Impresje

wtorek, 28 stycznia 2014

Krzysztof Varga o grasujących w internecie entuzjastach

Krzysztof Varga musi być masochistą. Podejrzewałam go o to, kiedy w 2012 roku wybrał się do Kałkowa-Godowa, żeby na własne oczy obejrzeć betonowego tupolewa smoleńskiego. Dzisiaj podejrzenia zmieniły się w pewność - jak wieść internetowa niesie (dzięki, Krzysztofie S.!), Varga zaczytywał się ostatnio recenzjami na merlin.pl. 

Absurd czy głupotę trzeba od czasu do czasu wskazać, napiętnować albo wyśmiać, ale doprawdy nie rozumiem, jak można się w tym regularnie babrać. Owszem, łatwo to babranie przekuć potem w błyskotliwy artykuł, ale jeszcze łatwiej stracić przy tym obiektywny ogląd rzeczywistości, co skutkuje wyciąganiem zbyt ogólnych wniosków na podstawie kilku aberracji.

Tekst Vargi odnalazłam na tym blogu. Zaczyna się od ubolewania nad zanikiem znaczenia profesjonalnych krytyków literackich. Uważam, że jeśli kogoś interesuje fachowa opinia o jakiejś książce, to wyszuka ją sobie w specjalistycznych periodykach. Mnie - przyznaję się - wypowiedzi większości krytyków śmiertelnie nudzą. Próbowałam, naprawdę, nie raz i nie dwa obejrzeć do końca jakiś program o książkach, w którym w stylowych wnętrzach wypowiadali się odhumanizowani toną makijażu profesjonalni recenzenci, ale nie zdzierżyłam. 

Potem Varga narzeka, że w prasie nie ma - jak w złotych latach dziewięćdziesiątych - "zasadniczych rozmów o literaturze", wszędzie tylko ta polityka i polityka, po czym wyraża zdziwienie, że "Morfina" Twardocha "nie stała się przyczynkiem do fundamentalnej debaty o polskości". Hm.

No i wreszcie Varga przechodzi do sedna i miażdży "grasujących w internecie" entuzjastów, którzy "z czystej miłości do literatury epatują nas swymi zachwytami", a ciemny lud w ciemno te zachwyty kupuje. I tu obok słusznych zarzutów (które jednak nie są niczym nowym - temat współprac z wydawnictwami został już w blogosferze przemielony milion razy) pojawiają się wspomniane już niepotrzebne uogólnienia. 

Autor felietonu skupił się wyłącznie na tekstach zamieszczanych na merlinie, wyszukał kilka nadzwyczajnie aktywnych recenzentek, entuzjastycznych zwłaszcza wobec tytułów wydawanych przez Znak, i na tej podstawie zmieszał z błotem wszystkich amatorów, którzy ośmielają się zamieszczać w internecie swoje opinie o książkach. 

Szczególnie absurdalny wydał mi się zarzut, że owa "wirtualna" krytyka jest "płodzona pod pseudonimem", przez osoby "nieweryfikowalne", co - ku zdziwieniu Vargi - nikogo nie odstrasza. Być może z powodu, no cóż, wieku i nieobycia w internecie, nie przyszło mu do głowy, że w sieci liczy się przede wszystkim to, co kto pisze, a nie jak się podpisuje. Treść internetowych recenzji jest jak najbardziej weryfikowalna (wystarczy przeczytać zrecenzowaną książkę), a co więcej - z ich autorami można polemizować.

Dziwi mnie zdziwienie pana Vargi - przecież to oczywiste, że przeciętny czytelnik chętniej przeczyta (niekoniecznie na merlinie) opinię innego przeciętnego czytelnika niż - często hermetyczną i/lub zmanierowaną - recenzję autorstwa zawodowego krytyka. 


piątek, 24 stycznia 2014

ONI

Tytuł: Oni
Pierwsze wydanie: 1985
Autorka: Teresa Torańska
Wstęp: Krystyna Kersten

Wydawnictwo: Agencja Omnipress 1990
ISBN: 83-85028-26-9
Stron: 428


"Oni" nie wzbudzają już dzisiaj takiej sensacji jak w latach osiemdziesiątych, kiedy książka ukazała się po raz pierwszy w drugim obiegu. Rozmówcy Torańskiej - kilkoro komunistycznych prominentów - już nie żyją, a z ustrojem, w którego narzucaniu uczestniczyli, pożegnaliśmy się ćwierć wieku temu.

