Impresje

piątek, 6 listopada 2015

ANIA Z ZIELONEGO WZGÓRZA

Tytuł: Ania z Zielonego Wzgórza (Anne of Green Gables)
Pierwsze wydanie: 1908
Autorka: Lucy Maud Montgomery
Tłumaczenie: Paweł Beręsewicz
Ilustracje: Sylwia Kaczmarska 

Wydawnictwo Skrzat, 2014
Seria: Klasyka z feniksem
ISBN: 978-83-7437-826-0
Stron: 365

Ależ to pięknie wydana książka! Okładka, ilustracje, czcionka, marchewkowa tasiemka! Jednak to nie szata graficzna przesądziła o zakupie, ale nowe tłumaczenie Pawła Beręsewicza. Byłam bardzo ciekawa tego przekładu, o którym dużo dobrego słyszałam. Wcześniej poznałam "Anię z Zielonego Wzgórza" w wersji Rozalii Bernsteinowej, a ponieważ długo była to moja ulubiona książka i czytałam ją wiele razy, przywiązałam się do tego tłumaczenia. Teraz już wiem, że przekładów było więcej, ale - może właśnie dzięki blogom - do mojej świadomości najpełniej przeniknęła informacja tylko o tym najnowszym. Nabyłam swój egzemplarz już trzy lata po premierze, co najlepiej świadczy o mojej determinacji.
I? I mam trochę mieszane uczucia.

Paweł Beręsewicz na pewno lepiej oddał realia życia na Wyspie Księcia Edwarda. Widać to już w pierwszym zdaniu, które u Bernsteinowej brzmi tak:
Dworek pani Małgorzaty Linde stał w tym właśnie miejscu, gdzie wielki gościniec, prowadzący do Avonlea, opadał w dolinę otoczoną olchami i porosłą paprociami, poprzez którą przerzynał się strumyk mający swe źródło het, daleko w lasach otaczających dwór starego Cuthberta.
A u Beręsewicza następująco:
Pani Rachel Lynde mieszkała w miejscu, w którym główna droga z Avonlea, po opadnięciu w niewielką kotlinkę obrośniętą olchami i bluszczem, przecinała potok wypływający z lasu na dawnej farmie Cuthbertów.
Dziś dworek kojarzy się raczej z posiadłością należącą do ziemiańskiej rodziny, której usługiwał tłum służby i parobków. Sto lat temu polskim czytelnikom nie pomieściłoby się w głowie, że zwykli rolnicy, nie mający nic wspólnego ze szlachtą, nawet zubożałą, mogą mieć piętrowy dom i oszczędności w banku, że w prowincjonalnej wsi wszyscy potrafią czytać i pisać, że nie muszą się użerać z panem, wójtem, plebanem i niewyżytym urzędnikiem. Może dlatego tłumaczka umieściła tych wszystkich Cuthbertów, Barrych i Lynde'ów w dworkach - w ówczesnej polskiej rzeczywistości alternatywą były chyba tylko czworaki albo kryta strzechą chałupa.

W tym samym zdaniu pojawia się i inny problem: dlaczego tłumaczka zmieniła imię (i nazwisko) pani Lynde? A może zrobił to wydawca? Czyżby imię Rachela miało wtedy zbyt silne konotacje żydowskie? A skoro pierwsze zdanie przekładu Bernsteinowej może być tak kontrowersyjne, to co z resztą książki? Trzeba by porównać oba tłumaczenia z oryginałem, na co czasu nie miałam, przejrzałam w ten sposób tylko fragmenty, ale i tak parę rzeczy rzuciło mi się w oczy.

Po pierwsze, u Beręsowicza imię Maryla w wołaczu brzmi Marylu, a nie Marylo. Nie pojmuję dlaczego, skoro w słowniku PWN podana jest ta druga odmiana.

