Impresje

niedziela, 28 października 2012

Targi

Nie lubię Targów Książki w Krakowie (tłok, a promocje słabe), nie byłam na nich w ubiegłym roku, a i w tym się nie wybierałam. Zmieniłam zdanie, kiedy dowiedziałam się o sobotnim panelu dyskusyjnym pt. "Blogerzy książkowi - przyszłość krytyki literackiej?" Blogerzy książkowi (z paroma wyjątkami) nie mają nic wspólnego z krytyką literacką i nic nie wskazuje, że to się kiedyś zmieni, więc uznałam, że spotkanie może być zabawne. 

Zorganizowane zostało przez BookLikes - serwis blogowy dla piszących o książkach, która niedługo zacznie działać również w Polsce. W dyskusji udział wzięli blogerzy: anek7, Jarosław Czechowicz, Dorota Jędrzejewska, przedstawicielka BookLikes Katarzyna Nowaczek oraz dwoje doktorów filologii polskiej: Emilia Kledzik z UAM i pan, którego nazwiska nie dosłyszałam (może ktoś mi podpowie?). Później dołączyli Robert Fryga oraz Rafał Niemczyk. Zabawny był moment, kiedy ten ostatni wszedł nieproszony na podest przeznaczony dla dyskutantów i dostawił tam dla siebie krzesło (czasami zazdroszczę takim ludziom tupetu). 

Poza tym było, szczerze mówiąc, trochę nudno, bo większość tych kilku spraw, które udało się poruszyć w ciągu jednej godziny, została już dawno i dokładnie przemielona przez książkową blogosferę. Ania przedstawiła pogląd wielu z nas: blogerzy nie uważają się za krytyków literackich, po prostu wyrażają swoje opinie o przeczytanych książkach. I na tym można by było zakończyć spotkanie pod wyżej wspomnianym tytułem. 

Rozmowa dotyczyła jednak czegoś innego: rosnącego, podobno, wpływu blogerów na sprzedaż książek i czytelnictwo. Świadczyć ma o tym m.in. komercyjny sukces powieści Amandy Hocking czy "Pięćdziesięciu twarzy Greya", a na polskim rynku "Margot" Michała Wiśniewskiego i "Księdza Rafała" Macieja Grabskiego. Żadnej z tych książek nie czytałam, ale z tego, co słyszałam, dwa pierwsze przykłady nie świadczą najlepiej o guście blogosfery:).

To oczywiście żart. Uważam, że nie powinno się postrzegać tak złożonej i zróżnicowanej społeczności jako całości. A raczej - nie powinno się jej oceniać jako całości, bo choć pewne zjawiska są dla większości blogosfery wspólne, to jednak na poszczególnych stronach odzwierciedlają się w bardzo niekiedy odmienny sposób. 

Ostatnio zauważyłam w sieci sporo wypowiedzi bardzo dla blogerów książkowych niepochlebnych (na panelu okazało się, że i studenci polonistyki nie darzą nas sympatią). Ich autorzy postrzegają nas jako osoby niedojrzałe, niepotrafiące poprawnie wyrażać się i pisać, niemające po prostu nic do powiedzenia. Owszem, ta charakterystyka pasuje do wielu blogerów, ale przecież nie do wszystkich. Co więcej, uważam, że o ile większość z nas nie może pretendować do bycia krytykiem literackim, to wpisy niektórych (przyznaję: raczej nielicznych) już teraz śmiało mogą konkurować JAKOŚCIĄ z recenzjami, które spotyka się obecnie w prasie niespecjalistycznej. Nie wiem, czy to dobrze świadczy o blogerach, czy raczej źle o prasie, ale fakt pozostaje faktem.


W niedzielę również wybrałam się na targi, żeby uczestniczyć w organizowanym przez Sławomira Krempę, redaktora naczelnego granice.pl, zjeździe blogerów książkowych. Uczestników było bardzo mało, bo - tak jak przewidywałam - większość była na targach w sobotę. Rozmowa dotyczyła tego, co zwykle, oraz sposobów promowania blogu (a tym samym siebie) za pomocą serwisów społecznościowych. 
Poczułam się trochę jak przedpotopowa skamielina, bo nie mam strony blogu na facebooku:). Pocieszałam się w duchu, że miałam taką nawet wcześniej niż większość, ale zamknęłam, bo mi się do niczego nie przydawała:).

