Impresje

czwartek, 7 sierpnia 2014

Moje słuszne poglądy na wszystko* I - Czytalność

Zastanawiam się, czy większość autorów pisze książki kierując się gustem potencjalnych czytelników, czy może jednak tworzy przede wszystkim dla własnej artystycznej satysfakcji. Trudno o rzetelne badania w tej materii, natomiast można chyba założyć, że większość redaktorów myśli raczej o odbiorcach.

Jest prawdą powszechnie znaną, że najlepiej sprzedają się romanse, spiskowe teorie dziejów, tania pseudofilozofia i poradniki oferujące uniwersalną i prostą odpowiedź na pytanie "jak żyć" i/lub "jak schudnąć". Szczególnie predestynowani do osiągnięcia finansowego sukcesu w dziedzinie literatury są ci pisarze, którzy w swoich książkach wymieszają we właściwych proporcjach wszystkie te elementy. Może im w tym pomóc współczesna technologia. Pozwolę sobie zacytować fragment artykułu Justyny Sobolewskiej z poprzedniego numeru Polityki (31/2014):
Żarty żartami, ale faktem jest, że Amazon i inne sklepy oraz serwisy internetowe z książkami zbierają informacje nie tylko o tym, ile osób kupuje czy ściąga książki, ale również jak i kiedy użytkownicy czytają, kiedy kończą (lub porzucają) książkę i sięgają po następną. W czasie gdy czytamy coś na czytniku, równocześnie to on czyta nas. Dotychczas wiadomo było tylko, że ktoś kupił (bądź nie) książkę. To, co się z nią dalej działo, było już tajemnicą czytelnika. Czy stoi i się kurzy, czy ma zagięte rogi, czy ktoś ją zaczął, ale nie skończył. Teraz pomiędzy samotność pisarza, niezbędną do pisania, i samotność czytelnika wchodzą koncerny, pieniądze i statystyki, które to, co prywatne, wyciągają w przestrzeń publiczną. Kiedy uruchamiamy aplikację iBooks w iPadzie, kiedy zaczynamy i przerywamy czytanie książki na Kindle’u, kiedy czytamy szybko, przewijając opisy przyrody, i kiedy wracamy do scen erotycznych, kiedy podkreślamy sobie cytaty – wszystko to zostaje zarejestrowane, łącznie z godzinami, w których czytamy. Te dane nie są zazwyczaj udostępniane użytkownikom. (...)
Wszystkie serwisy, które zbierają dane, są zgodne, że warto to robić po to, by czytelnicy dostawali dokładnie to, czego szukają i pragną. Niektórzy wydawcy udostępniają dane swoim autorom. Pisarze często marzą o tym, by zajrzeć do głowy czytelnika. Ale takie dane w rękach wydawców mogą też być twardym argumentem w negocjacjach z pisarzami. Chantal Restivo-Alessi z wydawnictwa HarperCollins zapewniała niedawno w rozmowie z „New York Timesem”, że autorzy dostają dane, ale wciąż tylko od nich zależy, jak będą pisać swoje książki. Jonathan Galassi z nowojorskiego wydawnictwa Farrar, Starus and Giroux jest zdania, że „czytelnik nie powinien mieć nic wspólnego z długością książki. Nie zamierzamy skrócić »Wojny i pokoju«, bo ktoś nie skończył jej czytać”. Kilku autorów zareagowało alergicznie na propozycję, żeby dostarczać czytelnikom dokładnie tego, czego oczekują. To by znaczyło, że pisanie jest tylko odpowiedzią na zapotrzebowanie rynku i niczym nie różni się od produkcji choćby płatków śniadaniowych. – Ciekawość jest – mówi Sylwia Chutnik – ale bałabym się późniejszego sugerowania się: „Oho, lubią moje puenty, w takim razie co akapit walnę jakąś nową”. Poza tym, im więcej elektroniki, tym więcej statystyk, wykresów i Excela. A ja jestem człowiekiem Worda.
W regulaminach wszystkich chyba serwisów internetowych widnieje informacja o tym, że firma zbiera dane o użytkownikach. Zresztą dokładnie to samo robią platformy, na których większość z nas prowadzi swoje blogi - dostarczają nam podstawowe statystyki, ostatnio mocno przekłamane wskutek intensywnej działalności spamerów. Wielu z nas korzysta również z innych narzędzi, np. z Google Analytics. Mierzą one popularność blogu i mogą być argumentem w negocjacjach ze sponsorami. Na blogach książkowych raczej się jeszcze nie zarabia, ale czytałam, że niektóre wydawnictwa proszą o statystyki zanim zdecydują się na wysyłanie egzemplarzy recenzenckich. 

Telewizje od dawna badają oglądalność, radia - słuchalność, a teraz wydawcy i autorzy mogą sprawdzać "czytalność". I wyciągać wnioski. Być może już niedługo książki, opisy i akapity będą miały optymalną długość, zwroty akcji pojawią się w najbardziej preferowanych momentach, na końcu rozdziału znajdzie się zapowiedź tego, co stanie się w następnym, a autorzy wielotomowych serii będą uzależniać losy swoich bohaterów od wyników sondy przeprowadzonej wśród nabywców poprzednich tomów. I to nadal będzie literatura. Efekt będzie mniej więcej taki, jak dzisiaj, ale autor osiągnie go w nieco inny sposób.

Myślę, że na "czytalności" skupią się przede wszystkim twórcy i wydawcy literatury popularnej, lekkostrawnej, tzw. literatury pięknej nie da się chyba pisać w ten sposób. Statystyki mogą popdpowiedzieć rozwiązanie fabularne, ale - póki co - z dostawcy "kontentu" nie zrobią błyskotliwego erudyty, wielkiego stylisty czy świetnego opowiadacza historii. Ale kiedyś - kto wie? - może do tworzenia literatury popularnej człowiek nie będzie w ogóle potrzebny?