Po drugie, nie do końca rozumiem próbę pewnego uwspółcześnienia wypowiedzi bohaterów, zwłaszcza że niekiedy skutkuje to niepotrzebnym uproszczeniem, jak w scenie, w której Ania i Diana rozmawiają o wyjeździe tej drugiej na egzaminy do Carmody.
  ‘It does seem as if it was the end of everything, doesn’t it?’ she said dismally.
  ‘You oughtn’t to feel half as badly as I do,’ said Anne, hunting vainly for a dry spot on her handkerchief. ‘You’ll be back again next winter, but I suppose I’ve left the dear old school forever— if I have good luck, that is.’ 
Bernsteinowa:
- Czy nie wydaje ci się, że to już koniec wszystkiego? - spytała smutnie towarzyszki.
- Przecież tobie, Diano, nie powinno być ani w części tak przykro jak mnie - rzekła Ania, na próżno szukając suchego miejsca w swej chustce do nosa. - Ty przecież powrócisz tu w roku przyszłym, ale ja prawdopodobnie pożegnam naszą ukochaną szkołę na zawsze… rozumie się, jeśli mi szczęście dopisze. 
Beręsewicz:
   - Czuję się, jakby wszystko się skończyło, a ty? - stwierdziła ponuro.
   - Ty to i tak masz dobrze - powiedziała Ania, na próżno szukając suchego miejsca w chusteczce. - Ty tu wrócisz po wakacjach, a ja pewnie na zawsze żegnam się z kochaną starą szkołą - to znaczy, jak wszystko dobrze pójdzie.
Uproszczenie bywa nieco niezręcznie - kilka stron dalej Mateusz podsumowuje pierwsze miejsce Ani na liście przyjętych do Akademii:
‘Well now, I always said it,’ said Matthew, gazing at the pass list delightedly. ‘I knew you could beat them all easy.’ 
 - No widzisz. Wszakże byłem pewny tego - odrzekł Mateusz, z zachwytem wpatrując się w listę przyjętych. - Wiedziałem, że z łatwością wyprzedzisz wszystkich. (Bernsteinowa)
 - Noo... przecież ci mówiłem - powiedział Mateusz, patrząc rozanielonym wzrokiem na listę wyników. - Wiedziałem, że ich wszystkich załatwisz. (Beręsewicz)
Kill 'Em All, Anne! - to nie pasuje do tego dobrego, cichego człowieka.

Absolutnie nie podoba mi się takie tłumaczenie Question Tags:
- I co? Dobrze przeprosiłam, nie? - spytała po drodze z dumą.
U Bernsteinowej było:
- Ładnie prosiłam o przebaczenie, prawda? - spytała z dumą. 
Nie znam się, nie wiem, który przekład lepiej oddaje oryginał, ale w tym przypadku ten starszy zdecydowanie bardziej pasuje mi do Ani Shirley żyjącej poezją i napawającej się wymyślnymi słowami. To "nie" na końcu czyjejś wypowiedzi nawet dzisiaj wydaje się mało subtelne i nieco razi, a co dopiero sto lat temu.

Ponarzekałam, pomarudziłam, czas na pochwały. Paweł Beręsewicz wierniej przetłumaczył nazwy własne (siedziba Barrych to, jak się okazuje, Sadowy Stok!) i zaznaczył wyraźnie, kiedy autorka wplatała w powieść cytaty z literatury, Biblii i innych tekstów religijnych. Bardzo spodobał mi się jego przekład ostatniego zdania "Ani", która cytuje Roberta Browninga:
‘God’s in his heaven, all’s right with the world,’’ whispered Anne softly.
- Życie jest piękne! - szepnęła Ania z zachwytem. (Bernsteinowa)
- "Bóg jest na niebie, świat dobrze się ma" - szepnęła Ania cicho, cichutko. (Beręsewicz)
Nie wiem, czy to zasługa tego przekładu, czy sytuacji za oknem (Kraków w oparach smogu), a może obu tych rzeczy, że tak jak jeszcze nigdy zapragnęłam zamieszkać poza miastem.
   Ania prowadziła Aleją Zakochanych krowy do domu z dalszego pastwiska. Był wrześniowy wieczór i przecinki w lesie miały czerwone ramki z zachodzącego słońca. Gdzieniegdzie także ścieżka była nimi poplamiona, choć w większej części tonęła już w cieniu pod gałęziami klonów, a przestrzeń pod jodłami wypełniał fioletowy półmrok. Wiatr wiał w wierzchołkach drzew, a nie ma słodszej muzyki od tej, którą wygrywa wiatr na gałęziach jodeł o zmierzchu.
W takich okolicznościach przyrody nawet krowy nie zakłócają romantyzmu chwili.