PRL kojarzy się dziś przede wszystkim z brakami w zaopatrzeniu, powszechną siermiężnością, kolejnymi "wydarzeniami" i absurdami tak świetnie uchwyconymi w komediach i kabaretach z tamtych lat. Wszyscy wiedzą, że po papier toaletowy stało się w gigantycznych kolejkach, natomiast mniej osób zdaje sobie sprawę, jak mroczny był okres stalinizmu.
Do mnie dotarło to w pełni, szczerze mówiąc, dopiero teraz. Muszę przyznać, że w klasie maturalnej niezbyt przykładałam się do nauki historii, ale pod wpływem "Onych" sięgnęłam po stosowny pomocnik historyczny "Polityki", którego wcześniej nie chciało mi się czytać (nie trzeba kupować wersji papierowej - jeśli prenumeruje się tygodnik online, to ma się dostęp do tego rodzaju dodatków). Dobrze jest znać chociaż podstawowe fakty, bo rozmówcy Torańskiej przedstawiają, rzecz jasna, swoją wersję historii. Dziennikarka pytała przede wszystkim o lata 1944-1956; większość z nich usunęła się później - z własnej lub nie z własnej woli - w cień.

W książce znajdują się wywiady z Jakubem Bermanem, Edwardem Ochabem, Wiktorem Kłosiewiczem, Romanem Werflem, Leonem Chajnem, Stefanem Staszewskim i Julią Minc. Nowsze wydania (ja wypożyczyłam z biblioteki to z 1990 roku) poszerzone są jeszcze o zapis rozmów z Celiną Budzyńską i Leonem Kasmanem, a także wstęp autorki i kalendarium wydarzeń, od którego chyba najlepiej zacząć czytać tę książkę.

We wstępie do nowszych wydań Torańska pisze, że  - co ją bardzo zaskoczyło - oni chcieli rozmawiać, odmówili tylko Zenon Kliszko i Stanisław Radkiewicz, a Berman zgodził się dopiero po namowach. Byli już w tym wieku, że niewiele mieli do stracenia, zyskiwali natomiast możliwość opowiedzenia o tamtych latach z własnej perspektywy, której - ich zdaniem - kolejne pokolenia już nie rozumiały. Podkreślali, że i oni żyli wtedy w strachu o własne bezpieczeństwo, bo kolejna czystka czy przetasowanie mogło uderzyć właśnie w nich. 

Wywiady były przeprowadzane zwykle w mieszkaniach rozmówców, chociaż z Ochabem Torańska spotykała się głównie w lesie, bo bał się podsłuchów. Nagrywała wszystko na kasety magnetofonowe, przepisywała na maszynie i dawała im do autoryzacji. Rozmawiała z tymi ludźmi wielokrotnie, np. z Bermanem spotykała się przez dwa lata. Wywiad z nim zajmuje ok. 40% książki (w wydaniu, które miałam), co jest zrozumiałe, bo był jedną z trzech najważniejszych osób w państwie, obok Bolesława Bieruta i Hilarego Minca. 

Każdy wywiad jest poprzedzony krótką notką biograficzną. Losy tych ludzi są zaskakująco podobne, pod pewnymi względami oczywiście. Wszyscy urodzili się w pierwszej dekadzie XX wieku w dużych miastach (przede wszystkim w Warszawie, ale również we Lwowie, w Krakowie i Łodzi), przeważnie w zamożnych rodzinach, i już w młodości zostali komunistami, za co w Polsce międzywojennej siedzieli w więzieniach. Część wyjeżdżała do ZSRR jeszcze przed wojną, niektórzy spędzili tam większą jej część, więc doskonale wiedzieli, jak wygląda stalinizm w praktyce. 