Chciałabym się przy okazji odnieść do jeszcze innego prasowego artykułu, tym razem z "Gazety Wyborczej". Jego autor, Kazimierz Orłoś, nadał mu znamienny tytuł: "Najpierw żyj, potem pisz"

Najpierw pan Orłoś dokłada krajowym krytykom literackim (zwłaszcza tym po polonistyce), którzy - jego zdaniem - narzucajom młodym pisarzom pewne mody i konwencje, a potem promują i nagradzają tych posłusznych. Tego komentować nie będę, bo ja się w tym światku nie obracam. Trudno mi się jednak zgodzić z inną tezą pana Orłosia (pisownia oryginalna):
Mam wrażenie, że dziesiątki młodych autorów korzysta z tej "pogody na pisanie". Obdarzeni łatwością pisania, tworzą powieść za powieścią, zyskując aplauz życzliwych krytyków. Gdzieś podział się warunek niezbędny: wartość powieści realistycznej powinna wynikać z doświadczenia autora, z jego życiorysu, z nabytej w ciągu lat znajomości ludzi, ludzkich zachowań i namiętności. Wiązać się z jego pamięcią. Wskazana jest zmiana zawodów, miejsc - długie "terminowanie w życiu" w różnych okolicznościach. Bo postacie w powieści, jak mówi Singer, powinny być brane z życia, mieć swoje odpowiedniki - wzory.
Tymczasem się okazuje , że można wszystko napisać, czerpiąc z własnej wyobraźni i wiedzy komputerowej.
Tak jakby pisarze z wiekiem automatycznie stawali się mądrzejsi i zyskiwali coraz głębszą znajomość ludzkiej natury, co wprost proporcjonalnie przekłada się na jakość ich prozy. Uważam, że niejednokrotnie młody człowiek może mieć o wiele więcej doświadczeń potencjalnie literaturotwórczych niż ktoś o kilka dekad od niego starszy. Czy zdaniem pana Orłosia pisać powieści można dopiero na emeryturze? Moim zdaniem liczy się jednak przede wszystkim talent.
To zdumiewające, że część krytyków nie dostrzega tej różnicy: między prozą, której autor coś przeżył, a tą, której autor jedynie coś sobie wyobraził. To zasadnicza różnica, jasno wynikająca z historii literatury, z twórczości wielkich realistów i polskich, i obcych. Tymczasem jest przeciwnie - ten trend, ten poklask, jaki zdobywają młodzi autorzy pozbawieni doświadczenia życiowego, są w najwyższym stopniu niebezpieczne. Prowadzą do powstawania literatury powierzchownej, często efektownej, ale pozbawionej autentycznej refleksji nad człowiekiem.
Szkoda, że autor nie pokusił się o jakieś konkretne przykłady młodych pisarzy pozbawionych doświadczenia życiowego, przez to powierzchownych, a jednak nagradzanych.

Nie rozumiem, dlaczego tak deprecjonuje wyobraźnię. Czyżby sugerował, że pisać można tylko autobiografie albo reportaże?

Poza tym obecnie nie ma raczej u nas mody na tworzenie wielkich powieści realistycznych w rodzaju "Lalki" czy "Ziemi obiecanej". Oczywiście, powstają współczesne powieści obyczajowe, ale wydaje mi się, że czytelnicy nie szukają w nich twardego realizmu - mają go dosyć na co dzień we własnym życiu, dodatkowe dawki mogą sobie zaaplikować, czytając reportaże albo oglądając tzw. programy interwencyjne. Trzeba by było naprawdę ogromnego talentu, żeby stworzyć powieść realistyczną o naszych czasach, która zajęłaby dzisiejszego czytelnika. Doświadczenie życiowe na pewno tu nie wystarczy, choć niewątpliwie pomoże.

Dalej pan Orłoś zarzuca "autorom z młodego i średniego pokolenia" m.in. wulgarność oraz dążenie do szokowania czytelnika. Zawsze byli tacy pisarze. A wulgarność wcale nie jest właściwia tylko ludziom młodym. Pani Ewa Wójciak, daleko nie szukając, dyrektorka teatru, nazwała papieża wiadomo jak, a "wiedza komputerowa" podpowiada, że urodziła się w 1951 roku. Nie najmłodsi przecież bohaterowie tzw. afery taśmowej używają słownictwa teoretycznie właściwego dla grupki osiedlowych żuli. Wulgarność, nie tylko werbalna, jest nieodłącznym elementem współczesnej rzeczywistości i jeśli literatura ma opowiadać o naszych czasach, to chyba też musi taka właśnie być. Mnie też to razi, ale nie mam na to wpływu.




* Miałam kiedyś blog o takim tytule. Lubię autoironię tej frazy, więc postanowiłam nazwać tak cykl wpisów, które niekoniecznie traktują o książkach. Może zresztą cykl to nieodpowiednie słowo, ot, czasami coś skrobnę.

niedziela, 3 sierpnia 2014

PIĘKNI DWUDZIESTOLETNI

Tytuł: Piękni dwudziestoletni
Pierwsze wydanie: 1966
Autor: Marek Hłasko

Wydawnictwo: Polityka Spółdzielnia Pracy, 2008
Seria: Polska literatura Współczesna (tom I)
ISBN: 978-83-61174-73-8
Stron: 158



