Impresje

czwartek, 10 lipca 2014

LISTY

Tytuł: Listy
Pierwsze wydanie: 2014
Autor: Marek Hłasko
Wybór, opracowanie i wstęp: Andrzej Czyżewski
Tłumaczenie: Joanna Preizner, Małgorzata Wolf

Wydawnictwo: Agora
ISBN: 9788326813511
Stron:592



Być może znajomości z autorem nie powinno się zaczynać od czytania jego prywatnej korespondencji, ale zaproponowano mi właśnie tę książkę, a ja dla odmiany postanowiłam odpowiedzieć: "poproszę". Oczywiście to nie jest tak, że nic o Hłasce nie wiedziałam, był postacią na tyle charakterystyczną, że pisali o nim inni. Właśnie częściej o nim samym niż o jego książkach. W tzw. społecznej świadomości Hłasko funkcjonuje jako outsider, buntownik, polski James Dean - rzadziej jako pisarz.

Po przeczytaniu "Listów" nadal trudno mi ocenić skalę jego literackiego talentu, bo też chyba nie pisał większości z nich z myślą o publikacji. Wolałabym też na ich podstawie nie wyciągać zbyt daleko idących, jednoznacznych wniosków co do osoby autora. Listy zawsze są jakąś formą autokreacji: adresatom udostępnia się wycinek całości, starannie wyselekcjonowany, może nieco podrasowany lub nawet całkiem zmyślony. Pokusa retuszu rośnie wprost proporcjonalnie do odległości między nadawcą i odbiorcą. Z drugiej strony czasami o niektórych sprawach łatwiej napisać, niż mówić prosto w oczy. Nie zawsze.
   Och, Jerzy! Chciałbym napisać Ci wiele serdecznych słów, ale jakoś dzisiaj boję się papieru. Być może, że to głupie. Ale nie śmiej się. Co innego, jak pisze się o czymś wyimaginowanym, a co innego, jak do kogoś, kto naprawdę jest bliski. A ja tak rozpaczliwie nie potrafię pisać listów. Chyba sobie kupię jakiś podręcznik albo diabli wiedzą co. Jerzy! (...)
   Tak mi jest głupio kończyć. Boję się, aby to wszystko nie wypadło sucho i fałszywie. Im więcej się ma do powiedzenia, tym więcej się chyba milczy. Przynajmniej ja jestem takim człowiekiem. Wiem w tej chwili, że mógłbym napisać Ci (dużo) kartek dobrych i ciepłych rzeczy, mimo to nie napiszę ich.
   Ech, Jerzy! Zdaje się, że wszystko powinienem robić, wszystko prócz pisania. Tak mi się czasem zdaje; być może jednak że to nieprawda. (fragment listu do Jerzego Andrzejewskiego z lutego 1955 roku)
Listy wybrał i opracował pan Andrzej Czyżewski, brat cioteczny Marka Hłaski, autor jego biografii i spadkobierca Marii Hłasko, matki pisarza (polecam artykuł w "Polityce" na ten temat). W tym wydaniu znalazły się 363 listy, przy czym najstarszy pochodzi z grudnia 1944 roku, a ostatni z maja 1969. W tym pierwszym dziesięcioletni autor m.in. prosi kuzyna Andrzeja, żeby mu narysował samoloty, a w ostatnim, pisanym dwa tygodnie przed śmiercią do Esther Steinbach, Hłasko wyraża nadzieję, że spędzi z nią resztę życia. Tak, rozpiętość czasowa i tematyczna jest duża. Stylistyczna również - inaczej pisał do Giedroycia, inaczej do matki, jeszcze inaczej do Osieckiej.

