Impresje

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 4. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 4. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 maja 2013

JAŚNIEPANICZ

Tytuł: Jaśniepanicz
Pierwsze wydanie: 1987
Autorka: Joanna Siedlecka
Wydawnictwo: WL
ISBN: 83-08-01587-5
Stron: 350 (+ilustracje)
Ocena: 4/5

Co prawda obecnie wypada czytać raczej "Kronosa", który - jak próbują nam wmówić marketingowcy z WL - jest największym wydarzeniem literackim XXI wieku" (!), ja jednak postanowiłam sięgnąć najpierw po "Jaśniepanicza" Joanny Siedleckiej. Przypuszczam, że "tajny" dziennik byłby dla mnie zupełnie niezrozumiały, bo choć swego czasu "Ferdydurke" wywarła na mnie ogromne wrażenie i w dużym stopniu wpłynęła na kształtowanie się mojej osobowości eony temu, czyli w czasach licealnych, to nigdy jakoś nie zainteresowałam się bliżej biografią Gombrowicza. Przeczytałam tylko pierwszy tom "Dziennika", ale słyszałam, że to i owo autor tam przeinaczył i ubarwił. Bynajmniej nie mam mu tego za złe: prawda i szara rzeczywistość często blado wypadają na papierze, zwłaszcza gdy oczekuje się za ten papier pieniędzy. Z czegoś żyć trzeba, a Gombrowicz postanowił żyć z pisania. W rezultacie dużą część życia przebiedował, choć przecież przyszedł na świat w rodzinie bardzo zamożnej.

Siedlecka podkreśla, że "Jaśniepanicz" (stosuję pisownię tytułu z pierwszego wydania w WL w 1987 roku) jest "książką reporterską", a nie biografią. To zbiór bardzo subiektywnych relacji o pisarzu i jego rodzinie, wspomnienia z "drugiego planu": służących, bliższych i dalszych znajomych, krewnych, ludzi, którzy z Gombrowiczem zetknęli się przypadkiem, czasem tylko na kilka godzin czy dni. Szkoda, że nie leżała w możliwościach autorki podróż do Argentyny - zebrałaby tam na pewno ciekawy materiał. "Jaśniepanicz" dotyczy więc, siłą rzeczy, głównie "europejskich" okresów Gombrowicza.

Wspomnienia ułożone są chronologicznie, od tych dotyczących jego dzieciństwa - do śmierci. Nie mają formy wywiadów, Siedlecka oddała narrację swoim rozmówcom, zachowując oryginalny styl ich wypowiedzi. Urozmaiciła je fragmentami listów od i do Gombrowicza, a na końcu książki znajduje się trochę fotografii. Moja ulubiona:

W.G. w 1906 r., źródło: Booklips.pl
Podobno matka Witolda, pani Antonina, chciała - po urodzeniu dwóch synów i nieładnej córki - mieć kolejną dziewczynkę, więc choć jej czwarte dziecko było chłopcem, długo ubierała je w sukieneczki.

"Jaśniepanicza" czytało mi się świetnie, choć na początku nieco się pogubiłam w rodzinnych koligacjach - przydałoby się jakieś drzewo genealogiczne, może jest w nowszych wydaniach? Szczególnie barwnie wypadają fragmenty dotyczące rodziny Kotkowskich z Bodzechowa, z których wywodziła się matka Witolda. Kotkowscy żenili się między sobą i w tym ludzie postronni upatrywali przyczyny ich dziwactw, fanaberii, a niekiedy - szaleństwa. 
  Wójcik Wincenty, który najlepiej pamiętał Kotkowskich oraz Gombrowiczów i najwięcej opowiedział, trochę z niepokojem patrzy na moje notatki.
   - Z jakiej to właściwie okazji wypytuje pani o Kotkowskich? Wskrzesza nieboszczyków? - pyta.
  Niby wprawdzie pod niczym się nie podpisywał, żeby tylko nie miał potem jakichś przykrości.
  - Nie będzie żadnych nieprzyjemności - uspokajam. - Po prostu Witold, syn Gombrowiczowej z domu Kotkowskiej, został pisarzem!
  - Syn mumii, Ignacowej córki - pisarzem? Proszę, w nim też się jednak odezwało! [str. 43]

Wydaje mi się, że nie polubiłabym Gombrowicza, gdybym znała go osobiście. Tych jego wystudiowanych póz przybieranych, zwłaszcza w młodości i sile wieku, na użytek otoczenia czy też gry z otoczeniem. Obnoszenia się z intelektualną wyższością. Megalomanii. Skrywanego snobizmu. Umniejszania cudzych zalet i sukcesów, żeby skupić uwagę otoczenia wyłącznie na sobie. Prowokowania, często w niezbyt mądry sposób, dla samej prowokacji (i własnej rozrywki). Okrucieństwa konwersacyjnego. Swoistej mizoginii. Zresztą czy autor "Ferdydurke" mógł mieć kryształowy charakter?
Z drugiej strony nie można nie doceniać jego zainteresowania sprawami rodzinnymi i finansowej pomocy, jakiej udzielał po wojnie swoim krewnym w Polsce, choć przecież nigdy mu się tak naprawdę nie przelewało. Cenię go też za przekorę, oryginalność i barwność, choć składają się też na nie wszystkie wymienione wyżej wady. 
Współczuję mu, bo gdyby nie wojna, komunizm i wynikające z nich problemy finansowe, Gombrowicz mógłby może zostać w Polsce i w większym stopniu poświęcić się literaturze. Ale może, kto wie, polska kultura stłamsiłaby jego niezależność? Rozmawiał o niej w Vence z Jerzym Pomianowskim, który zapamiętał jego wypowiedź w ten sposób:
  - Kultura polska to ziemiaństwo, wieś i kościół. Inteligent siedział na wsi, widział kawałek pola i uważał, że sprawy filozofii załatwia religia i Pan Jezus. Z tego nie mogło powstać nic nowego, własnego, świeżego.
  Sztuka to jest świat stworzony przez artystę, własny, wielki mocny. Sztuka to eliminacja, to pisanie tylko tego, co jest dobre i co jest własne.
  U nas Mickiewicz, a tu we Francji Montaigne, Pascal. To wstyd, ale Polska nie zdobyła się na żadną myśl samodzielną, własną. Ja nikogo nie oskarżam, ja stwierdzam fakt.
  Nie zna się dobrej literatury, traci się całe lata w szkole i w domu na czytanie namiastek; literatury polskiej. Filozofia też nie istnieje. Nie powstała żadna myśl filozoficzna. Zna się wszystko z drugiej, trzeciej ręki, albo się w ogóle nie zna.
  Czyta się za dużo i za prędko, lepiej, żeby się nie znało tego wszystkiego. Lepiej byłoby dla Polaków, żeby nie mieli literatury polskiej. [str. 338]
Na tym tle Gombrowicz jawił się sam sobie jako niewytłumaczalny ewenement. 

Książka Siedleckiej obfituje w ciekawostki, anegdotki. Nie wiedziałam na przykład, że po wojnie matka i siostra Gombrowicza mieszkały w Kielcach. Że Gombrowicz nie lubił teatru. Że uchodził, i to jeszcze przed wojną, za skąpca, choć może nie aż takiego, jak jeden z jego krewnych, który w cukierniczce zamykał muchę, żeby sprawdzić, czy nikt nie podkrada mu cukru (ciekawe, czy go potem używał albo częstował nim gości...) 
Interesująca jest opowieść pani Anieli Brzozowskiej-Łukasiewiczowej, wieloletniej służącej państwa Gombrowiczów, która wspomina m.in., jak podpowiedziała Witoldowi, dla żartu oczywiście, ostatnie zdanie "Ferdydurke". I że "Pamiętnik z okresu dojrzewania", swój literacki debiut, wydał Gombrowicz własnym sumptem, tzn. sumptem swojego ojca, który tym samym, zdaniem pani Anieli, niepotrzebnie zniechęcił syna do kariery sędziego. Co na to zagorzali przeciwnicy self-publishingu? ;)

Siedlecka pisze o Gombrowiczu, ale jej książka wiele mówi też o Polsce - życiu młodych artystów w międzywojniu, o przedwojennym ziemiaństwie, jego trudnych powojennych losach, o życiu literackim w kraju, o argentyńskiej Polonii.


Czytałam pierwsze wydanie "Jaśniepanicza", które, jak się dowiedziałam, ze względów cenzuralnych nie zawiera rozmowy z Jerzym Giedroyciem. Do tego ukazało się na papierze klasy V, już pożółkłym i tu i ówdzie przybrudzonym - egzemplarz biblioteczny. A jednak wydaje mi się, że więcej z tej lektury wyniosłam niż gdybym przedarła się przez całego "Kronosa" wraz z wszystkimi przypisami. O ile mogę sądzić na podstawie fragmentów znalezionych w sieci, "Kronos" to deser dla zaawansowanych gombrowiczologów, początkującym polecam "Jaśniepanicza". Jako wstęp do "Dziennika".


sobota, 16 czerwca 2012

POZA KRAWĘDŹ ŚWIATA

Tytuł: Poza krawędź świata. Opowieść o Magellanie i jego przejmującym grozą rejsie dookoła Ziemi (Over the Edge of the World: Magellan's Terrifying Circumnavigation of the Globe)
Pierwsze wydanie: 2003
Autor: Laurence Bergreen
Tłumaczenie: Jan Pyka
Wydawnictwo: Rebis
ISBN: 83-7301-575-2
Stron: 408

Ocena: 4+/5


PROLOG

Zjawa

6 września roku 1522 z portu Sanlúcar de Barrameda w Hiszpanii ujrzano na horyzoncie samotny statek.
 Gdy podpłynął bliżej, ludzie, którzy zgromadzili się na nabrzeżu, dostrzegli, że jego porwane żagle łopoczą na wietrze, takielunek jest wystrzępiony, flaga wyblakła na słońcu, a burty są nadgryzione przez sztormy. Wysłano małą łódź pilotową, żeby przeprowadziła dziwny statek między rafami do portu. Ci, którzy nią popłynęli, znaleźli się nagle w obliczu koszmaru każdego żeglarza. Statek, który wprowadzali do portu, był obsadzony przez szkieletową załogę liczącą zaledwie osiemnastu marynarzy i trzech niewolników. Wszyscy ci ludzie byli skrajnie niedożywieni, większości brakowało sił, żeby chodzić, a nawet mówić. Języki mieli opuchnięte, a ciała pokryte bolesnymi wrzodami. Kapitan, z którym wyszli w rejs, nie żył, tak jak większość oficerów, podoficerów i nawigatorów; w gruncie rze­czy zginęła prawie cała załoga.
  Łódź pilotowa ostrożnie przeprowadziła ten niemal wrak przez naturalną barierę chroniącą port i Victoria, tak się bowiem nazywał, powoli wpłynęła na łagodnie wijący się Gwadalkiwir, którym ruszyła do Sewilli, skąd wyszła w rejs przed trzema laty. Nikt nie wiedział, co się z nią od tego czasu działo, i jej pojawienie się było niespodzianką dla tych, którzy wypatrywali żagli na horyzoncie. Wychudzone twarze resztek załogi kryły mroczne sekrety długiej podróży do nieznanych lądów. Mimo wszystkich trudności wyprawy Victoria i ci członkowie jej załogi, którzy przeżyli, dokonali tego, czego przed nimi nie osiągnął nikt inny. Żeglując na zachód, dotarli na Wschód, a potem, płynąc nadal w tym samym kierunku, urzeczywistnili pragnienie tak stare jak ludzka wyobraźnia: po raz pierwszy opłynęli świat.
 Trzy lata wcześniej Victoria należała do flotylli pięciu statków z mniej więcej dwustu sześćdziesięciu ludźmi na pokładach, na czele których stał Fernão de Magalhães, znany nam jako Ferdynand Magellan. Ten portugalski szlachcic i żeglarz opuścił ojczyznę, by wypłynąć w służbie Hiszpanii z zadaniem zbadania nie odkrytych jeszcze części świata i przyłączenia ich do Korony. Ekspedycja, którą prowadził, należała do największych i najlepiej wyposażonych w epoce wielkich odkryć geograficznych. Victoria i jej wyniszczona mała załoga były wszystkim, co z niej pozostało. Ponad dwustu marynarzy umarło na skutek szkorbutu, tortur, zginęło w walce bądź utonęło. Co gorsza, Magellan, kapitan generalny, został brutalnie zabity. Pomimo swej śmiałej nazwy, Victoria nie była statkiem święcącym tryumf, ale pogrążonym w bezmiernym smutku i bólu. Ale za to ileż mogli opowiedzieć ci nieliczni, którzy ocaleli – o buncie, orgiach na odległych lądach i o tym, jak opłynęli cały glob. Ich opowieści miały zmienić bieg historii i to, jak patrzymy na świat. W epoce wielkich odkryć geograficznych wiele wypraw kończyło się katastrofą i szybko o nich zapominano, ale ta jedna, pomimo nieszczęść, które na nią spadły, stała się najważniejszą, jaką kiedykolwiek przedsięwzięto. To opłynięcie globu na zawsze zmieniło panujące w zachodnim świecie poglądy na temat kosmografii, stanowiącej zbiór ogólnych wiadomości z zakresu astronomii, geografii, geologii i meteorologii. Udowodniło, między innymi, że Ziemia jest kulą, że Ameryka nie jest częścią Indii, ale odrębnym kontynentem, i że oceany pokrywają większość powierzchni naszej planety. Koszt tych odkryć w kategoriach ludzkiego życia i cierpienia był większy, niż ktokolwiek przewidywał na początku wyprawy. Ci, którzy wrócili, przeżyli podróż na krańce świata i w głąb najmroczniejszych zakamarków duszy ludzkiej. [str. 19-20]