Z ciekawości poszłam też na kolejne wydarzenie organizowane przez BookLikes, tym razem pt. "Jak zostać blogerem książkowym?" I znów tytuł okazał się w ogóle nieadekwatny do treści, powinien raczej brzmieć: "Załóż blog na BookLikes w trzy minuty, pisz pochlebne recenzje nowości wydawniczych i zarabiaj na współpracy z księgarniami internetowymi". Być może jest to niezła propozycja dla początkujących, ale dla blogerów, którzy wypracowali już sobie pewną renomę, raczej nie. 


Targi stały się dla mnie okazją do poznania niektórych blogerów osobiście (nie wszystkich. wybaczcie, zapamiętałam, ale chodzi m.in. o: Agnieszkę Taterę, Roberta Frygę, Anię, Sardegnę, Kaś, Klaudię, Viv, ElenMartę). Specjalne podziękowania należą się Kaś i Claudette za zorganizowanie sobotniego spotkania w Cafe Botanica przy Brackiej.
Z jednymi rozmawiałam dłużej, z innymi tylko chwilkę, w każdym razie było bardzo miło. Ku mojemu zdziwieniu byli wśród nich nawet tacy, którzy kojarzyli mój blog. 

Chciałabym też podziękować jednej z pań, które sprzedawały bilety uprawniające do wejścia na teren targów. W sobotę zapomniałam wziąć ze sobą portfel, co okazało się dopiero przy kasie, ale pracująca tam pani dała mi bilet za darmo:). Oddałam jej te 7 złotych, jak tylko mój P., wezwany telefonicznie, przywiózł mi pieniądze.

poniedziałek, 15 października 2012

Wywiad ze wschodzącą gwiazdą polskiej literatury

W żadnej krakowskiej księgarni nie stawia się literatury na tak wysokim piedestale jak to się czyni w Empiku przy Rynku. Analfabeci i inni profani, którzy wchodzą tam czasami przypadkiem albo dlatego, że akurat pada, zatrzymują się na ogół tylko w kruchcie na parterze tego przybytku, gdzie - dla zmylenia niewiernych - sprzedaje się prasę, perfumy i widokówki. Wtajemniczeni Czytelnicy wiedzą jednak, że piętrowe prezbiterium znajduje się Wyżej.

Tam, w atmosferze literackiego ekumenizmu i tolerancji, można wybierać spośród tysięcy woluminów, które po uiszczeniu drobnej opłaty prezentuje się potem zadziwionym gościom na ołtarzach prywatnych regałów.

Wstęp może nieco górnolotny, ale i temat, który pragnę tu poruszyć, jest podniosły. Otóż w trakcie jednej z niedawnych pielgrzymek do wspomnianej świątyni literatury wzrok mój przykuła specjalna półka dla neofitów, którą na ogół skrzętnie omijam, bo znajdujące się tam książki już od dawna są częścią mojej biblioteczki. Mój wyrobiony literacki smak, wspomagany przez newslettery wydawców, podpowiada mi zazwyczaj, jakie tytuły trafią do empikowego top 50, tym większe było zatem moje zdziwienie, że o debiutanckiej powieści pani Małgorzaty de la Meyer von Wiśniewski, która zajmowała na owej półce poczesne miejsce, nigdy wcześniej nie słyszałam. Jest to zarazem pierwsza książka wydana przez nowe, ale prężne wydawnictwo Sensu Stricte.

"Sto twarzy Bronisławy" to mocna, polska odpowiedź na przereklamowaną, doprawdy, książkę E.L. James. Entuzjastyczną recenzję powieści pani Małgorzaty zamieszczę w kolejnym wpisie, ale rąbka tajemnicy uchyli już dzisiaj sama Autorka w wywiadzie, który przeprowadziłam z nią via skype, a którego dokładną transkrypcję znajdziecie poniżej.


Elenoir: Dzień dobry, pani Małgorzato. Dziękuję, że zechciała pani ze mną porozmawiać mimo wielu zobowiązań związanych z promocją pani książki.

Małgorzata de la Meyer von Wiśniewski: Witam serdecznie! Jest pani pierwszą blogerką, która poprosiła mnie o wywiad, więc nie mogłam odmówić. Co prawda Impresje to strona, na którą nawet kot z powyłamywanymi nogami nie zagląda, ale na początek dobre i to.

E: Hmm, no tak. Tym bardziej jestem pani wdzięczna. Już wkrótce zagości pani pewnie w najbardziej opiniotwórczych programach telewizyjnych, takich jak "Kawa czy herbata" lub może nawet "Dzień dobry TVN". Tymczasem proszę opowiedzieć o sobie nam, blogerom. Zacznijmy może od pani pseudonimu: czy odnosi się on do wiadomych luminarzy literatury?