(źródło)

Listy Hłaski nie są arcydziełem epistolografii, ale świetnie sprawdzają się jako opowieść o pewnej epoce, rzeczywistości z dzisiejszego punktu widzenia zupełnie abstrakcyjnej. Hłasko dorastał przecież w Polsce przeoranej i zubożonej wojną światową i radziecką okupacją. Pisał w państwie, które z nawiązką wynagradzało artystów tworzących zgodnie z linią partii i gnoiło tych nieprawomyślnych. Opuścił kraj, w którym przestano go wydawać po tym, jak nagle zaczął się zaliczać do tej drugiej grupy. Nigdy nie pozwolono mu wrócić.

Otrzymał azyl polityczny w Niemczech, ale zmienił zdanie i chciał wrócić do kraju. Ostatecznie się na to nie zgodzono, ale dość długo mamiono pisarza nadzieją, że to jednak nastąpi. W październiku 1959 roku pisał o tym z Tel Awiwu do Agnieszki Osieckiej, z którą wtedy był w swego rodzaju związku:
Mówią Ci, że to ode mnie zależy, a Ty pytasz mnie, co to znaczy. Mogę Ci tylko odpisać, że tutaj mi mówią, że wszystko zależy od Warszawy. I tak dalej. Wyczerpałem swoje wszystkie możliwości, trzeba więc czekać, dopóki ktoś naprawdę nie zajmie się tą sprawą. Ważne jest tylko, abyś Ty się nie zmieniła. Może tu chodzi o to, aby zbadać moje zachowanie, moją postawę i zmierzyć moje siły?
Wypisz, wymaluj K. z "Zamku" Kafki.
Badano, a jakże, badano i mierzono. A Hłasko żył tak, że nawet nie trzeba było fabrykować dowodów, żeby go w polskiej prasie i w oczach jego rodziny oczernić. Wystarczyło to i owo nieco ubarwić i uwypuklić.

Wymuszony przez okoliczności stały pobyt za granicą, i to w tak różnych krajach jak Francja, Niemcy, Izrael czy Stany Zjednoczone, mógł stać się niewyczerpanym źródłem inspiracji dla niejednego pisarza, ale Hłasko najlepiej czuł się jednak w kraju, który znał i rozumiał, czyli w Polsce. Tu był gwiazdą, tam traktowano go niemal jak debiutanta. Zaliczka, którą w 1958 roku po przyjeździe do Paryża otrzymał od pewnego francuskiego wydawnictwa jako pisarz na tamtym rynku początkujący, wydała mu się wręcz śmieszna w porównaniu z tym, ile płacono mu w Polsce.
Nie mogę nic pisać; wszystko, co mam do napisania, jest wrogie człowiekowi i przeciwko człowiekowi. Jest to literatura brudnego mikroskopu, literatura bez konsekwencji, literatura, którą powinno się tapetować ściany w klozetach - i którą będzie się tapetować ściany w klozetach. Życie bez idei jest nonsensem, nikt nie ma prawa żyć bez idei, życie bez idei i bez wiary jest rynsztokiem; i wszystko, co można zrobić w takim przypadku, to tylko zginąć z hałasem i nienawiścią do samego siebie. Jest to jedyna konsekwencja. Tylko podróż na drugą stronę umożliwia człowiekowi zrozumienie komunizmu - komunizm jest wiarą tragiczną, ale był i jest wiarą prawdziwych ludzi. Rzygać się chce, patrząc na nędzę i małość tego świata; na te embriony w samochodach, na tę zorganizowaną, wymoszczoną, ułatwianą i ratalnie spłacaną drogę do śmierci. Najszczęśliwszy byłem w Polsce - kiedy nie miałem co jeść, co palić, kiedy chodziłem w podartych portkach i kiedy wierzyłem, że jakoś ułożę swoje życie. 
Tak pisał z Paryża do Osieckiej w kwietniu 1958 roku, czyli krótko po wyjeździe z Polski. W lutym roku 1965 nadal nie miał o tym mieście, a chyba tym samym o "zachodnim" stylu życia, najlepszego zdania:
   To jest takie zasrane wielkie miasto, gdzie nie istniejesz ani ty, ani twoje sprawy, ani twoje kompleksy - istnieje tłum; jest to na szczęście takie zasrane miasto, gdzie nie istniejesz ni ty, ni tłum: istnieje tylko miasto i jakaś sprawa, jakiś ruch, jakaś ewolucja: ale na szczęście nikt nie zdaje sobie sprawy z tego, jaka to sprawa i ku czemu zdąża ta ewolucja. Kiedy wyjeżdżałem z Warszawy, mówili mi: Paryż jest jedynym miastem, gdzie można obyć się bez tak zwanego szczęścia. Jest to duża prawda: Paryż daje ci szansę zgubienia się w tłumie, ale na szczęście nie istniejesz ani Ty, ani tłum. Może to zresztą tak powinno wyglądać? (fragment listu do Henryka Berezy)
Myślę, że Hłasko jednak wyróżniał się z tłumu, zawsze i wszędzie, co pewnie bywało zaletą, ale i przekleństwem. W listach jego osobliwość aż tak się w oczy nie rzuca, może dlatego, że służyły mu do przekazywania informacji, załatwiania konkretnych spraw, a opinie czy jakieś szersze opisy pojawiają się w nich trochę mimochodem. I tak korespondencja z matką i najbliższą rodziną kręci się wokół takich tematów jak zdrowie, pieniądze, opieszałość poczty (i cenzury), ciuchy i inne przedmioty, które Hłasko wysyłał do Polski dla krewnych do osobistego użytku albo na sprzedaż. Listy do wydawców dotyczą terminów publikacji, redakcji, korekt i również pieniędzy. Do Osieckiej pisał m.in. o swoim zamierzonym, ale w końcu niezrealizowanym powrocie do kraju i o ich planowanym (chyba tylko przez Marka) ślubie per procura, a do Sonji Ziemann - niemieckiej aktorki, która przez pewien czas była jego żoną - o sprawach zawodowych, jej dziecku i ich rozwodzie.