Wprawdzie prolog zdradza zarys całej historii, ale jednocześnie jest klimatyczny i intrygujący. Spodobał mi się, więc przytoczyłam go w całości. To żaden spoiler, w końcu o Ferdynandzie Magellanie słyszeli chyba wszyscy, choćby na lekcjach historii. Na ogół  nudziłam się na nich niemożebnie, nie był to mój ulubiony przedmiot i niemal żaden temat nie zdołał wyrwać mnie z letargu, w jaki na te czterdzieści pięć minut zapadałam. Próbowano wbić mi do głowy najważniejsze fakty, ze szczególnym uwzględnieniem mnóstwa dat, ale ja mniejszą wagę przykładałam i przykładam do tego, kiedy - co do dnia coś się wydarzyło, o wiele bardziej interesuje mnie to, dlaczego i jak. I dlatego "Poza krawędź świata" przeczytałam dwa razy.

Stwierdzenie, że wyprawa Magellana jako pierwsza (udokumentowana) opłynęła świat, jest tak oczywiste, że aż banalne, za to szczegóły tego przedsięwzięcia są naprawdę ciekawe, właściwie to gotowy scenariusz filmu przygodowego.
Laurence Bergreen opowiedział o niej w sposób, który lubię najbardziej: najpierw tło historyczne i przedstawienie głównego bohatera, potem chronologiczna relacja z dziejów ekspedycji (przygotowania, przebieg, finał) i podsumowanie jej osiągnięć. Bez fabularyzowania, bez przydługich osobistych dygresji, rzetelnie i na podstawie bogatej bibliografii. Autor wzbogacił swoją opowieść licznymi cytatami z opowieści uczestników tej wyprawy, najczęściej przywołuje fragmenty relacji Antonia Pigafetty.

Pigafetta to bardzo ciekawa postać. Chyba on jeden pożeglował z Magellanem nie dla pieniędzy, ale z czystej ciekawości świata i może jeszcze dla sławy. Był Włochem, a do Hiszpanii przybył w świcie papieskiego posła. Magellan powierzył mu prowadzenie kroniki wyprawy, ale Pigafetta nie ograniczał się do odnotowywania pokonanego danego dnia dystansu. Najciekawsze są chyba jego opisy zwyczajów (zwłaszcza seksualnych) napotykanych podczas podróży ludów, starał się też zawsze poznać choćby podstawy ich języków. Po powrocie do Europy stworzył ze swych zapisków "Relację z wyprawy Magellana dookoła świata" (zamierzam przeczytać jej polski przekład), którą przedstawiał na różnych dworach, a w końcu wydał drukiem. Liczył, że jego dzieło zdobędzie takie uznanie i sławę jak "Opisania świata" Marca Polo. Czy tak się stało, nie wiem, ale nie ulega wątpliwości, że choć Pigafetta to i owo przemilczał, a obiektywizm nie był jego mocną stroną, o wiele mocniej trzymał się faktów niż Polo.
Prawdopodobnie angielski przekład relacji Pigafetty czytał sam Szekspir, któremu być może posłużyła za częściową inspirację do stworzenia Kalibana z "Burzy". Postać ta wymienia boga Setebos, o którym wspominał Pigafetcie pewien Indianin. Marynarze porwali go, żeby zabrać do Hiszpanii i pokazać królowi, ale Patagończyk zmarł wskutek jakiejś choroby.

Wspomniałam o pieniądzach. Uczestnicy wyprawy otrzymywali wynagrodzenie stosowne do miejsca, które zajmowali w hierarchii załogi, ale mogli liczyć na to, że jeśli armada rzeczywiście dotrze na Moluki, zarobią wystarczająco, żeby do końca swoich dni żyć w dostatku. Wystarczy, że przywiozą ze sobą po małym worku przypraw. To one były głównym celem wyprawy, Magellan miał znaleźć nową drogę do Wysp Korzennych i zawrzeć traktat pokojowy i handlowy z ich władcą.

Przyprawy, zwłaszcza goździki, gałka muszkatołowa czy cynamon, osiągały w ówczesnej Europie niebotyczne ceny, m.in. dlatego, że zanim do niej dotarły, przechodziły przez ręce wielu pośredników, głównie arabskich.

O bezpośredni dostęp do tych bogactw rywalizowały Hiszpania i Portugalia, między które papież Aleksander VI podzielił Nowy Świat, co potwierdzono jeszcze traktatem z Tordesillas i kolejnymi. Linia demarkacyjna oddzielająca strefy wpływów była bardzo umowna, bo kiedy ją wyznaczano, nie znano jeszcze nawet przybliżonych rozmiarów naszej planety ani kształtu większości kontynentów.

Od mniej więcej dwudziestu lat, od wyprawy Portugalczyka Vasco da Gamy żeglowano do Indii kierując się na wschód, wokół Przylądka Dobrej Nadziei. Magellan, również Portugalczyk, uważał - nie wiadomo do końca, na jakiej podstawie - że w tamte rejony świata można się dostać, płynąc na zachód przez cieśninę na południu Ameryki Południowej, skąd Wyspy Korzenne miały być o rzut kamieniem.

Magellan i Ruy Faleiro, matematyk, astronom i kosmograf, najpierw zaoferowali swoje usługi królowi Portugalii, a kiedy ten je odrzucił, udali się do sąsiedniego kraju. Młody Karol I, od niedawna król Hiszpanii i cesarz Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, rozpaczliwie potrzebował pieniędzy i zgodził się współfinansować wyprawę, która dawała nadzieję na ogromne zyski.

Laurence Bergreen interesująco pisze i o "zimnej wojnie" między władcami Portugalii i Hiszpanii, o trudach i niebezpieczeństwach, na jakie prości marynarze narażeni byli każdego dnia (najgroźniejszy był szkorbut, którego nie umiano wtedy i jeszcze długo potem leczyć), i o mieszkańcach krain, do których przybywała armada. Najbardziej uderzyło mnie bogactwo Indonezji. Oczywiście nie był to raj na ziemi, jak wszędzie, tak i tam miały miejsce lokalne wojny i nieurodzaje, ale krajowcy mieli własne tradycje, religie, kultury i ustroje społeczne. Sprzedawali swoje bogactwa naturalne, a nie byli z nich okradani. Europejskie wyprawy nie były początkowo wystarczająco liczne, żeby zagarniać wszystko siłą, ale już wówczas nie były to ekspedycje pokojowe. I tak sam Magellan, człowiek na ogół rozsądny, wzniecił lokalny konflikt i zginął w bitwie, bo wydawało mu się, że czterdziestu dziewięciu uzbrojonych Europejczyków bez problemu pokona kilka tysięcy dzikich wojowników.

Od wyprawy Magellana minęło prawie pięćset lat, ale osiągnięcia Armady Molukańskiej nadal zadziwiają i budzą respekt. Płynęli bez dokładnej mapy, w nieznane, na pohybel morskim potworom i krwiożerczym tubylcom, o których opowiadały uczone księgi. Miesiącami jedli zepsutą żywność i z każdym nowym dniem powiększali swój zasób wiadomości z dziedziny entomologii. Przetrwali sztormy, szkorbut, głód i mróz.
Dla pieniędzy i sławy ludzie są w stanie zrobić naprawdę wiele. I chyba tylko nienawiść jest bardziej efektywnym katalizatorem rozwoju ludzkości.

PS. Brawa dla wydawnictwa za staranną redakcję merytoryczną (dr Maciej Forycki).

niedziela, 26 lutego 2012

DIABŁY Z LOUDUN

Tytuł: Diabły z Loudun (The Devils of Loudun)
Pierwsze wydanie: 1952
Autor: Aldous Huxley
Tłumaczenie i większość przypisów: Bartłomiej Zborski

Wydawnictwo: PIW
Seria: Biblioteka Babel
ISBN: 978-83-06-03246-8
Stron: 506

Ocena: 4/5

Szczerze mówiąc, kiedy czytałam "Matkę Joannę od Aniołów" (polecam dyskusję u Anny), nie zastanawiałam się w ogóle, ile w tej historii faktów, a co zmyślił autor. Nie przypuszczałam nawet, że opętanie zakonnic z Loudun zostało dobrze udokumentowane. Okazuje się, że zachowały się do naszych czasów m.in. autobiografia siostry Joanny oraz traktujące o egzorcyzmach zapiski ojca Surina, jego listy i prace teologiczne.

Nie wiem, z jakich źródeł korzystał Iwaszkiewicz, zresztą on w swoim opowiadaniu skupił się na relacji między Joanną i Surynem i problemach tego ostatniego z samym sobą, natomiast Huxley bardzo dokładnie przedstawił wszystkie wydarzenia (cała ta historia ciągnęła się latami), dołożył do tego interesujący opis obyczajowości i światopoglądu francuskiego społeczeństwa w pierwszej połowie XVII wieku oraz analizę osobowości głównych bohaterów.

Iwaszkiewicz zawarł w swoim opowiadaniu tylko część historii opętania, natomiast Huxley szczegółowo opisał również jego genezę i przebieg. Dużo miejsca poświęcił księdzu Urbanowi Grandierowi, który miał opętać miejscowe mniszki i spłonął za to na stosie. Takie oskarżenia by się nie pojawiły, a przynajmniej nikt nie wziąłby ich na poważnie, gdyby nie próżność i buta Grandiera oraz jego skłonność do romansów. W końcu tak zalazł za skórę lokalnym notablom, że gdy tylko pojawiła się okazja, doprowadzili do upadku wspólnego wroga. Huxley barwnie opisał ten małomiasteczkowy konflikt, towarzyszące mu zmowy, intrygi, w które z czasem zaangażował się kardynał Richelieu i sam król. Paradoksalnie to Grandier, którego życie obfitowało przecież w grzechy i słabości, okazał się na koniec bardziej ludzki niż jego świątobliwi oprawcy.
Wiosną i latem roku 1634 głównym celem egzorcyzmów nie było uwolnienie zakonnic od opętania, lecz postawienie Grandiera w stan oskarżenia. Egzorcyści dążyli do tego, by dowieść ustami samego Szatana, iż proboszcz jest czarownikiem oraz iż rzucił na mniszki urok. Jednak Szatan jest z samej definicji Ojcem Kłamstwa, toteż jego świadectwo jest bezwartościowe. Atoli argument ów Laubardemont, jego egzorcyści oraz biskup Poitiers zbijali twierdzeniem, iż należycie przymuszone przez kapłana rzymskokatolickiego, diabły muszą wyznać prawdę. Innymi słowy, to wszystko, czego prawdziwość histeryzująca zakonnica była gotowa, za poduszczeniem swojego egzorcysty, potwierdzić przysięgą, należało uznać, dla celów praktycznych, za objawienie Boże. Dla inkwizytorów doktryna ta była wielkim udogodnieniem, naznaczonym jednak poważną wadą w postaci sprzeczności z ortodoksją. [str. 202-203]
Bredzenia "opętanych" zakonnic słuchano z wielką uwagą, notowano wszystko, co za ich pośrednictwem mówiły "diabły", i na tej podstawie skazano na stos człowieka, który swych "ofiar" nigdy nawet nie spotkał osobiście. Co za czasy! Obecność "złego" w poszczególnych partiach ciał mniszek im samym, egzorcystom i wielu widzom wydawała się bezdyskusyjna. Sceptykom, których i wówczas nie brakowało, zarzucano herezję.

