Impresje

czwartek, 10 stycznia 2019

Książki, których nie opisałam

W ubiegłym roku czytałam przede wszystkim literaturę faktu i popularnonaukową, znacznie rzadziej sięgałam po literaturę piękną albo czysto rozrywkową. Fabuły jakoś mnie nie przyciągały, może to kwestia przesytu. Chciałabym jednak krótko wspomnieć o kilku książkach, o których na blogu nie napisałam, bo bezpośrednio po lekturze nie mogłam się zdobyć na dłuższy tekst, z różnych względów.


Tytuł: Pod klątwą. Społeczny portret pogromu kieleckiego
Autorka: Joanna Tokarska-Bakir
Wydawnictwo: Czarna Owca
ISBN: tom I 978-83-7554-936-2, tom II 978-83-8015-851-1
Stron: tom I 768, tom II 808

Największe wrażenie wywarła na mnie praca Joanny Tokarskiej-Bakir pt. "Pod klątwą. Społeczny portret pogromu kieleckiego". Oczywiście o pogromie kieleckim przed tą lekturą słyszałam to i owo, ale teraz znam szeroki kontekst tych wydarzeń. Opowieść autorki jest bardzo szczegółowa, to nie tylko relacja z tamtych lipcowych dni, ale również sylwetki uczestników wydarzeń (ofiar, sprawców, świadków, urzędników), a tym samym portret ówczesnych Kielc. Tym cenniejszy, że często społeczeństwo powojenne przedstawia się w czarno-białych barwach: komuniści vs uciśniony naród, a tu dzięki detalom otrzymujemy portret bardziej zniuansowany.

Wiele rzeczy, o których napisała autorka, bardzo mnie zaskoczyło. Przede wszystkim to, że siły porządkowe potrzebowały tylu godzin, żeby rozgonić tłum i powstrzymać falę okrucieństwa. Atakowano i mordowano Żydów nie tylko na Plantach 7, ale i w innych rejonach Kielc, a nawet w pociągach, które tego dnia przejeżdżały przez miasto. Nie miałam też wcześniej pojęcia, że w siłach tych, w wojsku, milicji czy UB, zatrudnienie znalazły również osoby, które przed wojną i w jej trakcie nie miały absolutnie nic wspólnego z komunizmem czy nawet socjalizmem, za to bardzo dużo z prawicowym nacjonalizmem. I że tego rodzaju inklinacje mogły zadecydować o opieszałości, z jaką siły te zareagowały na mordowanie Żydów. Zaskoczyła mnie również szybkość, z jaką informacje rozchodziły się wśród mieszkańców miasta - kiedy tylko ludzie zauważyli, że dzieje się coś nietypowego, po prostu podchodzili i pytali, o co chodzi. Niektórych nawet nie trzeba było nagabywać, bo sami rozgłaszali plotki, gdzie tylko mogli. Dlatego w pogromie mogło wziąć udział tyle osób.

Książka nie jest łatwa w odbiorze, o ile czytelnik nie jest szczególnie zainteresowany tą tematyką. Zwłaszcza czytanie drugiego tomu może się wydawać dość żmudne, bo zawiera on głównie zapis zeznań świadków, oskarżonych i ofiar, a niektórzy byli przesłuchiwaniu kilka razy, więc kilka razy czytamy mniej więcej to samo.

Nie wiem, czy to wynikało z liczby i sposobu podania wielu detali, czy z mojego nastawienia do tej historii, ale w czasie lektury czułam się, jakbym ja sama stała w tłumie na Plantach i obserwowała tę tragedię. Nie twierdzę, że to jest najbardziej wstrząsająca książka, jaką przeczytałam, w końcu choćby w szkole sporo czytało się o Holocauście, ale obozy i getta powstawały w czasie wojny i z inicjatywy innych nacji, natomiast pogrom w Kielcach wydarzył się ponad rok po zakończeniu II wojny światowej i był niestety "dziełem" czysto polskim.