W listach przewijają się znane nazwiska kolegów po piórze i generalnie ludzi kultury: Polański, Tyrmand, Andrzejewski, Jan Nowak-Jeziorański, Andrzej Wajda, Aleksander Ford itd. Tu muszę wspomnieć, że Hłasko posiadał umiejętność, którą ja bardzo cenię: potrafił w kilku słowach czy zdaniach pomieścić świetną i ociekającą ironią charakterystykę jakiejś postaci albo zjawiska. I tak np. choć na swój własny sposób wierzył w Boga, o polskim katolicyzmie miał jak najgorsze zdanie:
A gdzie my mamy prawdziwych polskich katolików? I jakiegoż rodzaju jest to katolicyzm? To jest katolicyzm w skali szkółki parafialnej; to jest katolicyzm w sensie światopoglądu. Bluźnierstwem jest ponury żart Wuja Józefa (odniesienie do powieści "Sowa, córka piekarza" - przyp. E.), ale bluźnierstwem nie jest antysemityzm; bluźnierstwem nie jest stosunek do drugiego człowieka tak straszliwie brutalny, że trudno mi to nawet określić. To prawda, że chłop polski szedł w niedzielę do kościoła i trzymał buty w rękach; ale po kościele szedł do knajpy, aby rżnąć się z innymi. (...)
Zresztą nawiasem mówiąc, największe nieszczęście literatury polskiej polega a tym, iż "Bóg nie męczy ich przez całe życie", jak to powiadał Dostojewski. Oni po prostu przyjęli istnienie Boga jako pewnik, a nie jako światopogląd; jako rzecz oznajmioną, a nie odkrytą; jako strach, a nie jako miłość; jako zakaz miast rozumu. (fragment listu do Juliusza Sakowskiego pisanego w Kalifornii w 1967 roku)
Na podstawie "Listów" wyobraziłam sobie Hłaskę jako człowieka samotnego, zakompleksionego, niespokojnego, nieszczęśliwego, przyzwyczajonego do ukrywania swojej wrażliwości, zgryźliwego, trochę megalomana i egoistę. Wątpię, żeby na co dzień, na dłuższą metę to był przyjemny człowiek, ale też chyba jednak miał w sobie coś, co intrygowało i przyciągało. Oczywiście moja ocena, oparta tylko na korespondencji pisarza, może być zupełnie błędna, toteż nie będę się przy niej upierać. 