Z egzorcyzmów świadomie uczyniono widowisko (polecam zamieszczone tu już wcześniej cytaty), reality show ku podbudowaniu wiary u niezbyt wymagającego widza. Zarobiły na nim i urszulanki, i miasteczko, bo wyuzdane zakonnice oraz egzekucja przyciągały tłumy turystów. Zresztą dziś rzecz ma się nie inaczej - rozbudowuje się sanktuaria, tworzy nowe relikwie i zarabia na pielgrzymach, mamiąc ich opowieściami o rzekomych cudach. I, oczywiście, inkasuje się pieniądze. "Co łaska".
Gdy ogień wygasł, kat rozrzucił cztery pełne szufle popiołów, każdą w inną stronę świata. A potem ruszył do przodu tłum. Parząc sobie palce, mężczyźni i kobiety przesiewali gorący, miękki pył, poszukując zębów, kawałków czaszki i miednicy oraz węgielków z charakterystycznymi ciemniejszymi smugami, pochodzącymi ze spalonego ciała. Niektórzy byli niewątpliwie zwykłymi łowcami pamiątek, większość jednak poszukiwała relikwii z przeznaczeniem na amulety przynoszące szczęście lub też zdolne zmienić uczucia niechętnej niewiasty - oraz na talizmany przeciw bólom głowy, zatwardzeniu albo też wrogim knowaniom. Co ciekawe, te zwęglone resztki miały być skuteczne zarówno w przypadku, gdyby proboszcz rzeczywiście był sprawcą przypisywanych mu przestępstw, jak i gdyby był zupełnie niewinny. Właściwość czynienia cudów nie ma bowiem nic wspólnego z pochodzeniem relikwii, lecz z jej reputacją, bez względu na to, w jaki sposób ją zyskała. W całej historii pewien odsetek ludzi wraca do zdrowia lub szczęścia dzięki wpływowi niemal czegokolwiek, co zostało dobrze zareklamowane - od Lourdes do czarownictwa, od Gangesu do patentowanych leków i pani Eddy; od magicznej ręki świętego Franciszka Ksawerego aż do "świńskich kości", które Chaucerowski sprzedawca trzymał w szklanych czarach, żeby wszyscy mogli je dokładnie obejrzeć i oddać im cześć. Gdyby Grandier rzeczywiście okazał się taki, jakim przedstawiali go kapucyni, to znakomicie - nawet w postaci popiołów czarnoksiężnik jest obficie naładowany mocą i energią. Ale pozostałe po nim relikwie będą naładowane nie mniejszą mocą i energią, gdyby proboszcz okazał się niewinny, wówczas bowiem byłby męczennikiem, równym najgodniejszym z nich. W krótkim czasie zebrano niemal wszystkie popioły. Wściekle głodni i spragnieni, lecz szczęśliwi, że mają kieszenie wypchane relikwiami, turyści oraz mieszkańcy miasta odchodzili powoli w poszukiwaniu jadła, napitku i możliwości zzucia obuwia. [str. 294-295]
Gdyby i dziś organizowano podobne widowiska, gawiedź zachowałaby się tak samo. Wciąż pamiętam, jak rzucałam się na brzózki zdobiące ołtarze na drodze procesji w Boże Ciało, bo te gałązki, zaniesione do domu, miały podobno przynosić szczęście. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że miałam wtedy jakieś sześć czy siedem lat i byłam katoliczką, bo niby kim innym mogłam wtedy być, ale to samo robili i dorośli ludzie. (Zapraszam do przeczytania mojego wpisu o relikwiach).

W każdym razie warto pamiętać, że w pierwszej połowie XVI wieku Francja była nie tylko scenerią przygód dzielnych muszkieterów, ale i miejscem takich makabrycznych wydarzeń jak w Loudun.

***

Huxley stworzył (domyślam się, że w dużej mierze na podstawie zachowanych dokumentów) wiarygodne i pełne portrety psychologiczne Grandiera, siostry Joanny i Surina. Czyta się o nich jak o postaciach z krwi i kości, a nie o zasuszonych siedemnastowieczych mumiach. Pokazał ich na tle epoki, w której żyli, dzięki czemu dwudziesto- czy nawet dwudziestopierwszowieczny czytelnik może zrozumieć motywy ich działań i reakcje otoczenia. Wiem, że są czytelnicy, których brak choćby jednego sympatycznego bohatera zniechęca do kontynuowania lektury - dla nich informacja: w tej książce takowych nie ma. Czytałam z zainteresowaniem, zastanawiając się jednocześnie, którego z nich najbardziej nie lubię. Denerwował mnie zwłaszcza Surin, ludziom inteligentnym nie można wybaczać głupoty (choć on chyba też nie do końca był zdrowy psychicznie).

Autor wplótł w analizę psychologiczną tych osób również elementy własnego światopoglądu, który mnie (ja z tych niewiernych Tomaszów) wydaje się nieco osobliwy. Wiem o Huxleyu zbyt mało, żeby pokusić się o jakieś głębsze refleksje na temat jego przekonań, wspomnę tylko, że sporo miejsca poświęcił na uzasadnienie zachowania tej czy innej postaci jej potrzebą samotranscendencji. 
Introspekcja, obserwacja oraz zapis ludzkich zachowań w przeszłości i obecnie świadczą ponad wszelką wątpliwość o tym, iż dążenie do samotranscendencji, przekroczenia siebie, jest niemal równie powszechne i częstokroć równie przemożne jak dążenie do potwierdzenia własnego "ja". Ludzie pragną wzmocnić własną świadomość bycia tym, co przyjęli nazywać "byciem sobą", pragną jednak również - często nieodparcie gwałtownie - pozyskania świadomości bycia kimś innym. Krótko mówiąc, łakną wyjścia poza samych siebie, by przekroczyć granice tej mikroskopijnej wysepki - wszechświata, w którym uwięziona jest każda jednostka. [str. 91-92] 
Jeśli doświadczamy pragnienia samotranscendencji, dzieje się tak dlatego, że w jakiś nieokreślony sposób i wbrew naszej ignorancji wiemy, kim naprawdę jesteśmy. Wiemy (albo też, ściślej biorąc, wie coś, co znajduje się wewnątrz nas), że Podłoże naszej indywidualej wiedzy jest identyczne z Podłożem wszelkiej wiedzy oraz wszelkiego bytu; że atman (umysł dokonujący aktu wyboru, by poznać przez akt autorefleksji rzeczywistość) jest tożsamy z brahmanem (umysłem w swojej wiecznotrwałej istocie). Wiemy to wszystko, choć mogliśmy nawet nie słyszeć o doktrynach opisujących zasadniczy i podstawowy Fakt; nawet jeśli - gdy zrządzeniem losu jesteśmy z nimi obznajomieni - uważamy je za zbiór idiotyzmów. Znamy również ich praktyczne następstwo, które sprowadza się do tego, że ostatecznym zakończeniem, celem oraz istotą naszej egzystencji jest uczynienie miejsca w "sobie" dla "Tego"; ponikąd odsunięcie się po to, by Podłoże mogło pojawić się na powierzchni naszej świadomości; jest "umrzeć" tak doszczętnie, żebyśmy mogli powiedzieć: "Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus". Kiedy świadome ego przekracza siebie w akcie samotranscendencji, podstawowa jaźń może sobie uzmysłowić, na płaszczyźnie świadomości indywidualnej, fakt swojej własnej wieczności, jak też fakt współzależny, taki mianowicie, że każdy aspekt świata doznań zawiera w sobie element Ponadczasowości i Wieczności. Oto i wyzwolenie, oto i oświecenie, oto i dająca wieczne szczęście wizja, w kórej wszystkie przedmioty postrzegane są takimi, jakie istnieją "same w sobie", nie zaś we wzajemnej relacji z pożadającym i nienawidzącym ego. [str. 93-94]
Tak, tak, tego rodzaju wywodów jest w tej książce więcej. Są one absolutnie niekompatybilne z moim sposobem myślenia, może dlatego, że nigdy nie odpłynęłam pod wpływem alkoholu, narkotyków czy innych psychotropów, co Huxley uważa (lub uważał na tamtym etapie swojego życia), o ile dobrze zrozumiałam, za prosty (choć niekoniecznie najlepszy) wstęp do samotranscendencji (ale wprost tej metody nie polecał ze względu na jej skutki uboczne, czyli niebezpieczeństwo uzależnienia).

Ja wcale nie chcę siebie przekraczać, choćby dlatego, że nie potrafię się nawet dookreślić, nie znam też nikogo, kto by "doświadczał pragnienia samotranscendencji", stąd uogólnienie Huxleya, jakoby każdy odczuwał taką potrzebę, uważam za... hmm... bzdurę. Wydaje mi się, że współczesny człowiek (oprócz, to prawda - całkiem licznych, nawiedzonych dziwaków) ma wystarczająco dużo problemów z samym sobą i nie ma już czasu ani sił, żeby jeszcze zajmować się Podłożami, Ponadczasowościami i Faktami. No ale tak czy owak warto czasami poznać inny punkt widzenia, nawet taki, który wykrystalizował się przy udziale meskaliny.

Świadomie unikam słowa "powieść", bo tej książce znacznie bliżej do literatury faktu niż do beletrystyki, ale z drugiej strony trudno ją sklasyfikować jako typowe non-fiction. Aldous Huxley potraktował ją miejscami, jak już zasygnalizowałam, jako pretekst do przedstawienia swoich poglądów. Na szczęście nie tylko tych filozoficzno-psychologicznych. Dostrzegał analogię między wydarzeniami w Loudun a stalinizmem, nazizmem i maccartyzmem. Rzeczywiście: mechanizm prześladowań religijnych i politycznych, a raczej: mechanizm prześladowań opakowanych w ideologię religijną i polityczną jest identyczny, bardzo łatwo zrobić z niewinnej jednostki kozła ofiarnego, jeśli tylko opłaci się to silniejszej większości.

Wracając do książki. Jeszcze jedno może (nieco) utrudniać czytanie "Diabłów z Loudun": brak dialogów. Owszem, tu i ówdzie cytowane są krótkie wypowiedzi tej czy innej osoby, ale typowych dialogów nie ma tu w ogóle. Mnie to nie przeszkadzało, ale wiem, że niektórych długie ciągi tekstu nużą.

Chciałabym jeszcze zwrócić uwagę na pracę tłumacza - Bartłomieja Zborskiego, który erudycyjne popisy Huxleya opatrzył obszernymi przypisami umieszczonymi na końcu. Spodziewałam się tego, rozbudowane przypisy znalazły się też w esejach Orwella. (Tylko po co pan Zborski tłumaczył również książki Davida Irvinga?)