MdlMvW: Domyśliła się pani, że to pseudonim? Gratuluję przenikliwości! Rzeczywiście, moje nazwiska de domo i primo voto brzmią zupełnie inaczej, wolę jednak pisać pod pseudonimem z dwóch powodów. Po pierwsze ze względów marketingowych: złożoność mojego nazwiska zwiastuje czytelnikowi głębię mojej prozy. Po drugie rzeczywiście chcę w ten sposób oddać hołd ulubionym autorom: Stephanie Meyer i Januszowi L. Wiśniewskiemu. Wstawiam ich sobie za wzór i stale pracuję nad swoim warsztatem, żeby im dorównać, choć czasami myślę, że to porywanie się z drabiną na Słońce, a nie ma przecież aż tak długich drabin. Ale nie ustanę w poszukiwaniach!

E: Może na Allegro coś się trafi. Czy zdradzi nam pani, czym zajmuje się na co dzień?

MdlMvW: Pracuję w redakcji znanego portalu lajfstajlowego, poza tym jestem szczęśliwą córką, siostrą, szwagierką, ciocią, żoną, synową i matką.

E: Na czym polega pani praca?

MdlMvW: Jestem świetną researcherką. W ciągu godziny jestem w stanie przygotować się do napisania profesjonalnego artykułu na każdy temat. Na przykład aż do wczoraj nawet nie słyszałam o Thomasie Pynchonie, ale na polecenie szefa w ciągu jednego popołudnia stworzyłam obszerną i dobrze udokumentowaną notkę biograficzną tego wybitnego pisarza.

E: Widzę, że nie ma dla pani rzeczy niemożliwych. Kilka dni temu ogłoszono nazwisko laureata Nagrody Nobla w dziedzinie literatury...

MdlMvW: [śmiech] Pani mi pochlebia! Wiem, że moja debiutancka powieść jest świetna, ale myślę, że na razie zasłużyłam tylko na przyszłoroczną Nike.

E: Byłby to pierwszy romans doceniony przez kapitułę tej nagrody.

MdlMvW: Ależ romans to tylko pretekst! W "Stu twarzach Bronisławy" odbija się jak w stalowym garnku do szparagów wypolerowanym osobiście przez Perfekcyjną Panią Domu całe spektrum postaw i zainteresowań Polaków na początku drugiej dekady XXI wieku! Miłość, zdrada, nowy katalog Ikei, macierzyństwo, ojcostwo, plazma większa niż u sąsiadów, przyjaźń, śmierci Hanki i Ryśka... Proszę mi pokazać innego polskiego pisarza, który tak zgrabnie połączyłby te wszystkie wątki w całość, a mówię przecież ledwie o pierwszym rozdziale mojej powieści!

E: To prawda. Wśród nas, blogerów, a zwłaszcza blogerek, powszechne jest przekonanie, że romans to gatunek niesłusznie deprecjonowany. Weźmy pod lupę choćby twórczość Jane Austen. Wszystkie powieści, które ukończyła, traktują o miłości i kończą się co najmniej jednym ślubem, a jednak należą do kanonu literatury i nadal są chętnie czytane i ekranizowane.

MdlMvW: Właśnie! Uważam jednak, że należy iść za potrzebą współczesnego czytelnika i formułę romansu nieco odświeżyć.

E: W przeciwieństwie do Austen, która skupiała się na platonicznym etapie związków, pani niemal od razu przechodzi do opisów ich konsumowania, co więcej - niczego nie pozostawia pani domyślności czytelnika.

MdlMvW: Nie po to ludzie wydają trzydzieści pięć złotych, żeby się jeszcze potem musieli zastanawiać, o czym jest książką, którą kupili.

E: Widzę, że w odróżnieniu od wielu innych pisarzy myśli pani przede wszystkim o odbiorcach. To się chwali. Zdradzi im pani na pewno, jak zaczęła się pani literacka kariera.

MdlMvW: Zaskoczę panią. Najpierw zaistniałam w społeczności internetowej jako autorka fanfików do mojego ulubionego serialu "M jak miłość". Publikowałam je na własnym blogu, który w krótkim czasie stał się bardzo popularny, nawiązałam nowe znajomości i nawet przyjaźnie z osobami o podobnych zainteresowaniach i gustach. To one namówiły mnie, żebym nie ukrywała dłużej swojego talentu w korcu maku.

E: Koneserzy ambitnej literatury wiele im w takim razie zawdzięczają. Zechce nam pani opowiedzieć, jak nawiązała pani współpracę z wydawnictwem Sensu Stricte?