   Ci wszyscy chłopcy, z którymi ja zaczynałem, wiedzieli, że jest fatalnie, ale czekali przez lata, aby móc napisać jeden wiersz, jedno opowiadanie; aby móc namalować jeden surrealistyczny obraz czy też wystawić rzeźbę niepodobną do niczego. Ale byli to ludzie, którzy wbrew faktom i wbrew wszystkiemu, co działo się dokoła, usiłowali zachować wiarę, że nadejdzie chwila, w której wolno będzie powiedzieć: nie. My, łysiejący już, i nie piękni, i nie dwudziestoletni, mieliśmy tych parę kroków w słońcu; jedni z nas zrobili to gorzej, drudzy lepiej; nie powstały w tym czasie dzieła o wielkiej wartości, ale być może przydadzą się one przyszłym kronikarzom jako dowody nędzy i nieudolności i jako dowody niemocy człowieka żyjącego w koszmarze, nie znajdującego w sobie siły, aby to wyznać. Ale jak powiedziałem: byli to ludzie, którzy wierzyli, że wolno im będzie powiedzieć tylko to jedno najważniejsze w życiu każdego człowieka słowo: nie.
   Kiedy dzisiaj spotykam ludzi pięknych, dwudziestoletnich i rozmawiam z nimi, przeraża mnie jedno: wszyscy oni wiedzą, że w Polsce jest źle; wszyscy nie mają złudzeń co do tego, że Polska jest krajem okupowanym; natomiast nikogo z nich to specjalnie nie interesuje. Jedna z najładniejszych dziewczyn, jaką ostatnio spotkałem, chce zostać inżynierem od mózgów elektronowych; inny piękny dwudziestoletni studiuje archeologię śródziemnomorską; jeszcze inny jest inżynierem-metalowcem. Żaden z nich nie chciał być ani pisarzem, ani malarzem, ani rzeźbiarzem; żaden z nich nie czeka już na dzień, w którym wolno będzie mu powiedzieć: nie. Jeśli urywa się na Zachód malarz, pisarz czy reżyser, czekają go lata udręki i dorywczych prac; noce spędzone w brudnych hotelach; kobiety, które płacą; i właściwie nie znam wypadku - poza Miłoszem - aby proces deklasacji społecznej nie towarzyszył zawsze artyście uciekającemu spoza Żelaznej Kurtyny. Ci nowi piękni dwudziestoletni nie będą już mieć tych problemów: po wybraniu azylu dalej będą lekarzami, inżynierami czy Bóg wie zresztą czym. Nie grozi im ani nędza, ani głód, ani tęsknota za krajem, który zostawili, i który nie sprawiał im cierpienia. I to są ci nowi piękni dwudziestoletni. [str. 114-115]

Za to Marek Hłasko wierzył i buntował się nieustannie, zwłaszcza kiedy był agentem milicji i korespondentem "Trybuny Ludu", a już na pewno kiedy wprowadzał się do służbowego mieszkania, które przydzieliła mu ta okrutna władza. Jego wiara świadczyła o naiwności i ignorancji, które zresztą u dwudziestolatka czy dwudziestokilkulatka były (i są) czymś naturalnym. Zwłaszcza w tamtych czasach: przecież po II wojnie światowej zasadne było oczekiwanie, że może być już tylko lepiej, a nowy ustrój oferował młodym ludziom względną stabilizację albo możliwość poważnego awansu społecznego - dopóki byli posłuszni, z wewnętrznego przekonania lub wskutek chłodnej kalkulacji. Skąd następne pokolenia miały brać złudzenia?

Hłasko rozczarował się najpierw Polską, a potem, jeszcze szybciej, Zachodem. Tu był niekwestionowaną gwiazdą literatury i środowiska. Tam postrzegano go jako jednego z bardzo wielu początkujących pisarzy, którzy zwiali zza żelaznej kurtyny i którzy mieli do opowiedzenia te same historie. Z goryczą porównywał swoją sytuację z położeniem byłych komunistycznych aparatczyków, których traktowano zupełnie inaczej, bo ich wiedza przydawała się służbom państw, do których uciekali. W jednym z rozdziałów zaproponował zdesperowanym artystom kilka sposobów przetrwania: udawanie obłędu, publiczne potępianie komunizmu, sutenerstwo, pobyt w więzieniu i wreszcie uczciwa praca, przy czym ta ostatnia opcja dostępna była tylko teoretycznie. Małżeństwo z zamożną niemiecką aktorką również stanowiło jakieś wyjście. Skuteczność większości wymienionych metod przetestował na własnej skórze.

O tym wszystkim (i o jeszcze wielu innych rzeczach) Hłasko pisał szczegółowo i sugestywnie, przeplatając fakty z "prawdziwymi zmyśleniami", więc nawet swojej zrozpaczonej matce musiał potem w liście tłumaczyć, że "Piękni dwudziestoletni" to parodia, a nie autobiografia. Wydaje mi się jednak, że nawet jeśli zmyślał w mniejszym lub większym stopniu szczegóły, to autobiograficznej, gorzkiej prawdy i tak w tych tekstach jest sporo.

Zresztą Hłasko zawarł w tych zapiskach nie tylko opowieść o sobie - swoim dzieciństwie, problemach z nauką, pracy fizycznej w państwowych przedsiębiorstwach, wymuszonej współpracy z milicją, początkach pisania, współpracy z "Trybuną Ludu" i "Po prostu", pobycie w Izraelu itd. - obok tego wszystkiego są tu fragmenty bardziej zbliżone do felietonu niż do autobiografii. Autor ocenił polską literaturę powojenną, omówił wizerunek Polaków literaturze amerykańskiej i postrzeganie Ameryki w peerelowskiej Polsce, barwnie opisał modne lokale i zwykłe mordownie - warszawskie, paryskie, izraelskie, wplótł trochę anegdot o znajomych pisarzach (m.in. Broniewski) i filmowcach (m.in. Polański).