***

Naprawdę nie wiem, jak to się dzieje, że moje wpisy są takie chaotyczne. Dla tych, którzy dotarli aż tutaj mimo licznych kłód rzucanych im przeze mnie pod nogi, krótkie podsumowanie: warto przeczytać "Diabły z Loudun".


piątek, 13 stycznia 2012

CZŁOWIEK Z WYSOKIEGO ZAMKU

Tytuł: Człowiek z Wysokiego Zamku (The Man in the High Castle)
Pierwsze wydanie: 1962
Autor: Philip K. Dick
Tłumacz: Lech Jęczmyk

Wydawnictwo: Rebis
ISBN: 978-83-7510-568-1
Stron: 330

Ocena: 4-/5





SPOILERY   SPOILERY   SPOILERY


To niemal moje pierwsze bezpośrednie spotkanie z twórczością Dicka, więc nie wiedziałam, czego się spodziewać, ale oświecenie nastąpiło już po przeczytaniu połowy wstępu autorstwa Macieja Parowskiego, który zrelacjonował z grubsza treść książki, odbierając tym samym Dickowi możliwość zaskoczenia czytelniczki. Uważam, że ten tekst powinien stanowić raczej epilog niż wstęp, ale P. stwierdził, że to wydanie kolekcjonerskie, przeznaczone dla tych, którzy i tak już tę książkę dobrze znają, więc nie powinnam mieć do nikogo pretensji. Pozostanę przy swoim zdaniu. 

Tekst Parowskiego zirytował mnie jeszcze z innych względów, o czym później, i przyczynił się do tego, że do samej powieści podeszłam z rezerwą, która nie opuściła mnie przez większość lektury. Dowiedziałam się z niego, że Dick
Wielokrotnie radził się "I-cing", uczynił ją generatorem rozwiązań fabularnych i znaczącym bohaterem powieści. Później publicznie deklarował wdzięczność Księdze, ale zdarzało mu się pomstować na "I-cing", że zamiast jednoznacznego zakończenia podsunęła mu otwarte. [str. 10, "Wszechświaty w szopie" Macieja Parowskiego]
I rzeczywiście: kilkoro bohaterów niemal nie rozstaje się z Księgą przemian, szukają w niej objaśnienia teraźniejszości i wróżb co do przyszłości. I to wszystko jest napisane bardzo serio, co jeszcze potęguje śmieszność ich postępowania. W każdym razie w mojej opinii.

Akcja powieści toczy się mniej więcej w 1962 roku, ale w świecie, w którym Niemcy i Japonia wygrały wojnę i podzieliły się strefami wpływów. Niemcy osuszyli Morze Śródziemne, Słowian przepędzili do Azji (czyli wg Dicka - na Ukrainę), wymordowali prawie całą ludność Afryki, zbombardowali i zajęli wschodnią część USA i zaczynają kolonizować kosmos. Są opętani szalonymi ideami i nikt nie może ich powstrzymać przed ich realizacją. Z kolei Japończycy na terenach przez siebie okupowanych wprowadzili swój system społeczny i prawny, a biali, którzy chcieli coś osiągnąć, musieli przejąć również ich sposób bycia i światopogląd.
W rzeczywistości ci wszyscy, którzy nie byli ani Niemcami, ani Japończykami, nie liczyli się w ogóle. I musieli jakoś z tym żyć.

Pewną pociechę niosła im popularna, zakazana w strefie niemieckiej, powieść pt. "Utyje szarańcza", w której przedstawiono alternatywną wizję świata, w którym wojnę wygrały Wielka Brytania i USA. Jej autor, Hawthorne Abendsen, napisał ową książkę według wskazówek I-cing. Oczywiście. A na końcu okazało się, że Księga Przemian pokierowała w ten sposób fabułą, ponieważ tak naprawdę Japonia i Niemcy przegrały wojnę. Przynajmniej tak twierdziła sama Księga. Nie, motyw wróżbiarski nie spodobał mi się wcale.

Zainteresowało mnie za to coś innego: przekonanie większości bohaterów powieści, że wszystko kryje w sobie jakieś znaczenie, przesłanie; że wszystko ma jakiś sens albo przynajmniej uzasadnienie; że musi je mieć. Klucz do interpretacji symboli kryje się np. w I-cing, wystarczy tylko odpwiednio odczytać heksagramy.

Ja takiej wiary nie mam, dlatego wzruszył mnie zagubiony pan Tagomi usiłujący dostrzec w kawałku metalu nową Drogę, którą teraz powinien podążyć. Wzruszył mnie tak, jak przed paru laty widok starszej pani próbującej dostać się schodami ruchomymi prowadzącymi w dół na górną płytę dworca autobusowego w Krakowie.
Naturalnie w powieści jego wysiłki nie były nadaremne, bo Dick pozwolił mu zajrzeć do innego - prawdziwego? - świata, ale pan Tagomi nie był w stanie przyjąć jego istnienia do świadomości i złożył to wszystko na karb omamów wzrokowych. No cóż, czasami zaślepienie niesie pewną ulgę.

Podzielam zdanie innego bohatera książki, Wyndama-Matsona, że przedmioty są tylko przedmiotami i same z siebie nic nie znaczą - to my dorabiamy do nich symbolikę, dostrzegamy w nich to, co chcemy. Takie podejście jest oczywiście bardzo racjonalne, ale czasami odbiera egzystencji nieco uroku. Branie rzeczy takimi, jakie są, bywa zwyczajnie nudne.

Wykreowana przez Dicka wizja świata podzielonego między Niemców i Japończyków nie wydaje mi się przekonująca. Nawet napędzani chorą ideologią hitlerowcy nie zdołaliby w tak krótkim czasie rozwinąć programu lotów międzyplanetarnych. W ogóle nie wierzę w to, że dałoby się w tamtych czasach podzielić świat między dwie nacje na lata i że podbite ludy  byłyby wobec najeźdźców tak całkowicie bezsilne. Oraz w to, że tak szybko przejęłyby tak dużo z ich światopoglądu i kultury.

Nie udała się też Dickowi, oczywiście moim zdaniem, postać Juliany - ani przez chwilę nie sądziłam, że czytam o kimś, kto jest podobno taki niezwykły. Zrekompensowali mi to pan Tagomi i Robert Childan - wprawdzie duchowe rozterki pierwszego z nich są mi całkowicie obce (przyznaję się - jestem płytka;)), podobnie jak drobiazgowe analizy stosunków między tym drugim i jego klientami, ale jednak obaj mnie zaintrygowali.

"Człowiek z Wysokiego Zamku" nie wywarł na mnie Bóg wie jakiego wrażenia, nie jako całość, bo podobały mi się, nawet bardzo, wymienione już części składowe powieści, dlatego zadziwiło mnie niezmiernie porównanie przez Macieja Parowskiego ukazania się polskiego przekładu tej książki z festiwalem Solidarności i Noblem dla Miłosza. To chyba jednak nie ta skala.
Ale powieść polecam i sama zamierzam sięgnąć po inne utwory Dicka.

***

Książka jest bardzo ładnie wydana, ale naprawdę nie rozumiem, do czego odnoszą się ilustracje Wojciecha Siudmaka. Na pewno nie do jej treści.

niedziela, 1 stycznia 2012

BOY-ŻELEŃSKI. BŁAZEN - WIELKI MĄŻ

Tytuł: Boy-Żeleński. Błazen - wielki mąż
Pierwsze wydanie: 1998
Autor: Józef Hen

Wydawnictwo: W.A.B.
Seria: Fortuna i fatum
ISBN: 978-83-7414-383-7
Stron: 300

Ocena: 4/5

O Tadeuszu Boyu-Żeleńskim słyszał chyba każdy, choćby przy okazji przerabiania w szkole  wyjątków z jego "Słówek" czy "Wesela" Wyspiańskiego. Mniej osób zna go jako tłumacza literatury francuskiej, może dlatego, że z istnienia i roli tłumacza czytelnik zdaje sobie sprawę zwykle dopiero wtedy, gdy poczuje, że coś w przekładzie szwankuje. Nie pamiętam już teraz, kiedy po raz pierwszy przeczytałam "Niebezpieczne związki" de Laclosa, ale to, że tłumaczył je właśnie Boy, zauważyłam dopiero przy którejś z kolei lekturze. 

Paradoksalnie, na moje zainteresowanie osobą Tadeusza Żeleńskiego duży wpływ mieli jego zaciekli przeciwnicy z kręgów radykalnej prawicy, który domagali się parę lat temu usunięcia jego pomnika z krakowskich Plant i głośno krzyczą zawsze, gdy ktoś zamierza nadać jakiejś instytucji jego imię. Ciekawa byłam, czym im się tak naraził. Sięgnęłam więc po biografię autorstwa Józefa Hena, którą chwalił kiedyś u siebie Bazyl.

Nie mogłam się początkowo przyzwyczaić do stylu autora, nieco gawędziarskiego, pełnego dygresji i przeskoków chronologicznych. Przeszkadzało mi szczególnie to, że pisząc o osobach z rodziny czy kręgu znajomych Żeleńskiego, używał ich pseudonimów albo zdrobniałych imion, jakby sam osobiście znał to towarzystwo, co laikom takim jak ja może sprawić trochę kłopotów. Józef Hen napisał raczej opowieść o Boyu i tamtych czasach, a nie szczegółowe kalendarium jego życia. Szczerze mówiąc, wolę biografie bardziej uporządkowane, ale i ta zaczęła mi się w końcu podobać.

Oczywiście Józef Hen pisze o kolejnych etapach w życiu Tadeusza Żeleńskiego, przy czym stosunkowo dużo miejsca poświęca jego recenzjom teatralnym, a ponieważ dotyczyły one głównie sztuk, o których mało kto dziś pamięta, fragmenty te były dla mnie nieco nużące. Rozumiem częściowo zamysł autora - recenzje te uważa za bardzo ważną część dorobku literackiego Boya, ale ja wolałabym dowiedzieć się czegoś więcej raczej o jego felietonach czy warsztacie tłumacza.

Hen przytacza, rzecz jasna, tylko fragmenty recenzji Boya, więc trudno mi wyrobić sobie własne o nich zdanie, ale zdaniem biografa o ich atrakcyjności dla dzisiejszego czytelnika decyduje to, że nie zawierają one jedynie wrażeń wyniesionych z przedstawienia czy oceny gry aktorskiej, reżyserii itd., ale stanowią również przenikliwy komentarz do ówczesnej codzienności, stosunków społecznych, ścierających się światopoglądów. Chciałabym w tym trochę Żeleńskiego ponaśladować, ale chyba brak mi tego publicystycznego zacięcia (o talencie nawet nie wspominając). 

Boy miał go chyba mnóstwo, bo często zabierał głos w dyskusji o sprawach zupełnie niezwiązanych z literaturą czy teatrem, ale po prostu z życiem. Pisał o sytuacji społecznej kobiet, antykoncepcji, aborcji, roli kościoła, antysemityzmie, przeciwstawiał się obłudzie, fałszywej moralności i bezrefleksyjnemu klękaniu przed narodowymi świętościami. Co ciekawe, to właśnie dzięki niemu wprowadzono wysokie koszty uzyskania przychodu dla twórców, który to przywilej planuje im się obecnie odebrać (słusznie czy nie - nie wiem).

Był chyba kontestatorem z natury. Nie ze wszystkimi jego opiniami się zgadzam, ale szanuję jego odwagę ich głoszenia, i to w tamtych czasach. Hen przytacza taką jego wypowiedź:
"Igrać z najbardziej uświęconymi pojęciami, z najbardziej czcigodnymi uczuciami, próbować ich siły i szczerości, rozkładać je odczynnikiem śmiechu, prowokować obłudne oburzenia, demaskujące dyskusje, wpuszczać powietrze, ośmielać do myślenia, iżby pośród walących się bałwanów zostało to, co naprawdę szanowne - oto zadanie, które chciałbym spełnić według moich sił". [str. 193]
Nie musiał tego robić, wręcz mu się to nie opłacało - ostro go atakowano, początkowo głównie z prawej strony, ale wkrótce dołączyła do niej część lewej. Wypowiedzi naszych współczesnych ultraprawicowców to wypisz, wymaluj teksty ówczesnych zagorzałych endeków. Minęło tyle lat, prawie stulecie, ale jeśli o kulturę polityczną chodzi, a raczej o jej brak, to nie zmieniło się u nas nic, może z wyjątkiem tego, że teraz kanałów umożliwiających bezkarne szkalowanie jest o wiele więcej niż wtedy, więc jakakolwiek obrona czy polemika są jeszcze trudniejsze. "Łże się w dwóch słowach, na sprostowanie trzeba stu wierszy - któryż czytelnik by to wytrzymał!" [cytat ze str. 234]. No właśnie. Musiało mu być przykro, kiedy nikt nie stawał publicznie w jego obronie.

