Impresje

środa, 13 czerwca 2018

Kobieta w literaturze LV

Źródło: "Pod klątwą. Społeczny portret pogromu kieleckiego. Tom 2. Dokumenty", Wydawnictwo Czarna Owca 2018, str. 625-627.

9.2. Ida Gerstman, podróżująca pociągiem, 11/7/1946

Źródło: Archiwum ŻIH, Relacje, sygn. 301/4567


   Kraków, 11 VII 1946 r.
   Ida Gerstman, ur. 23 VIII 1923 w Komarnie k. Lwowa, córka Jakuba i Sabiny z Heislerów. Przed wojną mieszkała we Lwowie, Gródecka 99. Obecnie Kraków, Wiślisko 15 m. 7. Okupację przeżyła we Lwowie i w Krakowie na papierach aryjskich.
   Protokołowała M. Holender

   Do Kielc przyjechałam we wtorek 2 VII wieczorem. We środę do godziny 9-ej rano panował zupełny spokój. O godzinie 9-ej rano [4 lipca] słyszałam w urzędzie hipotecznym, od znajomego Żyda, że tłum otoczył dom na Plantach 7, gdzie mieścił się Komitet Żydowski, kibuc i gdzie mieszkali repatrianci powracający z Rosji. W tymże urzędzie mówili Polacy, że Żydzi w swojej obronie rzucali na ludność granatami. Urzędnik niejednokrotnie wyganiał mnie i kilku Żydów, między innymi Marka Kaunera (Kraków, Wybickiego 48 m. 3; obecnie ciężko ranny w szpitalu; wskutek ekscesów w Kielcach, w szpitalu w Łodzi). Prosiłam go, by mi pozwolił schować się pod ławką, ale to było bezskuteczne, ponieważ twierdzili, że kończą urzędowanie i musimy wyjść. A mogli przy dobrej woli nas zamknąć w biurze i w ten sposób uratowaliby wielu Żydów. Nie pomogły prośby. O 2.30 kierownik wygonił nas, byśmy poszli, bo jeszcze nas kto tu zobaczy. Bałam się bardzo wyjść na ulicę, ponieważ słyszałam, że napadają na Żydów i mordują. Ale nie miałam innego wyjścia. Na ulicach widziałam, jak bito Żydów i kopano nogami. Postanowiłam z moim znajomym, który w tymże dniu przyjechał do Krakowa, Markiem Kaunerem, dojść do następnej stacji, by ominąć napady uliczne. Kauner szedł przede mną z aryjczykiem, który go chciał ratować, a ja postępowałam za nimi o parę kroków w tyle. 

   Usłyszałam głos kobiety: „Łapać, bo Żyd idzie”. To podchwycił tłum: kobiety i mężczyźni, dwóch na rowerach, rzucili się w pogoń za uciekającymi w zboże. Zaczęli bić i kopać Kaunera i nieznajomego Polaka, który go prowadził. Ja [w] międzyczasie uciekłam i ukryłam się w zbożu, gdzie pozostałam dwie noce i jeden dzień. Potem wybrałam się w dalszą drogę.
   Dotarłam do Słowik o godz. 5-tej nad ranem. Przy stacji słyszałam, jak jedna z bab mówiła: "Jadę w drogę, zabieram nóż, jak złapię Żyda lub Żydówkę, będę krajać z niego kawałki mięsa i solić". Kupiłam bilet i wsiadłam do pociągu, szczęśliwa, że mnie nikt nie rozpoznał. W pociągu zauważyłam, że obserwują mnie. Jedna z kobiet wskazała na mnie: "to jest Żydówica parszywa, wrzucić ją pod pociąg". Na to druga: "Oddamy ją na następnej stacji na milicję – niech ją zastrzelą". Przy następnej stacji kobiety chwyciły mnie za głowę i za nogi i ciągnęły mnie na tor, by mnie rzucić pod pociąg. Prosiłam, by mi życie darowały, na co odpowiedziały, że jestem Żydówką, więc muszę konać. Dzieci zaczęły mnie obrzucać kamieniami. Prosiłam kolejarza, by mnie zastrzelił, bo nie mogę się tak męczyć, odpowiedział: "Lekką śmiercią chcesz konać, pomału, jeszcze się trochę pomęczysz". Na szczęście przechodził milicjant, rozkazał mnie puścić, z tym, że sam zrobi ze mną porządek. Puścili mnie, a milicjant zażądał, bym mu dała na piwo. Oddałam ostatnie 500 zł. Puścił mnie wolno. Wsiadłam do pociągu i znowu baby mnie rozpoznały i oddały na milicję z krzykiem: "Zamordować Żydówicę". Milicjant kolejowy zaprowadził mnie do kolejowego więzienia. To było w Jędrzejowie. Zaprowadzono mnie do celi, gdzie przyprowadzono jednego Żyda, którego również ściągnięto z pociągu po stwierdzeniu, że jest Żydem. W moich oczach milicjant go kopał, a cywil w kancelarii bił go w twarz. Przez otwarte okno grupa dzieci rzucała w nas kamieniami, krzycząc, że chcą nas ukamienować. Młoda dziewczyna w płaszczyku szkolnym krzyczała: "Wyłaź spod łóżka, to cię ukamienujemy, skończyły się te wasze dobre czasy, musicie wszyscy teraz konać za naszą krew. Hitlerowi postawimy złoty pomnik i prosimy nadal Boga, by powstał nowo narodzony Hitler". W końcu wyprowadzono nas z więzienia kolejowego z tym, że nas milicjant zastrzeli poza więzieniem. Wreszcie milicjant dał się ubłagać i zaprowadził mnie na Milicję Obywatelską w Jędrzejowie, gdzie po sprawdzeniu dokumentów, wypuszczono nas na wolność. Lecz ja zostałam na milicji 2 dni, ponieważ bałam się po tylu przeżyciach wyjść znowu na ulicę w obawie przed dalszym rozpoznaniem przez rozbestwiony tłum. Po dwóch dniach wróciłam autem do Krakowa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

"Błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie ubierają tego w słowa". Z drugiej strony lubię meandrujące dyskusje, więc komentarze nie na temat również są tu mile widziane;).