MdlMvW: Najpierw poszłam po najmniejszej linii oporu i posłałam "Sto twarzy Bronisławy" Wydawnictwu Literackiemu, Znakowi i W.A.B., ale widocznie nie poznali się na mojej prozie, bo nawet mi nie odpisali. Postanowiłam zatem wydać swoją powieść w drugim obiegu, na własny koszt. Redakcję i korektę tekstu zrobiła moja przyjaciółka, która zajmuje się tym zawodowo dla naszego portalu, a okładkę zaprojektował mój ukochany mąż, na którego zawsze mogę liczyć. Sensu Stricte pozostało już tylko dopracowanie technicznych aspektów mojego dzieła.

E: I wywiązali się ze swojego zadania znakomicie: czcionka jest na tyle duża, że moja babcia, która ma krótkowzroczność -10 dioptrii, mogła podczytywać mi przez ramię, siedząc na fotelu pół metra dalej.

MdlMvW: A marginesy są tak szerokie, że wystarczą do zanotowania wszystkich złotych myśli, które zakłębią się w głowach czytelników mojej powieści!

E: Zakończenie "Stu twarzy Bronisławy" to klasyczny cliffhanger, domyślam się zatem, że planuje pani kontynuację.

MdlMvW: Nie zasypuję gruszek w popiele, mam pomysły na co najmniej dziewięć kolejnych tomów! Nietrudno się domyślić, że i w nich będę odmieniała przez wszystkie przypadki słowo "kochać". Moja kreatywność mnie samą przeraża! [śmiech]

E: Czy wybiera się pani na tegoroczne Targi Książki w Krakowie?

MdlMvW: Oczywiście. Z tego miejsca pragnę zaprosić wszystkich blogerów na stoisko Sensu Stricte, gdzie w sobotę będę rozdawała autografy i uśmiechy, a jeśli to nie wystarczy, to jeszcze cukierki.

E: Zjawimy się na pewno, choćby po cukierki [śmiech]. À propos: jak pani ocenia już  opublikowane na kilku blogach recenzje "Stu twarzy Bronisławy"?

MdlMvW: Bardzo dobrze, choć nie mogłam nie zauważyć tu pewnej nieprawidłowości: blogerzy, których Sensu Stricte nie zaszczyciło propozycją współpracy i darmowym egzemplarzem mojego dzieła, ocenili je negatywnie, dowodząc w ten sposób, że słowo profesjonalizm pasuje do nich jak piąte koło do karety. Cóż, będę robić wielkie oczy do ich podstępnej gry.

E: Dziękuję za wywiad i życzę, żeby pani dekalogia odniosła sukces, tak artystyczny, jak i komercyjny.

MdlMvW: W artystyczny nigdy nie zwątpiłam.


czwartek, 11 października 2012

Grafomania ma się dobrze

Nie mam jakoś ostatnio głowy do pisania o przeczytanych już książkach, więc tym razem krótko na temat zastępczy. Przypadkowo odwiedziłam blog osoby, która na innym blogu pozostawiła wyjątkowo idiotyczny komentarz. Złota myśl Coelho w nagłówku tej strony skłoniłaby mnie do natychmiastowej ewakuacji, ale mój wzrok zatrzymał się jeszcze na frazie "zakręty losu", która od razu skojarzyła mi się z traumą, którą do dziś odczuwam po lekturze powieści Agnieszki Lingas-Łoniewskiej o takim właśnie tytule. Niestety autorka napisała dwa kolejne tomy tego okropieństwa, a wydawnictwo Novae Res przygotowało z tej okazji nową szatę graficzną, wspólną dla całej trylogii. Dobrą stroną tych okładek (zresztą jedyną) jest to, że bez owijania w bawełnę informują, co jest w środku. 

Ale okładki to jeszcze nic w porównaniu z plakatem reklamującym ten cykl. Można go sobie obejrzeć np. na blogu Agnieszki Lingas-Łoniewskiej oraz na stronach wielu admiratorów jej "twórczości", a imię ich Legion, niestety. I nawet nie chodzi tu o tego półnagiego pana, ale o cytat z recenzji Leny, który wydawnictwo zamieściło na samej górze, a który brzmi: "wyzwoliła we mnie wodze najskrytszych fantazji". Czy naprawdę nikt w Novae Res nie potrafi posługiwać się językiem polskim?

Grafomanka w grafomańskim stylu poleca książkę grafomanki. I tak to się kręci. Swoją cegiełkę podaje również Anna Klejzerowicz, być może w imię zawodowej solidarności. Czytałam dosyć pochlebne recenzje niektórych jej utworów, ale skoro rekomenduje innym powieści Lingas-Łoniewskiej, to podejrzewam, że z jej własnymi musi być coś nie tak.