestety, nie była to pełnia szczęścia. Przerywały je bowiem i stany przytomności. Od czasu do czasu do świadomości  mniszek docierało, co z nimi robią, jak również to, jak bardzo one same krzywdzą nieszczęśliwego człowieka, którego wszystkie - w swojej obłąkanej wyobraźni - były kochankami. [str. 252-253]
***
   Dnia 29 listopada demon błazenady wreszcie odszedł. Wśród widzów znajdowało się tamtego dnia dwóch Anglików: Walter Montague, syn pierwszego hrabiego Manchesteru, a zarazem świeżo upieczony katolik o właściwiej wszystkim konwertytom woli-wierzenia-absolutnie-we-wszystko, oraz jego przyjaciel i protegowany Thomas Killigrew, przyszły dramaturg. Kilka dni po tym wydarzeniu Killigrew napisał do przyjaciela w Anglii długi list, w którym zawarł relację z tego, co widział w Loudun. Wrażenia, jak stwierdził, "przerosły jego oczekiwania". Odwiedzając kolejno kaplice przy kościele klasztornym, widział pierwszego dnia swojej wizyty cztery lub pięć opętanych klęczących w ciszy i skupieniu i modlących się; za każdą z nich stał egzorcysta, trzymając w dłoni koniec powroza, którego drugi koniec był zawiązany na szyi zakonnicy. Do tego powroza przymocowano niewielkie krzyżyki, całe zaś sprokurowane w ten sposób utensylium pełniło rolę smyczy służącej w pewnym, niewielkim stopniu do poskramiania diablich szaleństw. Tymczasem jednak panowała cisza i spokój, tak że: "widziałem tylko klęczenie". Jednak w przeciągu pół godziny dwie mniszki zaczęły wyprawiać harce. Pierwsza usiłowała dusić jakiegoś zakonnika, druga zaś objęła za szyję przydzielonego sobie egzorcystę i próbowała go pocałować. Przez cały czas zza okratowania oddzielającego wnętrze kościoła od konwentu dobiegał skowyt. Następnie Walter Montague wezwał młodzieńca, żeby przekonał się naocznie, że diabły potrafią czytać w ludzkich myślach. Z konwertytą demon poradził sobie sprawnie, z Killigrewem poszło mu jednak już gorzej. [...]
   Następnie poddano egzorcyzmom maleńką i ładniutką siostrę Agnes. Odnośną relację Killigrewa zawarłem w jednym wcześniejszych rozdziałów. Widok tej delikatnej istotki przytrzymywanej w pozycji leżącej przez dwóch krzepkich wieśniaków, podczas gdy egzorcysta triumfująco stawiał stopę najpierw na jej piersiach, a potem na śnieżnobiałej szyi, wypełnił młodej rojalistę zgrozą i obrzydzeniem. [str. 332]

Tytuł: Diabły z Loudun (The Devils of Loudun)
Pierwsze wydanie: 1952
Autor: Aldous Huxley
Tłumaczenie: Bartłomiej Zborski
Wydawnictwo: PIW 2010

8 komentarzy:

  1. Świetne kawałki. Omne mi w zupełności wystarczą, aby rozejrzeć się za książką

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wielkie, wielkie gratulacje - pomysł na cykl świetny! Ja także prowadzę teraz cykl o kobietach w literaturze, choć w nieco innej formie. Jednak będę czytała twój i na pewno czerpała inspirację do swoich tekstów. Dziękuję!!

      Usuń
    2. Dzięki:). Z kolei ja będę śledziła Twoje wpisy:).

      Usuń
  2. ohohoho jak to wszystko brzmi, aż skóra cierpnie ;) Mniszki i demony - szok! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te cytaty nie oddają w pełni charakteru tej książki. Huxley sporo miejsca poświęca analizie poglądów mieszkańców siedemnastowiecznego Loudun,zagadnieniom religijnym i psychologicznym dygresjom. Napiszę o tym wkrótce:).

      Usuń
  3. Ciekawe i zachęcające do przeczytania całości cytaty. Zapisałem sobie w kajeciku tytuł, nie słyszałem dotąd o tej książce Huxleya, i rozpoczynam polowanie, na książkę, nie na demony:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta książka dopiero niedawno została przetłumaczona na nasz język, ale kiedy się ukazała, sporo się o niej pisało. Większość, w tym do niedawna i ja, kojarzy Huxleya tylko z "Nowym wspaniałym światem", tymczasem ma on na swoim koncie sporo baaardzo różnego rodzaju publikacji.

      Usuń
  4. :) to musi być chyba dosć ciężka lektura..

    OdpowiedzUsuń

"Błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie ubierają tego w słowa". Z drugiej strony lubię meandrujące dyskusje, więc komentarze nie na temat również są tu mile widziane;).