Najdotkliwiej przekonał się o tym chyba Staszewski, który najpierw wykładał w ZSRR historię ruchu robotniczego, po kolejnych czystkach został z partii wyrzucony, a w końcu w 1938 roku skazany na 8 lat obozu pracy na Kołymie. Zwolniono go stamtąd w 1945 roku, wrócił do Polski i z miejsca objął funkcję sekretarza propagandy Komitetu Wojewódzkiego PPR w Katowicach. Nie obraził się na komunizm jako taki - dość długo wierzył, że polski model tego ustroju będzie lepszy niż radziecki. Ostatecznie przejrzał, zdaje się, na oczy, zaczął nawet sympatyzować z KOR-em i Solidarnością.


"Oni" to dzisiaj przede wszystkim książka o tym, jak groźna jest bezkrytyczna wiara w ideologię - polityczną, religijną, ekonomiczną, każdą. Powrót komunizmu raczej nam w najbliższym czasie nie grozi, natomiast radykalny nacjonalizm może być znowu niebezpieczny, a wydaje mi się, że robi się u nas stanowczo zbyt mało, żeby egzekwować przestrzeganie prawa przez ultraprawicowców. Historia uczy nas, że niekiedy stosunkowo nieliczna grupka rodzimych fanatyków przy wsparciu fanatyków z zewnątrz jest w stanie przeorać krajową rzeczywistość. 

Wiara w komunizm zupełnie oślepiała tych inteligentnych przecież ludzi, więc stosunkowo łatwo przechodzili do porządku dziennego nad przestępstwami i zbrodniami popełnianymi w imię ideologii. Kiedy Torańska pyta, czy wierzyli również w winę swoich aresztowanych przyjaciół, zasłużonych komunistów, odpowiadali, że tak, bo przecież dokumenty tę winę potwierdzały, a zresztą nawet jeśli w jakimś przypadku mieli wątpliwości, to nie mogli nic zrobić, bo nie mieli dowodów na ich niewinność. Czy słyszeli o tym, że zeznania wymuszane są przy pomocy tortur i gróźb? Tak, ale uważali, że to plotki, ewentualnie - pojedyncze przypadki, bo przecież do Bezpieczeństwa partia kierowała swoich najlepszych ludzi. 

Po latach dostrzegali już "błędy i wypaczenia" tamtego okresu, ale większość nawet znacznie później nadal sądziła, że nie było alternatywy dla wprowadzenia w Polsce komunizmu. Zresztą, czy jakikolwiek inny ustrój mógł tak znacząco poprawić poziom życia społeczeństwa? Julia Minc, wdowa po Hilarym Mincu, jeszcze w 1983 roku była przekonana, że na Zachodzie wielu ludzi głoduje i śpi pod mostami - przecież widziała w telewizji.
Polacy powinni być wdzięczni. Ale jakoś nie byli.





czwartek, 23 stycznia 2014

Bez komentarza



Polecam obejrzenie na pełnym ekranie, a najlepiej na ekranie telewizora.

niedziela, 19 stycznia 2014

Narodowy Program Rozwoju Czytelnictwa

Dostrzeżono chyba wreszcie, że duża część naszego społeczeństwa to wtórni analfabeci. W latach 2014-2020 na "stworzenie warunków do wzrostu czytelnictwa w Polsce" przeznaczony zostanie miliard złotych w ramach Narodowego Programu Rozwoju Czytelnictwa. 650 milionów wydamy na to za pośrednictwem Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, resztę mają wyłożyć samorządy i instytucje.