Tytuł: Religie dawnych Słowian
Autor: Dariusz Andrzej Sikorski
Wydawnictwo Poznańskie
ISBN: 978-83-7976-036-7
Stron: 352

Inna ciekawa książka, o której chciałabym tutaj wspomnieć, to "Religie dawnych Słowian" Dariusza Andrzeja Sikorskiego. Tytuł sugeruje, że w środku znajdziemy zarys mitologii słowiańskiej (albo słowiańskich?), a okładka każe nam oczekiwać dzieła o druidach. W rzeczywistości jest to praca o tym, że większość naukowców, którzy piszą o wierzeniach dawnych Słowian, to niedouczeni dyletanci. Takie stwierdzenie oczywiście w książce wprost nie pada, autor ujmuje to następująco:
Chciałbym mianowicie pokazać czytelnikowi, w jaki sposób badacze wierzeń Słowian dochodzą do ustaleń, które przedstawiają w swoich opracowaniach w postaci zestawu gotowych twierdzeń w kwestiach szczegółowych czy całościowych obrazów zagadnienia. Skąd czerpią swoją wiedzę, do jakich metod badawczych sięgają oraz do jakich źródeł się odwołują, starając zbliżyć się do poznania słowiańskich wierzeń w możliwie najpełniejszy sposób. Ponadto będę starał się pokazać pułapki, w jakie wpadają badacze podczas swoich poszukiwań, oddalające ich od celu: poznania przedchrześcijańskich religii Słowian. [str. 10]
W tego rodzaju pułapkę wpadli na pewno uczeni, którzy kamienne wały na Świętym Krzyżu (autor używa nazwy Łysiec, ale ja posługuję się lokalną nomenklaturą) i inne tego rodzaju znajdujące się w tej okolicy uznali za budowle o znaczeniu kultowym, podczas gdy żadne znane źródło ani badania archeologiczne nie przemawiają za tym, że taką funkcję owe wały rzeczywiście pełniły i że w ogóle pochodzą z czasów przedchrześcijańskich. No proszę. Nie wiem, jak to teraz wygląda, ale kiedy byłam tam jeszcze pięć lat temu, to odpowiednia tabliczka informowała, że owe wały są "dowodem istnienia na Łysej Górze we wczesnym średniowieczu kultu pogańskiego".

Na marginesie chciałabym zauważyć, że w omawianej książce dwukrotnie (na str. 126 i 190) mowa jest o miejscowości Nowa Sól, która miałaby się znajdować w pobliżu Świętego Krzyża. No cóż, mnie się wydaje, że autorowi chodziło raczej o Nową Słupię. Może to zresztą pomyłka pracownika wydawnictwa, a nie autora, bo w Poznańskim nie takie rzeczy się zdarzają...

Książka profesora Sikorskiego stała się dla mnie źródłem wielu ciekawych informacji. Wiem, że większości specjalistów czy hobbystów one wcale nie zaskakują, ale ja jestem zupełną ignorantką:).
Zastanawiałam się na przykład niedawno, czy netfliksowy "Wiedźmin" będzie miał ten lokalny, środkowoeuropejski koloryt (i słownictwo) obecny w książce i czy np. Geralt będzie walczył ze słowiańską strzygą, a tu się okazuje, że nazwa "strzyga" pochodzi z języka greckiego (striks), a Słowianie przejęli wyobrażenie tego potwora od greckojęzycznej ludności Bałkanów. Szok i niedowierzanie:).
Kolejna rewelacja: posąg Światowida ze Zbrucza prezentowany obecnie w krakowskim Muzeum Archeologicznym wcale niekoniecznie przedstawia wspomniane bóstwo albo w ogóle jakiekolwiek, może nie mieć nic wspólnego z kulturą słowiańską, zresztą nawet wiek znaleziska nie jest wcale pewny, może pochodzić nawet z XIX wieku.

Podzielam sceptycyzm autora odnośnie do pojęcia kultowości, czyli terminu pełniącego funkcję "pojęciowego wytrychu, pozwalającego uniknąć podania przez archeologa konkretnych argumentów za sakralną interpretacją poza tym, że jest to obiekt nietypowy lub podobny do innych, też nietypowych. Pozwala to również uchylić się od odpowiedzi na kłopotliwe pytanie, czym to coś (obiekt, przedmiot) w takim razie jest" (str. 170). Tak się złożyło, że w sierpniu zwiedzaliśmy okolice Poznania i Torunia. W Strzelnie przed kościołem widziałam kilka głazów, sporych, owszem, ale mogących być właściwie czymkolwiek, którym jednak przypisano funkcję pogańskich ołtarzy, a jeden ma być związany ze św. Wojciechem. Oczywiście możliwe, że składano na nich ofiary, ale myślę, że w przypadku obiektów sprzed tysiąca lat naprawdę trudno o tak jednoznaczną interpretację.