Hłasko poruszył też kwestię własnej twórczości, oczywiście, jak to on, autoironicznie i prowokująco. Stwierdził mianowicie, że zwięzłości i rzeczowości nauczył się pisząc donosy dla policji.
Dzisiaj, kiedy myślę o nich, zaczynam czuć coś w rodzaju wdzięczności: zjawili się wtedy, kiedy nie pomyślałem nawet jeszcze o tym, aby bawić się w życiu piórem, i gdyby nie ich proste a pełne zachęty słowa obiecujące mi przykry okres abstynencji - miast pisania traciłbym zapewne zdrowie w restauracjach, opowiadając moim przygodnym towarzyszom i towarzyszkom historię mego złamanego życia. Myślę, iż w tym to właśnie okresie, z konieczności, która stała się potem upodobaniem, nabrałem miłości do formy krótkiej i zwięzłej. To jedyne, co w tej zabawie liczy się dla mnie naprawdę. Tysiąc policjantów można zmienić jednego dnia i tysiąc więźniów można pognać jednego dnia przez tysiąc kilometrów. Ale nie to jest ważne. Ważne jest tylko to, że w twoim życiu może nadejść tysiąc dni, w ciągu których nie zdołasz napisać ani jednej strony. Gdyby mój dorobek pisarski upoważniał mnie do dawania rad młodym, powiedziałbym im: Każdy z was powinien przez jakiś czas popracować dla tajnej policji, aby wyrobić sobie styl i jasność myślenia. Książki trzeba pisać tak jak donosy, pamiętając przy tym, że głupio napisany donos może zniszczyć przede wszystkim ciebie. [str. 34]
"Pięknych dwudziestoletnich" pisał na przełomie 1965 i 1966 roku w Maisons-Laffitte i w Paryżu, a książka ukazała się w maju 1966 roku w serii Biblioteka "Kultury". W znalezionym w sieci 168 "Zeszycie Historycznym" znalazłam cytat z listu Hłaski do Jerzego Stempowskiego (ciekawe, dlaczego nie ma tej korespondencji w "Listach" wydanych przez Agorę), w którym nadawca wyjaśniał, że napisał "Pięknych dwudziestoletnich", żeby "rozśmieszyć Giedroycia". Być może to jeden z adresatów tych tekstów, może ta podrasowana historia trudnego dzieciństwa i równie trudnej młodości miała Hłaskę trochę usprawiedliwić w oczach pana Jerzego, który po tej lekturze powinien dojść do wniosku, że zachowanie Hłaski jest wprawdzie nie do przyjęcia na dłuższą metę, ale winić za to trzeba okoliczności, w których dorastał. W każdym razie wydaje mi się, że "Piękni dwudziestoletni" to opowieść skierowana głównie do ludzi, którzy po wojnie nie wrócili do Polski, do emigrantów z długim stażem. Polakom w kraju nie trzeba było przypominać, że pracują za głodowe pensje albo że wszyscy i wszędzie kradną, bo inaczej się nie da.
Zresztą oni oficjalnie nie mogli czytać książek wydawanych przez "Kulturę", twórczość Hłaski przestała być w kraju publikowana po 1956 roku, wznawiano ją dopiero w latach osiemdziesiątych i to tylko w drugim obiegu. Być może zatem książki Hłaski były w PRL-u równie poszukiwane, jak utwory Gombrowicza na początku lat pięćdziesiątych:
Wreszcie dano mi Gombrowicza do czytania i wtedy już oszalałem zupełnie.
   Nieprawdą jest to, co sam Gombrowicz pisze o sobie w którymś ze swoich Dzienników, że oceniono jego pisarstwo zbyt późno - zdaje się, że to miało jakiś związek z artykułem Sandauera. Nie wiem, co powiedział, czy też napisał, Sandauer; wiem natomiast, że Gombrowicz był uwielbiany przez młodych i starych. Ja sam pożyczyłem Ferdydurke - ale musiałem zastawić za to swój zegarek, gdyż właściciel nie miał do mnie zaufania; i słusznie. Egzemplarz Ferdydurke, który ja czytałem w roku tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym trzecim, przeszedł już przez setki rąk; kartki były posklejane, pobrudzone. To samo z Pamiętnikiem z okresu dojrzewania. Tych książek nie można było kupić; pożyczało się je na dni; czasem na pół dnia. Tego oczywiście Gombrowicz wiedzieć nie może; a ja tam byłem i widziałem. [str. 22-23]
Hłasko zaczął od opowieści o swoim dzieciństwie, zakończył opisem pobytu w Izraelu, więc teoretycznie chronologia wydarzeń jest zachowana, ale tylko teoretycznie, bo autor skakał z tematu na temat, a anegdota goni dygresję. 
Ja, pisząc te wspomnienia, staram się im nadać jakąś - jak by to powiedzieć - kompozycję stylistyczną raczej, a nie strukturę budowaną na faktach, gdyż, jak już mówiłem, jestem zbyt młody i zbyt mało znaczę, aby pisać pamiętniki w stylu Witosa. [fragment listu Hłaski do Giedroycia z 25.11.1965 roku]
Nawet jeśli Witos napisał jakieś pamiętniki, to prawdopodobnie dziś nie sięgają po nie nawet najzagorzalsi członkowie PSL-u, natomiast Hłaskę nadal czyta się zaskakująco dobrze. Jest autentyczny nawet kiedy zmyśla. Co prawda jego stosunek do kobiet nie może mi się podobać, ale wspaniałomyślnie składam to karb ówczesnej kinematografii, a zwłaszcza Humphreya Bogarta.

Na koniec cytat, który może niekoniecznie tu pasuje, ale szkoda by było go pominąć:
(...) rozumu nie można zastąpić wiedzą o tym, jak należy myśleć. [str. 28]


czwartek, 10 lipca 2014

LISTY

Tytuł: Listy
Pierwsze wydanie: 2014
Autor: Marek Hłasko
Wybór, opracowanie i wstęp: Andrzej Czyżewski
Tłumaczenie: Joanna Preizner, Małgorzata Wolf

Wydawnictwo: Agora
ISBN: 9788326813511
Stron:592



Być może znajomości z autorem nie powinno się zaczynać od czytania jego prywatnej korespondencji, ale zaproponowano mi właśnie tę książkę, a ja dla odmiany postanowiłam odpowiedzieć: "poproszę". Oczywiście to nie jest tak, że nic o Hłasce nie wiedziałam, był postacią na tyle charakterystyczną, że pisali o nim inni. Właśnie częściej o nim samym niż o jego książkach. W tzw. społecznej świadomości Hłasko funkcjonuje jako outsider, buntownik, polski James Dean - rzadziej jako pisarz.