wrzesień 1968 (źródło)
Teraz kilka słów o wydaniu. Książka zawiera wstęp, indeks nazwisk, spis listów, kalendarium najważniejszych wydarzeń z życia Hłaski. Pan Andrzej Czyżewski opatrzył korespondencję przypisami (niektóre niepotrzebnie powtarzają już wcześniej podane informacje) i zwięzłymi wstawkami o kolejnych etapach biografii kuzyna. Znajdziemy tu też zdjęcia czy też skany oryginalnych listów pisanych przez Hłaskę odręcznie lub na maszynie, co pozwala czytelnikowi stwierdzić, że tu i ówdzie, właściwie w wielu miejscach, wydawnictwo poprawiło interpunkcję, ortografię, literówki, wielkie i małe litery. Może to i czyni książkę bardziej przystępną, ale też powoduje, że otrzymujemy troszkę przekłamany obraz autora listów. Staranność i niestaranność w korespondencji jakoś jednak o człowieku świadczy. 


Agora planuje również wznowienie "Pięknych dwudziestoletnich", "Pierwszego kroku w chmurach", "Sowy, córki piekarza", "Drugiego zabicia psa/Nawróconego w Jaffie". "Pięknych dwudziestoletnich" już przeczytałam - wrażenia wkrótce.

8 komentarzy:

  1. Tej książki nie znam, ale twórczość Hłaski uwielbiam. Mam nadzieję, że przy okazji nowych wydań, uda mi się ją sobie odświeżyć. Polecam zwłaszcza "Następny do raju" i "Ósmy dzień tygodnia".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Część listów była publikowana już wcześniej, ale większość dopiero w tym zbiorze.

      Czytałam wcześniej tylko jedno z opowiadań Hłaski ("Pierwszy krok w chmurach"), bo przerabialiśmy je w szkole. Wtedy wywarło na mnie spore wrażenie, ale to było ponad dekadę temu. Niedawno skończyłam "Pięknych dwudziestoletnich", więc z czytaniem innych utworów tego autora dam sobie na razie spokój - żeby nie przedawkować. Ciekawa też jestem, tak na przyszłość, jego artykułów, które jako młody jeszcze chłopak pisał dla "Trybuny Ludu", "Po prostu" i tego rodzaju czasopism. Może i one ukażą się w jakimś zbiorze?

      Usuń
  2. Bardzo lubię twórczość Hłaski, ale nie skusiłam się na tę pozycję, ponieważ mam wrażenie, że za mało o nim wiem, by odpowiednio je zrozumieć. W ogóle z tego powodu bardzo rzadko sięgam po listy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydaje mi się, że nie trzeba aż tak znowu dużo wiedzieć o Hłasce, żeby te listy zrozumieć. Pisał zwykle o codziennych sprawach. Natomiast dobrze jest orientować się choćby bardzo pobieżnie w realiach epoki, w której żył i tworzył. Ja o czasach stalinowskich i nieco późniejszych poczytałam przy okazji lektury "Onych" Torańskiej i teraz mi się to przydało.

      Usuń
  3. Ciekawa jestem tej książki. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. W listach jest tyle osobistych rzeczy, że dopiero po śmierci danej osoby ukazują się do publicznego wglądu - gdyby dzisiaj umieszczono do publiki prywatne rzeczy celebrytów, zniszczyliby ich dziennikarze brukowców :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podobno w IPN takich listów jest mnóstwo. Nic, tylko brać i publikować.

      Usuń

"Błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie ubierają tego w słowa". Z drugiej strony lubię meandrujące dyskusje, więc komentarze nie na temat również są tu mile widziane;).