Książka profesora Sikorskiego naprawdę daje do myślenia i liczę na rozwinięcie tematu w kolejnych publikacjach popularnonaukowych (podejrzewam, że przez naukowe mogłabym nie przebrnąć).

***

Teraz trzy pozycje o kobietach. Żadna z nich nie jest powieścią, ale każdą z nich przeczytałam z ogromnym zainteresowaniem.

Tytuł: Służące od wszystkiego
Autorka: Joanna Kuciel-Frydryszak
Wydawnictwo: Marginesy
ISBN: 978-83-65973-81-8
Stron: 416


"Służące od wszystkiego" Joanny Kuciel-Frydryszak to opowieść o losach młodych dziewczyn i kobiet, które zdecydowały się lub zostały zmuszone przez okoliczności do podjęcia pracy w charakterze pomocy domowej. Panie płaciły im bardzo mało, ale wymagania miały niebotyczne. Służąca od wszystkiego sprzątała, prała, gotowała, robiła zakupy, od świtu do nocy musiała być na każde zawołanie. Dosłownie na każde, i to nie tylko pani domu, ale często również pana albo panicza. Absolutnie nic nie chroniło jej przed wykorzystywaniem seksualnym czy innego rodzaju przemocą. Znosiła to w milczeniu, bo alternatywą mogła być utrata pracy, złe referencje i konieczność szukania zarobku na ulicy.

Oczywiście, zdarzało się, że służące traktowano odpowiednio, niektóre stawały się niemal częścią rodziny i były wobec pracodawców niezwykle lojalne, najczęściej jednak uważano je za popychadła i niemal niewolnice.

W 1920 roku powstał projekt ustawy, który mógł zrewolucjonizować sytuację służby domowej w Polsce. Zakładał on m.in., że służąca może pracować maksymalnie 12 godzin dziennie (!), w ciągu dnia powinna mieć zagwarantowaną przerwę, po roku służby należeć jej się będzie urlop, umowa z pracodawcą powinna mieć formę pisemną i zawierać zakres obowiązków, a dodatkowe czynności miały być dodatkowo płatne, nie wolno będzie nakazać służącej noszenia zbyt wielkich ciężarów... Głosami większości sejmowej skierowano projekt do komisji, z której już nie wypłynął. Stało się tak m.in. wskutek sprzeciwu ludowców, którzy obawiali się, że gdyby taka ustawa została przyjęta, to i zatrudniani przez nich robotnicy rolni zaczęliby mieć takie prawa i roszczenia.

Do 1939 roku sytuacja służących niewiele się poprawiła, stało się to dopiero po wojnie, w nowym ustroju, w którym zresztą zapotrzebowanie na "Marysie" bardzo zdecydowanie spadło. Młodzież z prowincji i biednych rodzin dostała szansę kształcenia się i zdobycia konkretnego zawodu, nie była już zdana na łaskę stręczycieli i jaśniepaństwa. Po transformacji wróciło niestety traktowanie pracowników i podwładnych jak niewolników, jak roboty zdane na łaskę szefa czy kierowniczki, mimo że spora część tych nowobogackich to potomkowie pańszczyźnianych chłopów i  wykorzystywanych Maryś. Najwyraźniej nie chcą jednak o tym pamiętać.


Tytuł: Kobiecy świat w czasach Augusta II. Studia nad mentalnością kobiet z kręgów szlacheckich
Autorka: Bożena Popiołek
Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie
ISBN: 978-83-8084-114-7
Stron: 452

Podczas ubiegłorocznych targów w Krakowie zainteresowała mnie m.in. książka "Kobiecy świat w czasach Augusta II. Studia nad mentalnością kobiet z kręgów szlacheckich" Bożeny Popiołek. Wypatrzyłam tę pozycję na stoisku Uniwersytetu Pedagogicznego, a na stoisku Uniwersytetu Mikołaja Kopernika kupiłam "Kobiece dwudziestolecie 1918-1939", ale jeszcze nie przeczytałam, więc tak się tylko chwalę:).