Po przeczytaniu "Listów" nadal trudno mi ocenić skalę jego literackiego talentu, bo też chyba nie pisał większości z nich z myślą o publikacji. Wolałabym też na ich podstawie nie wyciągać zbyt daleko idących, jednoznacznych wniosków co do osoby autora. Listy zawsze są jakąś formą autokreacji: adresatom udostępnia się wycinek całości, starannie wyselekcjonowany, może nieco podrasowany lub nawet całkiem zmyślony. Pokusa retuszu rośnie wprost proporcjonalnie do odległości między nadawcą i odbiorcą. Z drugiej strony czasami o niektórych sprawach łatwiej napisać, niż mówić prosto w oczy. Nie zawsze.
   Och, Jerzy! Chciałbym napisać Ci wiele serdecznych słów, ale jakoś dzisiaj boję się papieru. Być może, że to głupie. Ale nie śmiej się. Co innego, jak pisze się o czymś wyimaginowanym, a co innego, jak do kogoś, kto naprawdę jest bliski. A ja tak rozpaczliwie nie potrafię pisać listów. Chyba sobie kupię jakiś podręcznik albo diabli wiedzą co. Jerzy! (...)
   Tak mi jest głupio kończyć. Boję się, aby to wszystko nie wypadło sucho i fałszywie. Im więcej się ma do powiedzenia, tym więcej się chyba milczy. Przynajmniej ja jestem takim człowiekiem. Wiem w tej chwili, że mógłbym napisać Ci (dużo) kartek dobrych i ciepłych rzeczy, mimo to nie napiszę ich.
   Ech, Jerzy! Zdaje się, że wszystko powinienem robić, wszystko prócz pisania. Tak mi się czasem zdaje; być może jednak że to nieprawda. (fragment listu do Jerzego Andrzejewskiego z lutego 1955 roku)
Listy wybrał i opracował pan Andrzej Czyżewski, brat cioteczny Marka Hłaski, autor jego biografii i spadkobierca Marii Hłasko, matki pisarza (polecam artykuł w "Polityce" na ten temat). W tym wydaniu znalazły się 363 listy, przy czym najstarszy pochodzi z grudnia 1944 roku, a ostatni z maja 1969. W tym pierwszym dziesięcioletni autor m.in. prosi kuzyna Andrzeja, żeby mu narysował samoloty, a w ostatnim, pisanym dwa tygodnie przed śmiercią do Esther Steinbach, Hłasko wyraża nadzieję, że spędzi z nią resztę życia. Tak, rozpiętość czasowa i tematyczna jest duża. Stylistyczna również - inaczej pisał do Giedroycia, inaczej do matki, jeszcze inaczej do Osieckiej.

(źródło)

Listy Hłaski nie są arcydziełem epistolografii, ale świetnie sprawdzają się jako opowieść o pewnej epoce, rzeczywistości z dzisiejszego punktu widzenia zupełnie abstrakcyjnej. Hłasko dorastał przecież w Polsce przeoranej i zubożonej wojną światową i radziecką okupacją. Pisał w państwie, które z nawiązką wynagradzało artystów tworzących zgodnie z linią partii i gnoiło tych nieprawomyślnych. Opuścił kraj, w którym przestano go wydawać po tym, jak nagle zaczął się zaliczać do tej drugiej grupy. Nigdy nie pozwolono mu wrócić.

Otrzymał azyl polityczny w Niemczech, ale zmienił zdanie i chciał wrócić do kraju. Ostatecznie się na to nie zgodzono, ale dość długo mamiono pisarza nadzieją, że to jednak nastąpi. W październiku 1959 roku pisał o tym z Tel Awiwu do Agnieszki Osieckiej, z którą wtedy był w swego rodzaju związku:
Mówią Ci, że to ode mnie zależy, a Ty pytasz mnie, co to znaczy. Mogę Ci tylko odpisać, że tutaj mi mówią, że wszystko zależy od Warszawy. I tak dalej. Wyczerpałem swoje wszystkie możliwości, trzeba więc czekać, dopóki ktoś naprawdę nie zajmie się tą sprawą. Ważne jest tylko, abyś Ty się nie zmieniła. Może tu chodzi o to, aby zbadać moje zachowanie, moją postawę i zmierzyć moje siły?
Wypisz, wymaluj K. z "Zamku" Kafki.
Badano, a jakże, badano i mierzono. A Hłasko żył tak, że nawet nie trzeba było fabrykować dowodów, żeby go w polskiej prasie i w oczach jego rodziny oczernić. Wystarczyło to i owo nieco ubarwić i uwypuklić.