Powieści o Ani mają w sobie nie tylko romantyczne i sentymentalne scenki, ale i sporo zabawnych. Pierwszy tom może mniej, ale ciekawa jestem "Ani z Avonlea" w przekładzie Beręsewicza - czy pan Harrison, którego zawsze darzyłam sympatią, wypadnie równie oryginalnie, co w starym tłumaczeniu?

10 komentarzy:

  1. Uwielbiam "Anię z Zielonego Wzgórza", ale cieszę się, że mam starsze wydanie, bo te jakieś takie niedopracowane...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W starszych wydaniach, z których jedno tu cytowałam, też błędów nie brakuje - po prostu o nich nie wiedzieliśmy albo się do nich przyzwyczailiśmy.

      Usuń
  2. Poleciałam z ciekawości sprawdzić w kogo tłumaczeniu ja mam swoją Anię.. i okazuje się, że większość tomów w tłumaczeniu Agnieszki Kuc.. i jestem zadowolona :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też byłam zadowolona z Bernsteinowej, dopóki nie poczytałam o innych przekładach i nie zajrzałam do oryginału. Zresztą historia Ani Shirley pozostaje urocza w każdym tłumaczeniu;).

      Usuń
  3. Ani nie lubię, nie cierpię.... już od podstawówki miałam na pieńku z tą książką :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może ta książka trafia tylko do osób, które od czasu do czasu "wpadają w otchłań rozpaczy", przekonanych, że świat ich nie rozumie i niewłaściwie osądza;).

      Usuń
  4. Oh dziękuję za ten wpis, chyba jednak zostanę przy moim tłumaczeniu, bo te zabiegi uwspółcześniejące zupełnie mi nie leżą. Niestety nie wiem, które tłumaczenie mam, bo cykl o Ani nadal czeka na przeprowadzenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie. W przekładzie Beręsewicza te zabiegi widać zwłaszcza w dialogach. Nie przeszkadzało mi to jakoś szczególnie, ale troszkę uwierało. Wyobraźmy sobie, że ktoś postanowił uwspółcześnić Trylogię Sienkiewicza albo "Pana Tadeusza"...

      Nie mam całego cyklu o Ani, a te tomy, które posiadam, są u rodziców. M.in. dlatego postanowiłam kupić sobie ten egzemplarz,

      Usuń
    2. Ja mam cały cykl, ksiązki nawet od rodziców przywiozłam ale jak na razie ostatniej przeprowadzki międzykrajowej nie przetrwały. Mam nadzieję, że w następnej turze się załapią. Teraz "Anie" zaczęła czytać moja córka, ale ona po angielsku więc problemu z przekładem nie ma.

      Usuń
    3. Cały cykl ma dużo uroku i chociaż pewne typy postaci i pewne sytuacje czasami powtarzają się w kolejnych tomach, to jest to bardzo przyjemna lektura, chociaż nie wiem, czy dla współczesnych dzieciaków też;).

      Usuń

"Błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie ubierają tego w słowa". Z drugiej strony lubię meandrujące dyskusje, więc komentarze nie na temat również są tu mile widziane;).