Tadeusz Żeleński sam siebie, w pewnym kontekście, nazywał błaznem. Miał chyba na myśli (to moje przypuszczenie) kogoś w typie Stańczyka. 
"Nie jestem ani 'satyrykiem', ani 'humorystą', te etykietki są mi bardzo niemiłe, jestem powtarzam, czystej krwi błaznem i nie widzę innego odcienia na wyrażenie swego temperamentu literackiego. [str. 178]
Czy był "wielkim mężem"? Raczej nie (o ile mogę sądzić). Ale jego zasługi dla naszej literatury i czytelnictwa w naszym kraju są trudne do przecenienia, choć często się o nich nie pamięta lub nie chce pamiętać, bo trudno wyrażać uznanie dla tłumacza i autora szkiców literackich, pomijając zupełnie jego światopogląd, kontrowersyjny - w pewnych kręgach - i dziś. 

Ja zamierzam bliżej zapoznać się z wyborem jego tekstów publicystycznych ze zbioru "Reflektorem w mrok". Tylko jeszcze nie wiem, kiedy:).

***   ***   ***

Nie byłabym sobą, gdybym nie wynotowała paru fragmentów, które z różnych względów mnie zaciekawiły. Fragmenty zwykłą czcionką to tekst Hena, kursywą - cytaty z Boya.

***
W krakowskim domu rodziców Boya bywało wielu artystów.
Wpadał często Aleksander Gierymski, także przyjaciel z lat paryskich. „Wystawił wówczas w Krakowie swój głośny obraz, przedstawiający chłopa i babę siedzących nad trumienką dziecka. Kiedy go ktoś komplementował, że tak przedziwnie oddał wyraz rodzicielskiego bólu, malarz nastroszył się i odparł opryskliwie, że jedyną jego intencją było uchwycić grę fioletowych cieni na parcianych portkach chłopa”. (Taki był styl! Tadeuszek, sądząc z tej opowieści, nie wierzył malarzowi: on sam był skłonny wzruszyć się chłopskim bólem. A może Gierymskiego drażniły komplementy?) [str. 24]

***
O sztuce Jerzego Żuławskiego pt. "Eros i Psyche":
"Eros i Psyche zawsze mnie interesował jako ciekawy materiał do ogólnej psychologii sukcesu, który od kilkunastu lat święci na scenie ta sztuka.." Ten sukces, "sądząc po wczorajszym przyjęciu - trwać będzie długo, jako ulubione jasełka filozoficzne dla dużych dzieci"
Nareszcie może sobie ulżyć. "Na czym polega ten szeroki sukces? Zgryźliwi twierdzą, że tajemnica jego to banalność, przeciętność, to umiejętność wzniesienia się na cal ponad głowy mas, ale broń Boże nie wyżej. Ale nie; to nie jest takie proste; to dopiero coś, ale nie wszystko; nie ma recepty na sukces, jak nie ma jej na podobanie się dla kobiety". Cios za ciosem. "Zdaje mi się, że sekret tkwi tutaj w tym: przemawiać do niższych potrzeb widza, głaszcząc równocześnie jego wyższe ambicje; pozwolić mu się przez cztery godziny gapić, dając mu złudzenie, że myśli i to filozoficznie! Sztuka panowania nad ludźmi to zawsze sztuka stwarzania pewnych złudzeń". Recenzent ciągnie swoją refleksję: "Utwór Żuławskiego doskonale zachował tę miarę. Jest w nim trochę poezji, ale szybującej utartymi szlakami, przysiadającej się do wszystkich nadobłocznych tramwajów; jest głębia... dostępna dla wszystkich; jest Myśl... wytarta jak szeląg i nie niepokojąca żadną niespodzianką". [str. 98, podkreślenia - E.]
***
"Swojego czasu prześladowała mnie myśl, aby rozwinąć agitację dla założenia wielkiej Ligi Odełgania Polski. Ale obejrzałem się nago w lustrze, zmierzyłem wzrokiem me wątłe ramiona i opuściłem je smutno z westchnieniem. - Nie dasz rady..." [str. 192]

***
Z felietonu pt. "Rozmyślania nad popielcem":
"To  pewna, że religii nie dała szkoła nikomu, odebrała ją niejednemu". [str. 202]
***
Uzasadnienie polemiki z Jerzym Braunem (który chwalił Żeleńskiego do czasu, gdy ten zjechał jego sztukę pt. "Europa", potem już tylko Boya opluwał):
"I mikrob jest mały, a jednak nauka się nim zajmuje, a poznanie jego zwyczajów i obyczajów może być kwestią zdrowia publicznego". [str. 229]

niedziela, 23 października 2011

HARFA TRAW

Kiedyż to pierwszy raz usłyszałem o harfie traw? Na długo przed tą jesienią, gdy zamieszkaliśmy na mydłodrzewie; więc może którejś poprzedniej jesieni? I oczywiście powiedziała mi o tym Dolly; nikt inny nie potrafiłby tego tak nazwać - harfa traw. Jeżeli po wyjściu z miasteczka udacie się drogą wiodącą do kościoła, niebawem miniecie wzgórze jaśniejące kościaną bielą nagrobków i porośnięte brunatnymi, spalonymi przez słońce kwiatami; jest to cmentarz babtystowski. Wszyscy nasi bliscy - Talbowie, Fenwickowie - są tam pochowani; matka moja spoczywa obok ojca, a groby dwudziestu lub więcej krewnych otaczają ich niby rozgałęzione korzenie jakiegoś kamiennego drzewa. Poniżej wzgórza jest łan wysokiej indiańskiej trawy, która zmienia barwę wraz z porą roku: pójdźcie obejrzeć ją jesienią, pod koniec września, kiedy staje się tak czerwona jak zachód słońca i kiedy suną po niej cienie szkarłatne niczym odblask ognia, a jesienne wiatry wygrywają na suchych źdźbłach melodię człowieczych westchnień, harfiane głosy. 
  Za łąką rozpoczyna się mrok Lasu Nadrzecznego. Musiało to być jednego z tych wrześniowych dni, gdy zbieraliśmy korzonki w lesie i Dolly zapytała:
  - Słyszysz? To harfa traw, zawsze snuje jakąś opowieść... Zna dzieje wszystkich ludzi leżących na tym wzgórzu, wszystkich, co kiedykolwiek żyli; a jak pomrzemy, opowie także i nasze. [str. 73]



To opowiadanie pełni podobną rolę, co wspomniana harfa traw: narrator, dorosły Colin Fenwick, wspomina szczęśliwe dzieciństwo czy może raczej wczesną młodość spędzoną w niewielkim miasteczku gdzieś na południu Stanów Zjednoczonych. Pozostali bohaterowie tej historii już nie żyją albo - co wychodzi prawie na to samo - zmienili się i oddalili od siebie, ale żaden z nich na pewno nigdy nie zapomniał tych kilku dni spędzonych wspólnie w domku na drzewie.
Colin miał wtedy szesnaście lat, jego ciotka Dolly i jej przyjaciółka/służąca po sześćdziesiąt, sędzia Cool prawie siedemdziesiąt, a Riley osiemnaście. Nie mieli ze sobą wiele wspólnego poza jednym: nie czuli się dobrze w otoczeniu, w którym żyli, nie potrafili się do niego dostosować, nie chcieli.
Krótki pobyt w domku na drzewie pomógł im się do tego przyznać przed samym sobą, a obecność podobnych do nich outsiderów dodała im otuchy. Miejsce, w którym się zatrzymali, kojarzyć się może z czymś infantylnym, ale wydaje mi się, że oni nigdy wcześniej nie wykazali się taką dojrzałością, jak w ciągu tych paru dni. Dojrzałością rozumianą jako zaakceptowanie siebie.



W 1998 roku wydawnictwo Prószyński i S-ka opublikowało "Śniadanie u Tiffany'ego" i "Harfę traw" w jednym tomie, ale postanowiłam napisać o każdym z tych opowiadań osobno. Zacytowany powyżej początek "Harfy" chyba tłumaczy, dlaczego. Wiele dzieli Alabamę z lat trzydziestych i o dekadę starszy Nowy Jork, inni są bohaterowie i tematyka obu utworów, "Harfa traw" jest bardziej sentymentalna, nostalgiczna - Truman Capote wplótł w utwór wątki autobiograficzne, o czym można sobie poczytać w Wikipedii


Ujął mnie sentymentalizm w wydaniu tego autora i żałuję, że nie cały utwór został napisany w tym właśnie duchu. Relację Siostry Idy skróciłabym o co najmniej połowę, z Rileya nie uczyniłabym rzutkiego przedsiębiorcy, a z sędziego smutnego staruszka nadstawiającego swojej rodzinie drugi policzek.
Ale może to wszystko dodaje opowieści wiarygodnosci, bo przecież nie można całego życia spędzić w domku na drzewie, w końcu trzeba z niego zejść i jakoś się dogadać z otoczeniem.


Tytuł: Śniadanie u Tiffany'ego (Breakfast at Tiffany's), Harfa traw (The Grass Harp)
Pierwsze wydanie: 1958, 1951
Autor: Truman Capote
Tłumaczenie: Bronisław Zieliński

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
ISBN: 83-7180-290-0
Stron: 156

Ocena: 4/5

czwartek, 14 lipca 2011

ŚWINIOBICIE

Tytuł: Świniobicie (Disznótor)
Pierwsze wydanie: 1960
Autorka: Magda Szabó
Tłumaczenie: Krystyna Pisarska

Wydawnictwo: PIW
Seria: KIK
Stron: 188

Ocena: 4/5


Krewnych się nie wybiera. Rodzina bywa oparciem, zdarza się jednak i odwrotnie - przecież najbliżsi najlepiej wiedzą jak się wzajemnie ranić, gdzie wbić szpilę, żeby zabolało najbardziej. W powieści Magdy Szabó toczy się kilka takich kameralnych dramatów, a to, że rozgrywają się wśród czterech ścian, nie ujmuje im ciężaru.

Kémeryowie przygotowują się do corocznego świniobicia i rodzinnej uczty, Tóthowie - do poprowadzenia znów, po wielu latach przerwy, warsztatu produkującego mydło i sklepu. Ci pierwsi to zubożała, ale dumna szlachta, drudzy - ubodzy rzemieślnicy. Oba klany połączyło przed laty małżeństwo Pauli Kémery i Jánosa Tótha, ale wkrótce potem nastąpiło całkowite zerwanie wszelkich stosunków. Dlaczego do tego doszło, dlaczego w ogóle Paula poślubiła Jánosa, z którego wcześniej tylko drwiła, dowiadujemy się stopniowo w trakcie lektury. 

Akcja powieści toczy się leniwie, właściwie tylko przez dwa dni mroźnego grudnia, mniej więcej w połowie lat pięćdziesiątych, na Węgrzech, ale genezę bieżących wydarzeń poznajemy z licznych retrospekcji. Pełny obraz tego, co się działo i dzieje, ma tylko czytelnik, a i to dopiero pod koniec książki, natomiast bohaterowie dysponują jedynie wiedzą cząstkową, która jednak wystarczy, by nienawidzić prawie wszystkich wokół. Magda Szabó powierzyła część narracji poszczególnym postaciom, dzięki czemu każdą z nich poznajmy bliżej. Mało wśród nich osób sympatycznych, trudno powiedzieć, czy wzbudzają większą niechęć, czy przeważa jednak litość. 
Początkowo fabuła wydaje się bardzo zagmatwana, ale w miarę czytania kolejne wątki splatają się i dopełniają. Na pewno wymagało to od autorki ogromnej precyzji i zręczności, które to cechy zawsze wzbudzają mój podziw, jako że jestem ich zupełnie pozbawiona:). Jak wspomniałam, akcja rozwija się powoli, by pod koniec bardzo przyśpieszyć. Powieść wieńczy tragiczny finał, ale przypuszczam, że oczyścił on wreszcie atmosferę w domach Kémerych i Tóthów, uczynił ją mniej klaustrofobiczną. 