Wymuszony przez okoliczności stały pobyt za granicą, i to w tak różnych krajach jak Francja, Niemcy, Izrael czy Stany Zjednoczone, mógł stać się niewyczerpanym źródłem inspiracji dla niejednego pisarza, ale Hłasko najlepiej czuł się jednak w kraju, który znał i rozumiał, czyli w Polsce. Tu był gwiazdą, tam traktowano go niemal jak debiutanta. Zaliczka, którą w 1958 roku po przyjeździe do Paryża otrzymał od pewnego francuskiego wydawnictwa jako pisarz na tamtym rynku początkujący, wydała mu się wręcz śmieszna w porównaniu z tym, ile płacono mu w Polsce.
Nie mogę nic pisać; wszystko, co mam do napisania, jest wrogie człowiekowi i przeciwko człowiekowi. Jest to literatura brudnego mikroskopu, literatura bez konsekwencji, literatura, którą powinno się tapetować ściany w klozetach - i którą będzie się tapetować ściany w klozetach. Życie bez idei jest nonsensem, nikt nie ma prawa żyć bez idei, życie bez idei i bez wiary jest rynsztokiem; i wszystko, co można zrobić w takim przypadku, to tylko zginąć z hałasem i nienawiścią do samego siebie. Jest to jedyna konsekwencja. Tylko podróż na drugą stronę umożliwia człowiekowi zrozumienie komunizmu - komunizm jest wiarą tragiczną, ale był i jest wiarą prawdziwych ludzi. Rzygać się chce, patrząc na nędzę i małość tego świata; na te embriony w samochodach, na tę zorganizowaną, wymoszczoną, ułatwianą i ratalnie spłacaną drogę do śmierci. Najszczęśliwszy byłem w Polsce - kiedy nie miałem co jeść, co palić, kiedy chodziłem w podartych portkach i kiedy wierzyłem, że jakoś ułożę swoje życie. 
Tak pisał z Paryża do Osieckiej w kwietniu 1958 roku, czyli krótko po wyjeździe z Polski. W lutym roku 1965 nadal nie miał o tym mieście, a chyba tym samym o "zachodnim" stylu życia, najlepszego zdania:
   To jest takie zasrane wielkie miasto, gdzie nie istniejesz ani ty, ani twoje sprawy, ani twoje kompleksy - istnieje tłum; jest to na szczęście takie zasrane miasto, gdzie nie istniejesz ni ty, ni tłum: istnieje tylko miasto i jakaś sprawa, jakiś ruch, jakaś ewolucja: ale na szczęście nikt nie zdaje sobie sprawy z tego, jaka to sprawa i ku czemu zdąża ta ewolucja. Kiedy wyjeżdżałem z Warszawy, mówili mi: Paryż jest jedynym miastem, gdzie można obyć się bez tak zwanego szczęścia. Jest to duża prawda: Paryż daje ci szansę zgubienia się w tłumie, ale na szczęście nie istniejesz ani Ty, ani tłum. Może to zresztą tak powinno wyglądać? (fragment listu do Henryka Berezy)
Myślę, że Hłasko jednak wyróżniał się z tłumu, zawsze i wszędzie, co pewnie bywało zaletą, ale i przekleństwem. W listach jego osobliwość aż tak się w oczy nie rzuca, może dlatego, że służyły mu do przekazywania informacji, załatwiania konkretnych spraw, a opinie czy jakieś szersze opisy pojawiają się w nich trochę mimochodem. I tak korespondencja z matką i najbliższą rodziną kręci się wokół takich tematów jak zdrowie, pieniądze, opieszałość poczty (i cenzury), ciuchy i inne przedmioty, które Hłasko wysyłał do Polski dla krewnych do osobistego użytku albo na sprzedaż. Listy do wydawców dotyczą terminów publikacji, redakcji, korekt i również pieniędzy. Do Osieckiej pisał m.in. o swoim zamierzonym, ale w końcu niezrealizowanym powrocie do kraju i o ich planowanym (chyba tylko przez Marka) ślubie per procura, a do Sonji Ziemann - niemieckiej aktorki, która przez pewien czas była jego żoną - o sprawach zawodowych, jej dziecku i ich rozwodzie.

W listach przewijają się znane nazwiska kolegów po piórze i generalnie ludzi kultury: Polański, Tyrmand, Andrzejewski, Jan Nowak-Jeziorański, Andrzej Wajda, Aleksander Ford itd. Tu muszę wspomnieć, że Hłasko posiadał umiejętność, którą ja bardzo cenię: potrafił w kilku słowach czy zdaniach pomieścić świetną i ociekającą ironią charakterystykę jakiejś postaci albo zjawiska. I tak np. choć na swój własny sposób wierzył w Boga, o polskim katolicyzmie miał jak najgorsze zdanie:
A gdzie my mamy prawdziwych polskich katolików? I jakiegoż rodzaju jest to katolicyzm? To jest katolicyzm w skali szkółki parafialnej; to jest katolicyzm w sensie światopoglądu. Bluźnierstwem jest ponury żart Wuja Józefa (odniesienie do powieści "Sowa, córka piekarza" - przyp. E.), ale bluźnierstwem nie jest antysemityzm; bluźnierstwem nie jest stosunek do drugiego człowieka tak straszliwie brutalny, że trudno mi to nawet określić. To prawda, że chłop polski szedł w niedzielę do kościoła i trzymał buty w rękach; ale po kościele szedł do knajpy, aby rżnąć się z innymi. (...)
Zresztą nawiasem mówiąc, największe nieszczęście literatury polskiej polega a tym, iż "Bóg nie męczy ich przez całe życie", jak to powiadał Dostojewski. Oni po prostu przyjęli istnienie Boga jako pewnik, a nie jako światopogląd; jako rzecz oznajmioną, a nie odkrytą; jako strach, a nie jako miłość; jako zakaz miast rozumu. (fragment listu do Juliusza Sakowskiego pisanego w Kalifornii w 1967 roku)
Na podstawie "Listów" wyobraziłam sobie Hłaskę jako człowieka samotnego, zakompleksionego, niespokojnego, nieszczęśliwego, przyzwyczajonego do ukrywania swojej wrażliwości, zgryźliwego, trochę megalomana i egoistę. Wątpię, żeby na co dzień, na dłuższą metę to był przyjemny człowiek, ale też chyba jednak miał w sobie coś, co intrygowało i przyciągało. Oczywiście moja ocena, oparta tylko na korespondencji pisarza, może być zupełnie błędna, toteż nie będę się przy niej upierać. 

wrzesień 1968 (źródło)
Teraz kilka słów o wydaniu. Książka zawiera wstęp, indeks nazwisk, spis listów, kalendarium najważniejszych wydarzeń z życia Hłaski. Pan Andrzej Czyżewski opatrzył korespondencję przypisami (niektóre niepotrzebnie powtarzają już wcześniej podane informacje) i zwięzłymi wstawkami o kolejnych etapach biografii kuzyna. Znajdziemy tu też zdjęcia czy też skany oryginalnych listów pisanych przez Hłaskę odręcznie lub na maszynie, co pozwala czytelnikowi stwierdzić, że tu i ówdzie, właściwie w wielu miejscach, wydawnictwo poprawiło interpunkcję, ortografię, literówki, wielkie i małe litery. Może to i czyni książkę bardziej przystępną, ale też powoduje, że otrzymujemy troszkę przekłamany obraz autora listów. Staranność i niestaranność w korespondencji jakoś jednak o człowieku świadczy. 