W 2014 roku biblioteki publiczne otrzymają 23 mln zł na zakup nowości wydawniczych, co ma się przełożyć na zakup 1150000 "jednostek inwentarzowych" oraz wzrost czynnych czytelników i wypożyczeń o 5%.
O ile dobrze rozumiem urzędniczą nowomowę, żeby biblioteka otrzymała dofinansowanie, musi wykazać się wkładem własnym pochodzącym od lokalnego samorządu. Zastanawiam się, czy samorząd będzie do takiego wydatku zobligowany, a jeśli tak, to w jakim stopniu, czy też wszystko będzie zależało od możliwości i dobrej woli. W tym drugim przypadku cała akcja okaże się porażką (podświetlane fontanny są zdecydowanie bardziej medialne), tym bardziej że "kwota przeznaczona na zakup nowości dla bibliotek będzie z roku na rok podnoszona (podnoszony będzie również wkład własny wnioskodawców)".

30 mln zostanie przeznaczone na "przekształcenie bibliotek publicznych w mniejszych miejscowościach w lokalne centra dostępu do kultury, wiedzy i ośrodki życia społecznego poprzez finansowe wsparcie modernizacji, budowy lub przebudowy placówek bibliotecznych". Biblioteki w moim rodzinnym mieście się nie załapią, bo - o ile informacje w Wikipedii są aktualne - Starachowice liczą nieco ponad 50 tys. mieszkańców, co je niestety dyskwalifikuje. Może kryterium rozdzielania tych środków powinno być jednak inne, np. poziom bezrobocia albo średnia wysokości dochodu w regionie?

Na "wspieranie wartościowych form promowania czytelnictwa" (np. kampanii społecznych, festiwali literackich, cyklicznych audycji telewizyjnych, radiowych i internetowych) przeznaczono w tym roku 5 mln. Od razu uprzedzam, że zwykli blogerzy się na tę kasę nie załapią, bo "uprawnionymi wnioskodawcami" mogą być tylko samorządowe instytucje kultury, firmy (np. wydawcy, księgarze) i organizacje pozarządowe.

3,5 mln zostanie wydane na "podnoszenie poziomu świadomości literackiej i wspieranie rynku wydawniczego poprzez dofinansowywanie wartościowych, niekomercyjnych publikacji literatury polskiej i światowej". Ciekawa jestem niezmiernie, kto będzie decydował, co jest literaturą wartościową i niekomercyjną.

Taka sama kwota trafi do "uprawnionych wnioskodawców", którzy wydają "wartościowe czasopisma kulturalne". Nasuwa się to samo pytanie, co powyżej.

Nie zapomniano też o bibliotekarzach: za 500 tys. zł część z nich już w tym roku zyska "nowe kompetencje osobiste i zawodowe służące aktywizacji społeczności lokalnej oraz rozwijaniu kompetencji kulturowych przez książkę, a także wzmocnienie kompetencji zawodowych w zakresie tożsamości cyfrowej". (Nauczą się tworzyć awatary i zdobywać lajki?) Wzrosnąć ma prestiż bibliotek, mają też być lepiej postrzegane przez społeczeństwo. Hm. Droga do tego daleka. Niedawno słyszałam, że okolice jednej z filii NHBP lokalne społeczeństwo opuszczające pobliski monopolowy traktuje jak publiczny szalet.

O środki (również 500 tys. zł) może się też ubiegać stu księgarzy, ale tylko tych z "księgarń niezależnych" (czyli jakich?), i "przedstawicieli punktów sprzedaży książki i prasy" (??). Celem programu ma być m.in. wzmocnienie pozycji księgarń i uświadomienie księgarzom ich roli kulturotwórczej. Przypuszczam, że woleliby się raczej dowiedzieć, jak zarobić na czynsz i ZUS.
Jednocześnie konieczna jest zmiana percepcji relacji z odwiedzającymi księgarnie, z typowo handlowej „sprzedający - klient” w relację „rekomendujący - czytelnik, odbiorca kultury”. (...) Księgarnie do zadań dla siebie podstawowych powinny dołączyć również funkcje kulturotwórcze, edukacyjne oraz wspierające budowanie i rozwój kapitału społecznego skierowane do użytkowników w różnym wieku.
Za późno już na to. O wiele za późno. Ludzie, którzy rzeczywiście kupują sporo książek, od dawna robią to tam, gdzie jest taniej, czyli przede wszystkim w internecie. 