"Świniobicie" oceniłam odrobinę niżej niż "Zamknięte drzwi" tej autorki; chyba ze względu na bohaterów - żaden z nich nie może się równać z Emerenc Szeredás, przynajmniej pod względem charyzmy. Ale książkę oczywiście polecam, utwierdziła mnie w przekonaniu, że Magda Szabó to świetna pisarka. Podobno jej najlepszą powieścią jest "Staroświecka historia"; jeśli rzeczywiście przewyższa "Zamknięte drzwi" czy "Świniobicie", to oczekuję powieści genialnej.

poniedziałek, 4 lipca 2011

KOBIETA W CZASACH KATEDR

The Lady and the unicorn Hearing
Jedna z tapiserii z cyklu
Dama z jednorożcem
Tytuł: Kobieta w czasach katedr (La femme au temps des cathédrales)
Pierwsze wydanie: 1980
Autorka: Régine Pernoud
Tłumaczenie: Iwona Badowska
Tłumaczenie wierszy: Barbara Jabłońska

Wydawnictwo: PIW
ISBN: 83-06-01626-2
Stron: 312

Ocena: 4-/5


Ostatnie zdanie mojego wpisu o książce "Gorsza płeć. Kobieta w dziejach Europy od antyku po wiek XXI" Marii Boguckiej brzmiało: Choć narzekamy na nasze czasy, cieszmy się, że nie żyłyśmy w gorszych, kiedy to chrześcijaństwo i myśl antyczna wyznaczały kobiecie miejsce na samym dole hierarchii społecznej. Lektura "Kobiety w czasach katedr" zmusiła mnie do częściowego zrewidowania tego poglądu.

Régine Pernoud skupia się tu na sytuacji kobiety w średniowiecznym społeczeństwie, zaczyna jednak od zwięzłego opisania jej pozycji w starożytnym Rzymie i na początku naszej ery, kiedy to nasze przodkinie nie miały właściwie żadnych praw. Wcale się nie dziwię, że chrześcijaństwo, zwłaszcza w nowotestamentowej wersji, zaczęło zdobywać sobie wśród pań (oraz niewolników) coraz większą popularność. Ta religia szerzyła się w Europie w dużej mierze właśnie za pośrednictwem kobiet, które przekonywały mężów do porzucenia dawnych wierzeń na rzecz bardziej nowoczesnych. Zresztą na tym nie poprzestawały: wstępowały do coraz liczniejszych żeńskich klasztorów, gdzie mogły się kształcić, a opatki (przeważnie wywodzące się z możnych rodów) brały nieraz czynny i znaczący udział w życiu politycznym.
Teraz ciekawostka. Autorka opisuje stworzoną w 513 roku regułę jednego z galijskich klasztorów.
Wszystkie będą się uczyć liter i codziennie rano przeznaczą dwie godziny na lekturę. Pierre Riché zauważa w związku z powyższym, że to właśnie zakonnikom winni jesteśmy tę zdobycz, niesłychanie ważną dla ludzkości, jaką stanowi "zwyczaj czytania w ciszy, wyłącznie wzrokiem". Wiadomo bowiem, że starożytni czytali zawsze na głos. Św. Augustyn wyraził nawet zdziwienie widząc swego przyjaciela, św. Ambrożego, biskupa Mediolanu, pogrążonego w takiej cichej lekturze. Oba bowiem nakazy - lektury i obowiązkowej ciszy - w przypadku braku owego ścisłego zalecenia pozostawałyby w jawnej sprzeczności. Rozróżnienie między lekturą a słowem mówionym jest wiec darem zakonników dla nadchodzących czasów. [str. 31-32]
Zakonnice i pustelnice darzono bardzo dużym szacunkiem, ale i w sferze świeckiej kobieta zyskiwała na znaczeniu. Apogeum tego procesu stanowił wiek XII - okres miłości dworskiej, sądów miłości, turniejów, trubadurów i chansons de geste. Wówczas stosunki między damą i poetą czy między damą a rycerzem przypominały te między seniorem i wasalem. Zresztą panie bywały również prawdziwymi seniorkami (nawet regentkami), rzemieślniczkami, nauczycielkami i medyczkami. Liczne wynalazki i udogodnienia ułatwiały również pracę zwykłym kobietom z niższych warstw, choć z naszego punktu widzenia nadal zaharowywały się nie śmierć.

Wydawało się, że sytuacja pań może się już tylko stopniowo poprawiać, ale pod koniec XIII wieku rozpoczął się proces odwrotny. Przyczyniły się do tego, według autorki, rosnące wpływy Uniwersytetu Paryskiego, który dążył do uzyskania monopolu na nauczanie i to kosztem szkół klasztornych, a już zwłaszcza prowadzonych przez zakony żeńskie. Kadra Uniwersytetu hołdowała filozofii Arystotelesa (o jego znaczeniu dla ówczesnych uczonych można poczytać choćby w "Imieniu róży" Eco), który o kobietach miał jak najgorsze zdanie. Do tego doszły epidemie i wojny, które przetrzebiły ludność Europy (w tym ludzi wykształconych), a z czasem - renesans prawa rzymskiego odmawiającego, jak pamiętamy, paniom niemal wszelkich praw.
Ten regres rozciągnął się na kolejne stulecia i dopiero w ostatnich dekadach sytuacja naszej płci zaczęła zmieniać się na lepsze, przynajmniej w naszym kręgu kulturowym. Niestety, wciąż istnieją społeczeństwa, w których torturuje i zabija się kobiety w imię jakichś bzdurnych zasad, tylko dlatego, że są kobietami. Jak długo jeszcze?!!!?

***

Książkę Régine Pernoud czyta się całkiem nieźle, początek wydał mi się nieco nużący (prawdopodobnie dlatego, że w historii Francji orientuję się bardzo słabo, a o jej początkach nie wiem w ogóle nic), ale potem jest już coraz lepiej. Autorka koncentruje się na opisaniu sytuacji kobiety w społeczeństwach zamieszkujących dzisiejszą Europę Zachodnią, zwłaszcza Francję, Anglię, Niemcy i Włochy, i przedstawia sylwetki pań, które w okresie średniowiecza odegrały w tamtych rejonach dużą rolę. Już od jakiegoś czasu wiem, że średniowiecze nie było aż tak mroczne, jak to się przyjęło uważać; kobietom z pewnych sfer mogło się wtedy żyć całkiem przyjemnie.

***

Treść znakomicie uzupełniają fotografie budowli, rzeźb i miniatur, w większości czarno-białe. Szczególnie przypadły mi do gustu fragmenty rzeźb z katedry w Naumburgu, obie pochodzą z ok. 1250 roku. Podoba mi się sposób, w jaki artysta ukazał indywidualność Uty i Regelindy. (Poniższe zdjęcia pochodzą z Wikimedia Commons).

Uta+Ekkehard detail
Uta, żona margrabiego Miśni Ekeharda

Reglindis
Regelinda, córka Bolesława Chrobrego,
żona Hermana, margrabiego Miśni

wtorek, 7 czerwca 2011

Z ZIMNĄ KRWIĄ

Tytuł: Z zimną krwią. Prawdziwa relacja o zbiorowym morderstwie i jego następstwach (In Cold blood: A True Account of a Multiple Murder and Its Consequentes)
Pierwsze wydanie: 1965 (w czterech częściach w "New Yorker")
Autor: Truman Capote
Tłumaczenie: Bronisław Zieliński

Wydawnictwo: Czytelnik
Seria: Nike
ISBN: 83-07-02003-4

Ocena: 4/5

Parę lat temu oglądałam film "Capote", ale, szczerze mówiąc, w pamięci ostała mi się wyłącznie rola Philipa Seymoura Hoffmana. Myślę, że byłoby inaczej, gdybym wcześniej przeczytała powieść "Z zimną krwią", ponieważ w filmie pokazano genezę i kulisy jej powstania oraz część opisywanych w niej wydarzeń. 

Temat książki nie jest zbyt oryginalny: w nocy z 14 na 15 listopada 1959 roku na farmie River Valley położonej w pobliżu miasteczka Holcomb w stanie Kansas zamordowano cztery osoby. Ofiarami było czworo członków rodziny Clutterów, zamożnej i cieszącej się w okolicy powszechnym i niebezpodstawnym szacunkiem. Śledczy dość długo nie potrafili znaleźć motywu tej zbrodni, a mordercy nie zostawili prawie żadnych śladów, w każdym razie takich, na podstawie których można by udowodnić im winę.

Ale czytelnik od samego początku zna ich tożsamość, to nie jest kryminał, nie trzeba rozwiązywać żadnej zagadki, kluczowe fakty podane są już na początku. Poza jednym: co dokładnie wydarzyło się na farmie Clutterów między przybyciem tam Perry'ego Smitha i Richarda Hickocka a odnalezieniem ciał przez sąsiadów? Przyznaję, że bardzo chciałam się tego dowiedzieć, częściowo zapewne za sprawą talentu autora, częściowo z powodu jakiejś takiej niezdrowej chyba ciekawości, która opanowała mnie podczas lektury. 

Wydaje mi się, że czytałabym tę powieść z mniejszym zainteresowaniem, gdyby nie to, że cała ta historia wydarzyła się naprawdę. Capote przeczytał w "The New York Times" krótką informację o tej zbrodni, która zainteresowała go na tyle, że udał się do Holcomb. Towarzyszyła mu Nelle Harper Lee, z którą przyjaźnił się od dziecka. Na miejscu zbierali materiały do książki, którą postanowił napisać Capote. Nawiązał również kontakt z mordercami: Smithem i Hickockiem, kiedy ich w końcu złapano. Spotykał się z nimi, zwłaszcza ze Smithem, wielokrotnie, również w więzieniu, w którym czekali na egzekucję. Zdobył ich zaufanie, wyciągnął informacje niezbędne do napisania powieści, która odniosła wielki sukces, artystyczny i komercyjny. 

Jeśli wierzyć filmowi, zwrot "z zimną krwią" może się odnosić nie tylko do procesu planowania morderstwa Clutterów, ale i do stosunku Capote'a do Smitha i Hickocka. Perry niewątpliwie go fascynował, to widać w książce, wydaje mi się jednak, że jej autor kierował się przede wszystkim wyrachowaniem, nie przyjaźnią.
Ale czy naprawdę - tak jak to pokazano w filmie - nie mógł się doczekać ich egzekucji, które to wydarzenie pozwoliło mu wreszcie po latach ukończyć powieść?

Tak czy owak udało mu się stworzyć dobrą, interesującą książkę. I choć, jak wspomniałam, fabuła nie jest zbyt oryginalna, ale sposób ujęcia tematu był wówczas nowatorski, a i dziś robi wrażenie. "Z zimną krwią" to jedna z pierwszych "non-fiction novel" (Wikipedia). Chwilami przypomina raczej reportaż, w innych miejscach powieść psychologiczną, Capote przytacza wypowiedzi mieszkańców Holcomb, detektywów, prawników, sprawców zbrodni, cytuje listy, orzeczenia lekarskie i szczegóły, które sprawiają, że całość wypada niezwykle obrazowo i wiarygodnie. W przedmowie informuje:
Cały materiał w niniejszej książce, nie pochodzący z moich własnych obserwacji, został zaczerpnięty z akt urzędowych albo jest wynikiem rozmów z bezpośrednio zainteresowanymi osobami - najczęściej rozmów prowadzonych w ciągu znacznego okresu czasu. [str. 5]
Capote pisze o tym, jak doszło do zbrodni, o śledztwie, aresztowaniu sprawców,  procesie, więzieniu i egzekucji, ale nie wyjaśnia, dlaczego do niej doszło. Odniosłam wrażenie, że próbuje szukać jej genezy w trudnym dzieciństwie Smitha, które poskutkowało "chorobą umysłową", oraz w wypadku Hickocka, w którym doznał on urazu głowy. Żadnego z nich nie usprawiedliwia, ale zdaje się prosić w ich imieniu o zrozumienie i wybaczenie (na co wskazuje cytat z "Ballady wisielców" Villona). Owszem, współczułam Perry'emu, ale jednak bardziej współczułam jego ofiarom.