Agora planuje również wznowienie "Pięknych dwudziestoletnich", "Pierwszego kroku w chmurach", "Sowy, córki piekarza", "Drugiego zabicia psa/Nawróconego w Jaffie". "Pięknych dwudziestoletnich" już przeczytałam - wrażenia wkrótce.

niedziela, 22 czerwca 2014

Kobieta w literaturze XXII

Źródło cytatu: "Moje życie" Izadory Duncan, Polskie Wydawnictwo Muzyczne 1982


  W czerwcu, po krótkiej wizycie w mojej szkole, zatęskniłam bardzo za bliskością morza. Pojechałam najpierw do Hagi, a stamtąd do małej wioski nad brzegami Morza Północnego - Nordwyck. Wynajęłam małą białą willę wśród wydm, zwaną "Villa Maria". W tym małym domu miało przyjść na świat moje pierwsze dziecko.
 Byłam na tyle niedoświadczona, że uważałam urodzenie dziecka za proces całkiem naturalny. Zamieszkałam w tej willi, oddalonej o setki mil od jakiegokolwiek miasta, i nawiązałam kontakt z wiejskim lekarzem. W swej nieświadomości byłam całkiem zadowolona z zapewnienia sobie tego rodzaju opieki lekarskie, z której, jak sądzę, korzystały tylko chłopki. (...)