Ciekawym elementem NPRC jest zakup praw do utworów literackich (2 mln zł).
Celem programu jest wspieranie dostępu do ważnych dzieł polskiego i światowego piśmiennictwa poprzez udostępnienie i nieodpłatne przekazanie użytkownikom praw do ich wykorzystania w możliwie najszerszym zakresie przez udostępnianie ważnych dzieł polskiego i światowego piśmiennictwa poprzez zakup praw do utworów literackich. 
Kto to napisał i co wcześniej pił?
Wszystkie utwory, do których zostaną nabyte majątkowe prawa autorskie lub odpowiednie licencje zostaną udostępnione w formie elektronicznej. Zapewni to możliwie najszerszą dostępność tych utworów dla potencjalnego czytelnika.
O ile dobrze zrozumiałam, "wydawcy, pisarze, odbiorcy literatury w Internecie, czytelnicy za pośrednictwem specjalnej strony internetowej, organizacje pozarządowe, pracownicy naukowych instytucji literackich, pracownicy IK i recenzenci" będą mogli zgłaszać tytułu, które uważają za warte nabycia, a zespół ekspertów wybierze spośród nich te "najważniejsze".

Dofinansowane zostaną też Dyskusyjne Kluby Książki - w tym roku kwotą 1,7 mln zł. Kampania "Ojczysty - dodaj do ulubionych" promująca język polski, zostanie wsparta milionem zł. I mam nadzieję, że dotrze ona do pracowników ministerstwa, którzy już nigdy więcej nie napiszą niczego w rodzaju "patforma szkoleniowa DEDYKOWANA szkoleniom dla księgarzy"!!! Nie znoszę tego zwrotu.


Oczywiście NPRC składa się z jeszcze innych elementów, o czym można przeczytać na stronie ministerstwa. Cieszę się, że wreszcie konkretne kwoty zostaną przeznaczone na rozwój czytelnictwa. Czytanie sprzyja wzrostowi wyobraźni, tolerancji i empatii, czego w naszym społeczeństwie często brakuje. Nie spodziewam się cudów, ale może coś drgnie?

Miałabym do osób odpowiedzialnych za kształt i realizację tego przedsięwzięcia jeszcze jedną propozycję: ujednolicenie systemu informatycznego bibliotek.

Ogromnym zaskoczeniem był dla mnie fakt, że biblioteki dwóch krakowskich dzielnic (Krowodrzy i Nowej Huty) mają zupełnie inny system informatyczny i nieco odmienne zasady wypożyczania książek. Dlaczego w bibliotece krowoderskiej mogłam sama online przedłużyć sobie wypożyczenie książki (do 3 razy), a w nowohuckiej takiej możliwości nie ma? I dlaczego np. biblioteka starachowicka w ogóle nie udostępnia swojego katalogu w sieci (można go przeglądać tylko na miejscu)?

Czy nie bardziej opłacałoby się jedno wspólne oprogramowanie dla wszystkich bibliotek publicznych? Może dałoby się też wtedy uniknąć konieczności posiadania osobnej karty czytelnika do każdej biblioteki, zapamiętywania kolejnych loginów i haseł. Mamy drugą dekadę XXI wieku, to na pewno jest wykonalne.



A skoro już jestem przy Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego, to odniosę się jeszcze do planów tej instytucji dotyczących opłaty audiowizualnej. Można zmusić ludzi do płacenia, doliczając abonament np. do rachunków za prąd. Jakoś by się z tym pogodzili, gdyby media publiczne rzeczywiście dostarczały rzetelnych informacji i analiz i zapewniały rozrywkę na odpowiednim poziomie. Bez reklam, bez kierowania się oglądalnością, bez taniego populizmu i kiczu. Ale mało kto chętnie wysupła nawet te 10 zł, żeby móc oglądać "Jaka to melodia?", kulisy serialu "M jak miłość" albo gale kabaretowe, które śmieszne wydawać się mogą chyba tylko właśnie wtórnym analfabetom.