Granica między literaturą naukową i popularnonaukową bywa czasami dość cienka, ale ta książka zalicza się zdecydowanie do tej pierwszej kategorii, o czym może świadczyć fakt, że cytaty w języku francuskim czy łacińskim nie są przetłumaczone;). Właściwie to niektóre fragmenty listów pisanych teoretycznie w języku polskim, ale tym z przełomu siedemnastego i osiemnastego wieku, też warto by było przełożyć, bo zdarzają się zdania zupełnie niezrozumiałe.

Badania prof. Popiołek dotyczyły głównie pań żyjących w latach 1670-1750 i opierały się przede wszystkim na dokumentach tworzonych przez same kobiety lub z ich udziałem: listach, zwłaszcza tych pisanych w sprawach prywatnych, ale też ekonomicznych i publicznych, testamentach, sylwach, zeznaniach sądowych, dokumentach pobożnych fundacji. Generalnie autorka zauważa, że mimo formalnie słabszej pozycji kobiet na gruncie prawnym, politycznym i społecznym, zdarzały się panie, które zarządzały swoimi majętnościami, miały swoją klientelę, decydowały o wychowaniu i wykształceniu dzieci, również synów, snuły i przeprowadzały polityczne intrygi. Oczywiście dotyczyło to tylko tych najzamożniejszych kobiet, ubogie szlachcianki nie zawsze umiały nawet czytać i pisać.

Autorka przedstawia stosunek ówczesnych kobiet do religii, kościoła, opisuje formy ich pobożności - deklarowanej i praktycznej. Omawia również wyznawane przez nie wartości, a także to, jak kobiety baroku postrzegały otaczający je świat. Dla większości tamtych pań najważniejsza była rodzina, również ze względów ekonomicznych, bo koneksje miały wtedy ogromny wpływ na znaczenie jednostki i na możliwości awansu.

Generalnie sytuacja barokowych szlachcianek była trudna i tym trudniejsza, im były uboższe. Majętności były często pustoszone przez kolejne wojny, w małżeństwach aranżowanych przez rodzinę trudno było znaleźć szczęście, stan medycyny był fatalny, więc śmiertelność wśród matek i dzieci była bardzo duża, stale trzeba było zabiegać o karierę synów i odpowiedni mariaż dla córek. Z drugiej strony panie coraz częściej podróżowały, były ciekawe wiadomości ze świata, miały swoje pasje.

Książka prof. Popiołek okazała się niezłym wstępem do lektury "Silva rerum" Kristiny Sabaliauskaitė, bo dzięki niej dowiedziałam się już wcześniej, co w ogóle oznacza tytułowy zwrot, ale również inne, np. pompa funebris czy castrum doloris. Znaczenie frazy ars moriendi poznałam za to w sierpniu w Gnieźnie, gdzie w Muzeum Archidiecezji widziałam obraz, który dokładnie to wyjaśniał.


Tytuł: Epoka milczenia
Autor: Kamil Janicki
Wydawnictwo: Znak Horyzont
ISBN: 978-83-240-4210-4
Stron: 400

Kolejna pozycja, o której chciałabym tu wspomnieć, to "Epoka milczenia" Kamila Janickiego. Idealna lektura na jakiś senny dzień i niskie ciśnienie - podnosi je od razu. Nie wiem, czy był to przypadek, że książka ukazała się w 2018 roku, w którym świętowaliśmy stulecie odzyskania niepodległości, ale dobrze wpisała się w tę rocznicę - choć generalnie celem autora była nie tyle celebracja, ile odbrązowienie dwudziestolecia międzywojennego. Niestety odrodzone państwo nie zatroszczyło się odpowiednio o dobrobyt i bezpieczeństwo wszystkich swoich obywateli i nie zawsze swoją bierność mogło wytłumaczyć pustkami w budżecie.

Odnoszę wrażenie, że ludzi ubogich, niewykształconych pozostawiono po prostu samym sobie. Nie mieli absolutnie żadnych szans w starciu z urzędnikami, służbami porządkowymi, wojskowymi albo obywatelami zamożniejszymi od nich. Świadczy o tym choćby zamrożenie ustawy o służbie domowej, o której pisałam powyżej, zresztą dowodów jest bez liku. Kamil Janicki znalazł ich mnóstwo w danych statystycznych  z tamtych lat, a także w wyrokach sądowych, podręcznikach prawa i komentarzach do ustaw, a przede wszystkim w prasie.