  Zaczęłam stronić od wszelkiego towarzystwa. Ludzie prawili takie komunały! Jak mało docenia się świętość ciężarnej matki. Widziałam raz idącą samotnie przez ulicę kobietę z dzieckiem w łonie. Przechodnie nie odnosili się do niej z szacunkiem, lecz uśmiechali się do siebie drwiąco, jak gdyby ta kobieta nosząca ciężar mającego narodzić się życia była podatnym tematem do konceptów. 
Z córką i synem (źrodło)
  Zamknęłam swoje drzwi przed wszystkimi odwiedzającymi, z wyjątkiem jednego dobrego i wiernego przyjaciela, który przyjeżdżał z Hagi na rowerze, przywożąc mi książki i tygodniki ilustrowane i dodając mi otuchy swymi rozmowami o współczesnej sztuce, muzyce i literaturze. (...)
  Przechadzając się nad morzem, odczuwałam niekiedy nadmiar sił i męstwa. Myślałam, że ta istotka będzie moja, tylko moja. Przychodziły jednak inne dni, gdy niebo było szare, a fale zimnego Morza Północnego biły gniewnie o brzeg. Miewałam wtedy chwile nagłej depresji, czułam się biednym stworzeniem schwytanym w potężną pułapkę i walczyłam z przemożną tęsknotą ucieczki. Ucieczki, dokąd? Być może nawet w odmęt posępnych fal. Walczyłam przeciw tego rodzaju nastrojom, nikt nigdy nie domyśli się, co czułam, niemniej takie nastroje czyhały na mnie podczas samotnych godzin, trudno było ich uniknąć.
  Myślałam również, że większość ludzi odsunęła się ode mnie. Od matki, zdawało się, dzieli mnie tysiące mil. Craig był również dziwnie daleki, zawsze zatopiony w swej Sztuce. Coraz mniej mogłam myśleć o swojej sztuce. Byłam prawie wyłącznie pochłonięta tym straszliwym, monstrualnym zadaniem, jakie spadło na mnie, przeżywając doprowadzające do szaleństwa, a zarazem dające radość i ból misterium.
  Jak długo wlokły się pełne tortur godziny! Jak wolno mijały dni, tygodnie, miesiące. Na przemian pełna nadziei i rozpaczy, myślałam często o pielgrzymce mego dziecka, o mojej młodości, moich wędrówkach po dalekich krajach, o moich odkryciach w sztuce; wszystko było jakby mglistym, odległym prologiem, prowadzącym tylko do jednego - do oczekiwania urodzin dziecka. Do tego, co może być udziałem każdej wieśniaczki! To był ten kulminacyjny punkt wszystkich moich ambicji!
 Dlaczego nie było przy mnie mojej drogiej matki? Bo uległa jakiemuś absurdalnemu przesądowi, że powinnam mieć męża. A przecież sama będąc mężatką przekonała się o niemożności dalszego pożycia i porzuciła męża. Dlaczego więc chciała, abym ja wpadła w potrzask, w który ją wciągnięto okrutnie? Odczuwałam sprzeciw wobec małżeństwa każdą rozumną cząstką mej istoty. Uważałam wówczas i uważam nadal, że jest to absurdalna i niewolnicza instytucja - szczególnie wśród artystów - prowadząca do rozpraw rozwodowych i niedorzecznych, wulgarnych procesów. Jeżeli ktokolwiek wątpi o tym, co mówię, niech zrobi mały spis wszystkich rozwiedzionych artystów i wszystkich skandalów opisanych w amerykańskich gazetach w ciągu ostatniego dziesięciolecia. Lecz droga publiczność kocha swych artystów i nie może bez nich żyć.
   W sierpniu przybyła do mnie pielęgniarka, Marie Kist, kobieta, która później została moją bliską przyjaciółką. Nie spotkałam nigdy istoty cierpliwszej, milszej, bardziej uprzejmej. Była dla mnie wielką pociechą. Wyznaję, że w owym czasie zaczęły mnie nachodzić różne lęki. Na próżno mówiłam sobie, że każda kobieta rodzi dzieci. Moja babka miała ich ośmioro, moja matka - czworo. Taka była kolej życia itd., itd. Niemniej bałam się. Czego? Na pewno nie śmierci, nawet nie bólu. Był to strach przed nieznanym, o którym nic nie wiedziałam.
Z córką Deirdre (źródło)
   Minął sierpień. Nadszedł wrzesień. Moje brzemię stało się bardzo ciężkie. "Villa Maria" przycupnęła nad wydmami. Wspinać się trzeba było do niej po schodach liczących prawie sto stopni. Myślałam często o swym tańcu i czasami przeszywał mnie okrutny żal za moją sztuką. Lecz gdy poczułam trzy energiczne kopnięcia i coś, co poruszało się we mnie, uśmiechałam się i myślałam: "Czymże w końcu jest Sztuka, jak nie wątłym odbiciem Radości i Cudu Życia?"
   W moich zdumionych oczach moje śliczne ciało nabrzmiewało coraz bardziej. Moje małe, twarde piersi stały się wielkie, miękkie i zwisały ciężko. Moje zwinne stopy stały się powolne, kostki nabrzmiały, a biodra były obolałe. Gdzie podziały się moje śliczne, młodzieńcze kształty najady? Gdzie moja ambicja? Moja sława? Często mimo woli czułam się bardzo nieszczęśliwa i zgnębiona. Ta gra z Życiem-olbrzymem zbyt była wielka. Później pod wpływem myśli o dziecku, które miało nadejść, te bolesne uczucia ustępowały.
   Bezradne, okrutne oczekiwania nocą; gdy leżałam na lewym boku, uciskałam serce; gdy obróciłam się na prawy, nie znajdowałam ulgi; w końcu kładłam się na plecach; lecz zawsze pozostawałam ofiarą energii dziecka, próbując ręką przyciśniętą do nabrzmiałego ciała przekazać mu pozdrowienia. Okrutne godziny tkliwego oczekiwania nocą. Wydaje się, że noce te są niezliczone. Jakąż cenę płacimy za chwałę macierzyństwa.
   Jednego dnia spotkała mnie niezwykle szczęśliwa niespodzianka. Pewna ukochana przyjaciółka, poznana w Paryżu - nazywała się Kathleen - przybyła z Paryża i powiedziała, że ma zamiar pozostać ze mną. Była to osoba o sile magnetycznej, tchnąca życiem, zdrowiem i odwagą. Poślubiła później odkrywcę - kapitana Scotta.
   Pewnego popołudnia, gdy siedzieliśmy wszyscy przy herbacie, poczułam głuche uderzenie, jak gdyby ktoś tłukł mnie w krzyże, a później straszliwy ból, jakby ktoś wetknął mi świder w kręgosłup i usiłował go otworzyć. Od tej chwili rozpoczęły się tortury, jakbym była ofiarą mocarnego i bezlitosnego oprawcy. Nim ochłonęłam po jednym ataku, zaczynał się drugi. Mówią o hiszpańskiej inkwizycji! Żadna kobieta, która urodziła dziecko, nie bałaby się jej. W porównaniu z tym cierpieniem musiała to być łagodna igraszka. Nielitościwy, okrutny, nie znający wytchnienia ani litości, straszliwy, niewidoczny geniusz chwycił mnie w swe szpony i w ciągłych skurczach rozrywał mi kości i mięśnie. Powiadają, że o tych cierpieniach szybko się zapomina. Mogę na to tylko tyle odpowiedzieć, że wystarczy mi zamknąć oczy, bym posłyszała znów własne krzyki i jęki, niczym coś odgradzającego mnie od siebie samej.
   Zmuszanie jakiejkolwiek kobiety do znoszenia takich monstrualnych tortur jest niesłychanym, nieludzkim barbarzyństwem. Powinno się temu zapobiegać. Powinno się z tym skończyć. To jest po prostu absurd, że przy nowoczesnej wiedzy bezbolesne porody nie są sprawą zupełnie oczywistą. Jest to tak samo niewybaczalne, jakby lekarze operowali wyrostek robaczkowy bez znieczulenia! Cóż za bezbożna cierpliwość lub brak inteligencji cechuje ogół kobiet, że przez jeden moment znoszą tę oburzającą masakrę!
   Ta niewypowiedziana udręka trwała przez dwa dni i dwie noce. Trzeciego z kolei ranka ten niedorzeczny lekarz wyciągnął parę ogromnych kleszczy i bez jakiegokolwiek znieczulenia dokonał rzezi. Przypuszczam, że może poza przejechaniem przez pociąg, nic nie może równać się z tym, co wycierpiałam. Nie chcę słyszeć o żadnym ruchu kobiecym czy ruchu sufrażystek, dopóki kobiety nie skończą z tą - moim zdaniem całkowicie bezużyteczną - agonią i nie zażądają, żeby porody, podobnie jak inne operacje, odbywały się całkowicie bezboleśnie, tak aby można je było znieść.
   Cóż za niedorzeczne przesądy tkwią na drodze do zastosowania tego rodzaju środków? Co za sentymentalna, karygodna beztroska! Oczywiście można odpowiedzieć, że nie wszystkie kobiety cierpią do tego stopnia. Tak, nie cierpią Indianki, wieśniaczki, Murzynki z Afryki. Lecz im kobieta bardziej cywilizowana, tym straszliwsze zmagania, bezużyteczne zmagania. Przez wzgląd na cywilizowane kobiety musi się znaleźć cywilizowany środek na to okrucieństwo.
   Prawda, nie umarłam z tego powodu. Nie, nie umarłam - nie umiera biedna ofiara zdjęta w porę z koła tortur. Możecie też powiedzieć, że gdy ujrzałam dziecko, zostałam wynagrodzona. Tak, zapewne, przeżyłam najwyższą radość, lecz jeszcze dziś drżę z upokorzenia, gdy wspominam, co wycierpiałam i co cierpi wiele innych kobiet i ofiar niewypowiedzianego egotyzmu i ślepoty uczonych, pozwalających na okropności, którym można zapobiec.
Z synem Patrykiem (źródło)
 Ach, lecz dziecko! Dziecko było zdumiewające; ukształtowane jak amorek z niebieskimi oczyma i brunatnymi włosami, które później wypadły ustępując złocistym lokom. I cud na cudami, te usta ssące moją pierś, gryzące bezzębnymi dziąsłami, ciągnące i pijące tryskające mleko. Jakaż matka wypowiedziała kiedykolwiek, co czuje, gdy usta dziecka kąsają jej sutki, a mleko wytryska z jej piersi? Te okrutne, kąsające usta, podobne ustom kochanka, i usta naszego kochanka, przypominające nam usta dziecka.
   Och, kobiety, cóż znaczy dla nas uczyć się prawa, malarstwa, rzeźby, skoro istnieje taki cud. Poznałam teraz tę potężną miłość, przewyższającą miłość mężczyzny. Byłam wymęczona i krwawiąca, rozdarta i bezradna gdy ta istota ssała i krzyczała. Życie, życie, życie! Daj mi życie! Gdzież była moja sztuka? Moja lub jakakolwiek sztuka? Czułam się bogiem, wyższa od każdego artysty. [str. 207-218]