PS W polskim wydaniu pojawiło się kilka dziwnych zwrotów, np. "nurkowe etole" (str. 322) albo "widoma wiara" (str. 521). Nie wiem, na którym etapie wydawania książki powstały, nie znalazłam również żadnej informacji o korekcie. Pomimo tych drobnych potknięć "Z zimną krwią" czyta się naprawdę dobrze.

piątek, 3 czerwca 2011

OPOWIASTKI

Tytuł: Opowiastki (Historietter)
Pierwsze wydanie: 1898
Autor: Hjalmar Söderberg
Tłumaczenie: Paweł Pollak

Wydawnictwo: Fundacja Szwedzka
ISBN: 83-918915-1-8
Stron: 106

Ocena: 4/5

Na ogół czytam literaturę polską oraz (w tłumaczeniach) brytyjską i amerykańską. Te mi najbardziej odpowiadają, bo te najlepiej rozumiem. Czasami jednak robię wyjątek i sięgam po - z mojej perspektywy trochę egzotyczne - książki pisarzy pochodzących z innych stron świata. I, ku memu własnemu zdziwieniu, często dobrze na tym wychodzę.

Jak się tak człowiek rozejrzy po księgarni, to zaczyna mu się wydawać, że w Skandynawii powstają wyłącznie kryminały (dwa nawet przeczytałam: "O krok" i "Mężczyzna, który się uśmiechał" Henninga Mankella), ale przecież nie są to największe osiągnięcia tamtejszej literatury. Kiedyś spore wrażenie wywarły na mnie dramaty Ibsena (powinnam do nich wrócić), "Krystyna, córka Lavransa" Sigrid Undset (noblistki), podobał mi się również "Egipcjanin Sinuhe" Miki Waltariego, a ostatnio - "Opowiastki" Hjalmara Söderberga. Otrzymałam tę książkę od pana Pawła Pollaka, który przełożył ją na nasz język i wydał.

To zbiór dwudziestu opowiadań, króciutkich i króciusieńkich, ale w większości przykuwających uwagę i domagających się ponownego przeczytania. Trudno znaleźć dla nich wspólny mianownik jeśli chodzi o treść, niektóre z nich wydają się zapisem drobnych, wykrojonych z codzienności scenek, inne to miniaturowe portrety zwykłych ludzi, którym przydarzyło się życie, są tu zapisy snów i wystąpienia przeciwko obłudzie.
Naturalnie nie wszystkie opowiadania podobały mi się w tym samym stopniu. Szczególnie przypadły mi do gustu "Rysunek tuszem", "Sen o wieczności", "Futro", "Zapłata za grzech", "Nauczyciel historii", "Rejestrator" i "Trefniś".

Dominuje tu melancholia, spleen, nieco ironiczne poczucie humoru i niechętna, ale stoicka (przynajmniej z pozoru) akceptacja ludzkiego losu. Podoba mi się to, że autor nie narzuca swojej interpretacji i nie szafuje "błyskotliwymi", pretensjonalnymi pointami. Myślę, że nieprzypadkowo zbiór rozpoczyna "Rysunek tuszem" (to opowiadanie można przeczytać TUTAJ), w którym, jak sądzę, Söderberg sugeruje, żeby nie doszukiwać się w jego twórczości (i w codziennym życiu) zbyt wielu den, sensu za wszelką ceną. No właśnie, czy literatura koniecznie musi nieść jakieś przesłanie? Ja tak nie uważam i odnoszę wrażenie, że autor "Opowiastek" również nie.

Słówko o formie. Każde opowiadanie mieści się na co najwyżej kilku stronach. Styl autora jest prosty, precyzyjny, nie ma tu stylistycznych fajerwerków czy oryginalnych metafor, które ja szczególnie cenię, a jednak... czymś mnie Söderberg ujął i właściwie sama nie wiem, czym konkretnie. Na pewno sięgnę po inne jego książki i może wtedy dojdę do jakichś wniosków. Wyczuwam w nim pokrewną duszę, a o niewielu pisarzach (w ogóle o niewielu ludziach) mogę to samo powiedzieć.

Polecam "Opowiastki". W dobie rozwlekłych, wielotomowych powieści dobra, skondensowana (co z tego, że nieco staroświecka) literatura działa naprawdę odświeżająco. 

środa, 20 kwietnia 2011

EX LIBRIS. WYZNANIA CZYTELNIKA

Tytuł: Ex libris. Wyznania czytelnika (Ex Libris. Confession of a Common Reader)
Autorka: Anne Fadiman
Pierwsze wydanie: 1998
Tłumaczenie: Hanna Pustuła, Paweł Piasecki
Opracowanie i noty: Jan Gondowicz

Wydawnictwo: Znak
ISBN: 978-83-240-1307-4
Stron: 185

Ocena: 4/5



Zaczęłam pisać Ex libris, gdy zdałam sobie sprawę, jakie to dziwne, że o książkach często pisze się tak jak o tosterach. Czy ta marka tostera jest lepsza niż tamta? Czy ten toster za 24,95 dolara to właściwy zakup? Ani słowa o tym, co mogę pomyśleć o moim tosterze dziesięć lat później i nic o czułości, jaką mogę wciąż darzyć stary egzemplarz. Ów model czytelnika jako konsumenta - do utrwalenia którego sama przyczyniłam się wieloma recenzjami - niemal zupełnie pomija coś, co uważam za istotę czytania: nie chęć nabycia nowej książki, ale to, jak podtrzymujemy związki ze starymi, tymi, które przebywają z nami od lat, z tymi których faktura, barwa czy zapach stały się nam tak bliskie, jak skóra naszych dzieci. [str. 8]
Podejrzewałam to od jakiegoś czasu, a po przeczytaniu zbioru esejów Anne Fadiman jestem już całkowicie pewna - żadna ze mnie bibliofilka czy mól książkowy. Lubię czytać, wrażenia z lektur publikuję na blogu, między półkami w bibliotece czy księgarni  mogę chodzić godzinami, ale nie traktuję konkretnych egzemplarzy książek tak osobiście. Wyjątek robię tylko dla mojej "Ani z Zielonego Wzgórza", moich "Dumy i uprzedzenia", moich "Mistrza i Małgorzaty" oraz mojego "Imienia róży". Tę ostatnią książkę mam w dwóch wydaniach: kieszonkowym PIW-u oraz zwykłym z Kolekcji Gazety Wyborczej. Egzemplarz kieszonkowy czytałam wiele razy, drugi przeleżał kilka lat u mojej siostry, która w międzyczasie zdążyła czymś go oblać. I choć ten drugi jest wygodniejszy, choćby dlatego, że przypisy znajdują się na dole strony, a nie na końcu książki, to jednak wolę ten pierwszy. Zaczęłam przeglądać kiedyś wersję z GW i jestem niemal pewna, że w kilku miejscach odrobinę (na niekorzyść) różni się od wydania PIW-u. Muszę to dokładniej sprawdzić. (Ależ ja jestem egocentryczna - miałam pisać o "Ex libris", a piszę o sobie...)

Anne Fadiman kieruje swoje eseje do osób, dla których czytanie to religia, styl życia i styl bycia. Ja się do takich ludzi nie zaliczam, nie potrafiłam zatem w stosownych momentach podzielać uczuć i entuzjazmu autorki. Przytacza ona historię znajomych swoich znajomych, którzy na kilka miesięcy wynajęli dom dekoratorowi wnętrz. Poustawiał on ich książki według koloru i formatu. "Wkrótce potem ów dekorator zginął w wypadku samochodowym. Muszę wyznać, że zebrani przy stole jednomyślnie orzekli, iż sprawiedliwości stało się zadosć". [str. 13] No cóż, ja jednak wyżej niż przedmioty cenię ludzi.

Coś mnie jednak z autorką łączy: zapędy korektorskie. Oczywiście nie mogę się równać z rodziną Fadimanów ani pod względem determinacji (nie wycinam z gazet artykułów, w których popełniono błędy, i nie szukam literówek w instrukcjach obsługi różnych urządzeń), ani niezbędnej po temu wiedzy. W dodatku czasami dość dowolnie stosuję zasady interpunkcji, ale tylko na blogu:). Natomiast kiedy zauważę błąd w słowie drukowanym albo usłyszę w telewizji lub radiu, to nie posiadam się z oburzenia.

Bardzo mi się spodobały niektóre metafory Anne Fadiman. Np. swój uporządkowany księgozbiór porównywała do ogrodu francuskiego, bałagan na półkach męża - do angielskiego, natomiast stosunek do książek - do miłości dworskiej i zmysłowej.
Brat autorki został upomniany przez hotelową pokojówkę, ponieważ odłożył książkę grzbietem do góry.
Przez następnych trzydzieści lat dojrzewała we mnie świadomość, że tak jak człowieka można kochać na więcej niż jeden sposobów, tak istnieje więcej niż jeden sposób kochania książek. Pokojówka wierzyła w miłość dworską. Fizyczna istota książki była dla niej święta, jej forma nierozdzielna z treścią; kochanek winien jej platoniczne uwielbienie i szlachetne, acz z góry skazane na niepowodzenie wysiłki zachowania po wieczne czasy stanu nieskazitelnej czystości, w jakim książka opuściła księgarnię. Rodzina Fadimanów wierzyła w miłość zmysłową. Dla nas święte były słowa książki - ale służące im papier, tkanina, karton, klej, nici i farba drukarska stanowiły zaledwie naczynie, i wolno było obchodzić się z nimi tak rozpustnie, jak dyktowała żądza lub pragmatyzm, bez obawy popełnienia świętokradztwa. Bezlitosne używanie nie świadczyło o braku szacunku, lecz o zażyłości. [str. 50]
Ja preferuję jednak miłość dworską. W dzieciństwie tyle razy słyszałam, że o książki trzeba dbać, że dziś po prostu nie jestem w stanie zaginać rogów czy bazgrać po nich długopisem. Ołówkiem - owszem, ale tylko w egzemplarzach własnych lub bibliotecznych. (Muszę się do czegoś przyznać: w wypożyczonej z biblioteki powieści "To nie jest kraj dla starych ludzi" dopisałam na marginesie, że pewien akapit został bardzo źle przetłumaczony;)). W Polsce książki są relatywnie drogie, więc może dlatego traktuje się je u nas nieco inaczej. Z drugiej strony nie stronię od podjadania w trakcie lektury, ale na szczęście nie ma to na ogół wpływu na stan książki:).

Anne Fadiman upakowała w swoich esejach mnóstwo ciekawostek, związanych nie tylko z książkami. Ma bardzo dobry styl, jej teksty są błyskotliwe i świadczą o dużej erudycji. Oczywiście autorka nawiązuje przede wszystkim do literatury amerykańskiej i angielskiej, ale pod każdym esejem znajdują się Dopowiedzenia Jana Gondowicza, które umożliwiają połapanie się w aluzjach.
Niektóre teksty czytałam z większym zainteresowaniem, inne z mniejszym, a najbardziej spodobały mi się: "Zaślubiny księgozbiorów", "Moja Specjalna Półka", "Być Tam"  oraz "Imperatyw katalogiczny".

"Ex libris" nie jest arcydziełem, pozostaje jednak książką bardzo dobrą i na pewno zachwyci każdego prawdziwego bibliofila. Mnie trochę zmęczyła, chyba za dużo w niej, jak na mój gust, różowości, której autoironia Anne Fadiman nie zdołała zrównoważyć. Radzę podzielić lekturę tej książki na kilka etapów.
Poza tym przeżyłam małe rozczarowanie, a może raczej zadziwienie, kiedy przeczytałam w Podziękowaniach, że niektóre z przytoczonych przez autorkę ciekawostek "odgrzebywali i sprawdzali" dla niej inni ludzie; byłam przekonana, że zaczerpnęła je sama ze swojego pokaźnego ksęgozbioru.

Zwykle o tym nie piszę, ale w przypadku tej książki nie mogę o tym nie wspomnieć - jest ślicznie wydana (choć szlaczek wokół tekstu na każdej stronie można było sobie darować). Nad bijący po oczach zimno-biały papier przedkładam kremowy, a w "Ex libris" uzewnętrzniają się wszystkie jego zalety.