Pod górkę, jak zawsze, miały przede wszystkim kobiety. Owszem, wywalczyły prawa wyborcze, ale innych praw miały niewiele. Gwałty były na porządku dziennym, ale w statystykach odnotowywano je rzadko, bo rzadko zapadały wyroki skazujące - w całym 1924 roku w Łodzi skazano dwóch gwałcicieli, w Poznaniu żadnego, w Krakowie sześciu. Było to przestępstwo ścigane tylko na wniosek pokrzywdzonej i robiono wszystko, żeby kobiety zniechęcić do zawiadamiania policji. Jeśli jednak któraś odważyła się zeznawać, to wiązało się to dla niej z serią upokorzeń i osławieniem w prasie, w której publikowano wszystkie szczegóły.
W 1924 roku w Łodzi informowano, że "zamieszkała przy ulicy Zielonej nr 40 Maria Myszkowska zameldowała policji, że niejaki Horotowicz, zam. przy ul. 28-go pułku Strzelców Kaniowskich Nr. 26 wyprowadził jej 15-letnią córkę Anielę do wsi Rokicice i tam dokonał na jej osobie gwałtu. (str. 47-48)
Podanie do publicznej wiadomości danych ofiary skazywało ją na szykany, pośmiewisko i wyzwiska, natomiast domniemanemu sprawcy nie przynosiło żadnej szkody. Poza tym gwałt bardzo trudno było udowodnić, skoro eksperci mieli takie poglądy:
Jeśli kobieta miała nieszczęście paść ofiarą gwałtu na ulicach Warszawy - i jeśli jej sprawa trafiła na wokandę sądu - niemal nieuniknione stawało się jej spotkanie z profesorem Wiktorem Grzywo-Dąbrowskim. To była prawdziwa sława w świecie łowców zbrodni. (...) Od 1917 roku pracował w Warszawie, również jako biegły sądowy w sprawach o przestępstwa seksualne. Przeprowadził badania pięciuset kobiet twierdzących, że zostały zgwałcone. Widział sińce na ich udach, ślady paznokci wbitych w skórę, a nawet otwarte rany zadawane przez szczególnie brutalnych napastników. Traumatyczne doświadczenia ofiar wykorzystał, pisząc Zarys Medycyny Sądowej. Książkę, z której będzie się uczyć całe pokolenie lekarzy i prawników.
   Praca ukazała się w roku 1924 i Grzywo-Dąbrowski zadał w niej to samo pytanie co Paweł Horoszowski dekadę później. "Czy kobieta, która rzeczywiście nie chce się oddać mężczyźnie, może się obronić? Innymi słowy, czy mężczyzna o średniej sile będzie mógł zgwałcić kobietę, o ile ona chce się obronić?" - indagował samego siebie. I podobnie jak młodszy kolega po fachu, nie miał żadnych wątpliwości co do poprawnej odpowiedzi. "Wydaje nam się mało prawdopodobna możność takiego zgwałcenia, o ile dotyczy to osoby, która już poprzednio miewała stosunki płciowe" - zawyrokował. (str. 28-29)
Nóż się w kieszeni otwiera, a właściwie maczeta. Po lekturze książki Kamila Janickiego w mojej wyobraźni utrwalił się obraz II RP jako cuchnącego rynsztoka, do którego zepchnięto zdecydowaną większość społeczeństwa. Autor dużo miejsca poświęcił kobietom, ale nie tylko one musiały się tam taplać. Fragmenty o wykorzystywaniu seksualnym dzieci są naprawdę... ohydne. W więzieniach również było to zjawisko powszechne. Handlowano żywym towarem, a po ulicach grasowali wszelkiego rodzaju dewianci - tak jak chyba w całej historii ludzkości.

Myślę, że tytułowe określenie dwudziestolecia jako epoki milczenia jest bardzo trafne. Przestępczość była bardzo wysoka, ale prawodawcy jakby tego nie dostrzegali, mimo że brukowa prasa codziennie dostarczała na to dowody. Kamil Janicki słusznie porównuje tamtą epokę z czasami współczesnymi. Pewne rzeczy się nie zmieniają, o czym przekonuje nas niedawna afera związana z ustawą antyprzemocową, wybuch akcji #MeToo, wciąż powszechne przekonanie, że gwałt można usprawiedliwić ubiorem kobiety, lekceważenie reprodukcyjnych praw kobiet, wprowadzanie klauzul sumienia do kolejnych zawodów itd. Kobiety w Polsce (i nie tylko) nadal mają przechlapane. To niesamowite, że mimo upływu stu lat wciąż dyskutujemy na te same tematy.