środa, 13 kwietnia 2011

ZŁA KREW

Tytuł: Zła krew
Autor: Grzegorz Gortat
Pierwsze wydanie: 2009
Wydawnictwo "Nasza Księgarnia"
ISBN: 978-83-10-11688-8
Stron: 250

Ocena: 4-/5


Czytałam na blogach parę pozytywnych recenzji książek Grzegorza Gortata i już od jakiegoś czasu nosiłam się z zamiarem przeczytania jednej z nich. Wypożyczyłam akurat "Złą krew" przypadkowo, nie patrząc nawet na blurb. Przeczytałam go dopiero po powrocie z biblioteki i wtedy moja ciekawość jeszcze wzrosła. 
Opowieść subiektywna - jak w przypadku każdej próby przywołania przeszłości, gdy żal za czasem bezpowrotnie minionym przeplata się z pretensjami do historii.

Zważywszy, że czas potrafi zniekształcić odciśnięte w pamięci wydarzenia, a obiektywizm pisarza na przekór jego intencjom nader chętnie ulega podszeptom wyobraźni, uznałem za stosowne nadać bohaterom, narratora nie wyłączając, fikcyjne imiona i nazwiska. [fragment opisu na okładce]
A więc powieść w dużej mierze autobiograficzna. Autor urodził się dokładnie w tym samym roku, w którym na świat przyszedł mój tata, choć okres dzieciństwa wspominają zupełnie inaczej - Grzegorz Gortat dorastał w Łodzi, a mój tata w zabitej dechami kieleckiej wsi, przez którą nawet pekaes nie jeździł, co nikogo specjalnie nie dziwiło, bo na biegnącej przez ową wieś drodze asfalt pojawił się dopiero jakieś dziesięć lat temu. Co tam asfalt. Na podwórzu u mojego dziadka/wujków i cioci jeszcze do początku lat dziewięćdziesiątych stała, jak to się mówiło, stara chałupa, kryta strzechą, w której nocowaliśmy, kiedy przyjeżdżaliśmy na dwutygodniowe wakacje. I tu mogłabym Wam dokładnie opisać, jak ten dom wyglądał, bo pod wpływem książki Grzegorza Gorata zebrało mi się na wspomnienia, ale autor ma ciekawsze i bardziej szczegółowe, więc może przejdę do omawiania moich wrażeń z lektury:).

Zacznę, jak zwykle, od fabuły. Michał Bodler, w którym można się domyślać alter ego autora, urodził się w 1957 roku. Jego rodziców połączył raczej przypadek niż wielka miłość, a alkoholizm i bumelanctwo ojca poskutkowały rozwodem. Michał zamieszkał wraz z matką. Zofia Bodler troszczyła się przede wszystkim o to, żeby syn nie wdał się w ojca, który w końcu wylądował w więzieniu.
Dziś w dużych miastach każdy żyje osobno, wtedy o prawie do prywatności nikt chyba jeszcze nie słyszał - wszyscy stanowili część lokalnej społeczności i znajdowali się stale pod obserwacją sąsiadów, a każde choćby odrobinę niecodzienne wydarzenie musiało być omówione i osądzone przez konsylium złożone ze wszystkich mieszkańców kamienicy. Malowniczy to był tłumek, więc na ich przykładzie autor mógł pokazać różnorodny stosunek zwykłych  Polaków do ówczesnej rzeczywistości (szczególną sympatią zapałałam do pani Graczyk).

Opowieść Michała rozpoczyna się w 1962 roku, kończy latem 1968. Chłopiec przytacza nie tylko wspomnienia o sobie, rodzinie i kolegach, ale napomyka również o większości istotnych wydarzeń z tego okresu, np. o śmierci J.F. Kennedy'ego, Gagarina, wojnie w Wietnamie, wizycie de Gaulle'a czy o wydarzeniach marcowych.

Drugim bohaterem powieści jest Jochanan Fajner. Przyszedł na świat w 1906 roku, więc teoretycznie nie bardzo nadawał się na przyjaciela Michała, ale łączyło ich coś, co pozwalało pokonać różnice pokoleniowe: zła krew. W chłopcu krążyła krew ojca - pijaka i lekkoducha; spodziewano się, że pójdzie w jego ślady. W Fajnerze - żydowska, co jeszcze niedawno, w czasie wojny, oznaczało wyrok śmierci. On jej uniknął, jego najbliżsi nie.
Kiedyś był cenionym, również za granicą, pisarzem i krytykiem. Potem trafił do Sonderkommando w Oświęcimiu i pracował przy przewożeniu zagazowanych ciał do krematorium. Po wojnie wrócił do Łodzi, mieszkał niedaleko Michała. Spotykał go powszechny ostracyzm, właściwie z nikim nie rozmawiał, okoliczni mieszkańcy straszyli nim dzieci.
Michał czuł się czasami niemal równie wyobcowany, więc zrozumienia szukał właśnie u pana Jochanana. Fajner opowiadał chłopcu o swoim dzieciństwie na łódzkich Bałutach, o środowisku żydowskich intelektualistów w Warszawie, o Oświęcimiu.
Wydaje mi się, że największą korzyścią, jaką Michał odniósł z tych rozmów, było przekonanie, że w każdych okolicznościach można być sobą, że żadne piętna narzucone człowiekowi przez społeczeństwo nie mają decydującego wpływu na to, kim się jest. Przypuszczam, że tę lekcję chłopiec zrozumiał trochę później, ale jednak zrozumiał.

***

"Zła krew" to zbiór ułożonych w miarę chronologicznie wspomnień osoby dorosłej. Brakowało mi trochę jakiegoś motywu przewodniego, czegoś, co trochę mocniej wiązałoby poszczególne wydarzenia. Może mogłaby to być postać Jochanana, gdyby jego zapiski albo rozmowy z Michałem pojawiały się częściej w mniejszych dawkach.
Książka wydaje się miejscami nie tyle opowieścią o dzieciństwie i dorastaniu, co raczej kroniką wydarzeń politycznych. Autor przytacza fragmenty artykułów z ówczesnej prasy albo cytuje przemówienia Gomułki. Miejscami wypada to trochę nienaturalnie, ale w ogóle nie psuje przyjemności czytania. Grzegorz Gortat ma, jak to się mówi, bardzo lekkie pióro, więc nawet kiedy pisze o tragedii, robi to w sposób wyważony. Kartki książki przewracają się same.

Przypuszczam, że nie wszystkie opisane tu wydarzenia rzeczywiście miały miejsce, że nie wszystkie rozmowy przytoczone są dosłownie, ale uważam, że udało się autorowi oddać ducha tamtych czasów. Zdjęcia niektórych miejsc i pierwowzorów niektórych bohaterów (oraz nawiązujące do nich cytaty) można obejrzeć na stronie Grzegorza Gortata.

Ciekawa jestem, czy ktoś podobny do powieściowego Jochanana Fajnera rzeczywiście istniał.

Edycja: zapomniałam wcześniej napisać, że bardzo mi się spodobał ostatni akapit.

wtorek, 5 kwietnia 2011

AUSTERIA

Tytuł: Austeria
Autor: Julian Stryjkowski
Pierwsze wydanie: 1966
Wydawnictwo: POLITYKA Spółdzielnia Pracy
Seria: Polska literatura współczesna, tom IV
ISBN: 978-83-61174-85-1
Stron: 166

Ocena: 4/5

Początek I wojny światowej. Galicyjskie miasteczko, niedaleko granicy austriacko-rosyjskiej. Jego mieszkańcy obawiają się nadciągających Kozaków - wspominają czasy powstań Chmielnickiego. Blady strach pada przede wszystkim na kobiety i na Żydów. Niektórzy już wyjechali, inni wyjeżdżają, ale większość wciąż się waha. 
Żydowscy uciekinierzy wstępują po drodze do znajdującej się tuż za miastem austerii pana Taga. Tu można jeszcze naradzić się z sąsiadami, wysłuchać najnowszych doniesień, a raczej plotek. Stąd jeszcze można zawrócić. Nikt nie chce wyjeżdżać, porzucać domu i interesu, ale wydaje się, że innego wyjścia nie ma. Ruszają dalej.
Pieszo daleko nie zaszli, drogę odcięły im wrogie wojska. Kozacy dotarli też do miasteczka, zaczęło się grabienie dobytku, widać było łunę pożaru. Uciekinierzy postanawiają przeczekać noc w karczmie starego Taga. Są to przede wszystkim drobni przedsiębiorcy wraz z rodzinami, a oprócz nich grupka chasydów ze swoim cadykiem. Trwają w zawieszeniu, czekają na wieści z miasteczka, modlą się, wreszcie zasypiają. Ale nie wszyscy. Przed wschodem słońca jeszcze sporo się wydarzy - trochę tragedii, trochę komedii, dużo zamieszania, jak to w życiu, jak to na wojnie.

Kiedy czytałam tę książkę po raz pierwszy, nie podobała mi się. Trudno było mi śledzić bieg wydarzeń, bo choć fabuła obejmuje właściwie tylko mniej więcej dobę, to oprócz tego powieść zawiera sporo dłuższych retrospekcji. Co więcej, narratorem jest przeważnie karczmarz Tag, ale autor od czasu do czasu powierzał tę funkcję również innym postaciom, przy czym moment zmiany narracji bywa trudny do uchwycenia. To jeszcze nie wszystko - narracja miesza się niekiedy z dialogiem i nie zawsze można być do końca pewnym, które zdania autor danej wypowiedzi mówi na głos, a o których tylko myśli. Zaczęłam się w tym wszystkim orientować dopiero pod koniec, więc postanowiłam przeczytać "Austerię" raz jeszcze. 
To był dobry pomysł. Rozgryzłam zawiłości formalne, więc mogłam skupić się teraz na postaciach. Większość z nich jest bardzo charakterystyczna - nieszczęśliwie zakochany chłopiec, żona zdradzająca naiwnego męża, pobożny cadyk, socjalizujący szewc, wyrozumiały ksiądz... wreszcie Tag - dbający o gości, łagodzący spory, zabawiający się wieczorami z pracującą u niego prostą "dziewczyną od krów" - pobożny grzesznik, wątpiący wierzący, zwykły człowiek, który jednak potrafi zdobyć się na poświęcenie, może po to, by spróbować uratować choć cząstkę świata niszczonego przez wojnę.

Ta książka też chyba jest próbą zachowania pamięci - o Żydach i ich kulturze, która dla Polaków urodzonych po II wojnie światowej jest zupełnie obca; widujemy ją w filmach, ale raczej zagranicznych. Julian Stryjkowski był Żydem, urodził się w 1905 roku  w Stryju (dziś jest to miasto ukraińskie) jako Pesach Stark. Być może wplótł w tę powieść swoje wspomnienia. W każdym razie na pewno nie miał problemu ze stylizacją tekstu na język charakterystyczny dla tej społeczności.
Społeczności dla mnie trochę egzotycznej. Zaskoczyła mnie ogromna troskliwość dorosłych wobec dzieci, nawet obcych, co wynikało zapewne z wysokiej śmiertelności wśród niemowląt. Ale szczęka mi opadła, kiedy pojawili się chasydzi. Ich pobożność polegała w dużej mierze na afirmacji życia, co skutkowało ciągłymi śpiewami, modlitwami, tańcami i pomysłami takimi jak kąpiel nago w pobliskim strumieniu. Naturalnie wszystko to dotyczyło tylko mężczyzn, przyziemne sprawy spoczywały zatem na barkach ich żon.
Szkoda, szkoda, że wszystko tak się potoczyło...




Mam nadzieję, że ekranizacja "Austerii", której jeszcze nie oglądałam, okaże się równie dobra jak sama powieść. Siłą książki jest niewątpliwie tematyka, język i klimat. Potencjalnym czytelnikom odradzam czytanie jej na raty - warto zapoznać się z nią w jeden długi wieczór, maksymalnie dwa. Zdecydowanie nie jest to książka odpowiednia do czytania w tramwaju czy autobusie.