Kamyczek do ogródka autora: na stronie 187 zarzuca Boyowi, że nawoływał do przymusowego kastrowania niepełnosprawnych. Wydało mi się to nieco dziwne, więc sprawdziłam u źródła (Nieco pedagogii) i sądzę, że Kamil Janicki niewłaściwie zinterpretował ten fragment, w którym - moim zdaniem - Boy przedstawiał tylko cudze tezy. Z kolei słusznie piętnuje autor  oburzenie Boya projektem ustawy, zgodnie z którym za "czyny nierządne" z osobą poniżej siedemnastego roku życia grozić miało do pięciu lat więzienia ("Czyny nierządne i niektóre inne"). Zresztą w tym ostatnim felietonie Boy rozważa również inny aspekt projektowanej ustawy, o którym Janicki akurat nie pisze, ale myślę, że warto go przytoczyć:
Ze wzruszeniem zaglądam do rozdziału XXXII Nierząd:
Art. 199, § 1: „Kto dopuszcza się czynu nierządnego względem innej osoby bez jej wyraźnego lub dorozumianego zezwolenia, ulega karze więzienia lub aresztu do lat dwóch. Ściganie na wniosek pokrzywdzonego”. 

(...) Co to znaczy „bez jej wyraźnego zezwolenia”? Czy pp. prawodawcy widzieli kobietę (poza biedną prostytutką), która by dała kiedy „wyraźne zezwolenie”? Czy sama natura nie wprowadziła, nawet u zwierząt, w grę miłosną wzbraniania się samiczki jako środka mającego doprowadzić akt płciowy do pożądanej temperatury? Gdyby pp. prawodawcy — o ile nie mają osobistych doświadczeń w tej mierze — czytali bodaj Uwiedzioną Boya albo pierwszą pieśń Don Juana Byrona („I szepcąc nie pozwolę, pozwoliła”), nie popełniliby tej omyłki. A „zezwolenie dorozumiane”? Jak, przez kogo? Kto to ma oceniać? Pan sędzia? Trzeba by przed nim chyba odegrać całą scenę! Faktem jest, że tego rodzaju paragraf służyć może jedynie do nadużyć lub do ośmieszania powagi sądu. Wystarcza tu zupełnie § 1 art. 202: „Kto przemocą i groźbą albo podstępem doprowadza inną osobę” itd. — za co mu kropią pp. prawodawcy 10 lat więzienia. Niech i tak będzie; gwałt to jest rzecz brzydka, „podstęp” już bardziej wątpliwa; ale owe „czyny nierządne bez wyraźnego lub dorozumianego zezwolenia” — to jest farsa. 
W Szwecji tego rodzaju przepisy uchwalono właśnie w ubiegłym roku. Bo gwałt to naprawdę  jest rzecz brzydka i nie podoba mi się powoływanie się w tym kontekście na naturę, skoro w tej sytuacji człowiek powinien kierować się raczej kulturą, szeroko rozumianą.

***

Właściwie o każdej z tych książek powinnam stworzyć dłuższy tekst, ale cieszę się, że udało mi się napisać choć tyle, a to dzięki temu, że mam w mieszkaniu coś w rodzaju remontu, a w dodatku infekcję gardła, więc siedzę sobie w pokoju, wsłuchuję się w odgłosy skuwania i docinania płytek i biorę leki, które działają, ale bardzo krótko:(.

Dopiero po opisaniu wszystkich tych książek zdałam sobie sprawę, że każda z nich ma polskiego autora lub autorkę. Wcześniej się nad tym nie zastanawiałam, bo narodowość autora to nie jest kryterium, którym kieruję się przy wyborze lektur. Oby tylko polskie wydawnictwa zechciały wreszcie zainwestować w lepszą korektę i redakcję...


***
A poza tym uważam, że osoby odpowiedzialne za demolowanie polskiego systemu prawnego, politycznego, finansowego i społecznego powinny trafić co najmniej przed Trybunał Stanu. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

"Błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie ubierają tego w słowa". Z drugiej strony lubię meandrujące dyskusje, więc komentarze nie na temat również są tu mile widziane;).