Impresje

poniedziałek, 31 stycznia 2011

HELOIZA I ABELARD

Ten obrazek pochodzi z XIV-wiecznego
manuskryptu "Powieści o róży"
Tytuł: Heloiza i Abelard (Héloïse et Abélard)
Autorka: Régine Pernoud
Pierwsze wydanie: 1970
Tłumaczenie: Eligia Bąkowska; cytaty z pism Abelarda: Leon Joachimowicz

Wydawnictwo: PIW
Seria: Biografie Sławnych Ludzi 
ISBN: 83-06-00690-9
Stron: 207

Ocena: 4-/5

Przez lata (chyba do lektury "Ivanhoe" i "Imienia róży") sądziłam, że średniowieczni Europejczycy bardzo się różnili od nas, współczesnych: byli rolnikami, kupcami, rycerzami, duchownymi i władcami i każdy robił tylko to, co nakazywała mu pozycja społeczna. Postrzegałam ich jako reprezentantów danej grupy, a nie jednostki obdarzone indywidualną historią i doświadczeniem, własnymi uczuciami i upodobaniami. Może to przez (z naszego punktu widzenia) nieudolne, schematyczne malunki postaci z inicjałów i marginesów ówczesnych ksiąg, może dlatego, że wśród świadectw pisanych dominowały dzieła religijne, dokumenty prawne, kroniki historyczne pisane na polityczne zamówienie - w końcu wtedy mało kto potrafił pisać. Nie zachowały się niemal żadne wyrazy indywidualizmu tzw. zwykłych ludzi (albo są one znane tylko wąskiemu gronu znawców epoki). Prawdopodobnie to jeden z powodów, dla których historia Heloizy i Abelarda oraz ich korespondencja (której autentyczność bywa kwestionowana) stały się tak popularne, choć większość osób (do niedawna i ja zaliczałam się do tego grona) kojarzy tylko, że byli oni średniowiecznymi, zamkniętymi w klasztorach kochankami i wymieniali między sobą listy. No cóż, jak tak człowiek spojrzy na artystyczne wyobrażenia tej pary (np. to powyższe), to odechciewa mu się zgłębiania ich historii.

Skusiłam się jednak na książkę francuskiej mediewistki Régine Pernoud (1909-1998), wydaną przez PIW w serii Biografie Sławnych Ludzi i już wiem, że autor tej ilustracji pokpił sprawę, bo podobno i Heloiza, i Abelard byli piękni. Naturalnie znalazłam też mnóstwo ciekawszych informacji:).

Zupełnie nie mogłam powstrzymać się od przytoczenia całej tej historii, po prostu bardzo mnie zainteresowała. Jeśli ktoś ma ochotę dowiedzieć się czegoś więcej o tytułowej parze, to zapraszam do czytania. Odradzam je osobom, które nie lubią spoilerów.

***

Piotr Abelard urodził się mniej więcej w 1079 roku w Le Pallet w Bretanii jako pierworodny syn rycerza. Zrzekł się jednak (za zgodą ojca) praw do majątku i godności na rzecz młodszych braci i wyruszył w świat, by zdobywać wiedzę. Odwiedzał szkoły w różnych prowincjach ówczesnej Francji, w Loches uczęszczał na wykłady z dialektyki słynnego wówczas filozofa Roscelina z Compiègne. Poznał również pozostałe z siedmiu tzw. sztuk wyzwolonych, tzn. gramatykę (czyli język i literaturę łacińską), retorykę oraz arytmetykę, geometrię, muzykę i astronomię, ale quadrivium interesowało go znacznie mniej niż trivium (z matematyki był wręcz kiepski). Znał trochę grekę i hebrajski.
Wreszcie około 1100 roku przybył do Paryża, do szkoły przy Notre-Dame.

niedziela, 23 stycznia 2011

Przesłodzenie

Lubię słodycze, ale nawet taki łasuch jak ja po zjedzeniu połowy czekolady ma już dość. Co za dużo, to niezdrowo. Z tego samego powodu irytuje mnie czasami atmosfera, która na ogół panuje w tej części blogosfery. (Mam porównanie, bo kiedyś przez mniej więcej dwa lata prowadziłam blog o tematyce, powiedzmy, społeczno-politycznej). 
Pisała o tym niedawno autorka bloga porządek alfabetyczny. Pozwolę sobie zacytować:
Zrobiłam sobie mały rajd po blogach książkowych i widzę, że często wygląda to tak: ktoś coś przeczytał, pisze o tym, a w komentarzach w większości 'też to miałam przeczytać, dzięki za przypomnienie' / 'też jest na mojej liście', zero sensownej dyskusji na temat książki, bo nikt jej nie czytał.Podsumowania roku to często gorzkie żale, czego to nie przeczytałam, a miałam, a chciałam, i tak blogi o książkach, czyli teoretycznie o czytaniu, zamieniają się w blogi o nieczytaniu, chcę-czytaniu, żałuję-że-nieczytaniu.i wszyscy są mili, i jest miło & miło.po co to komu?
Nie sposób się z nią nie zgodzić. Prawdziwe, rzeczowe dyskusje trafiają się rzadko, nawet pod postami o nowościach wydawniczych, które niemal jednocześnie są recenzowane na wielu blogach - może dlatego, że opinie na ich temat są na ogół dość zbieżne?
Ów brak dyskusji może wynikać, moim zdaniem, z tego, że autorzy wpisów (mnie nie wyłączając) i komentatorzy starają się unikać spoilerów. Do zbyt ogólnej recenzji trudno się odnieść, trudno z nią polemizować. Być może takie inicjatywy jak organizowany przez Annę Klub czytelniczy coś w tej sprawie zmienią? Oby. Zanim to nastąpi będę musiała jakoś przeboleć zalew komentarzy, o których wspomniała autorka zacytowanej wypowiedzi.

Jedyna poważna i przekrojowa dyskusja, jaką w zaobserwowałam na blogach książkowych od czerwca 2009 (kiedy to sama zaczęłam prowadzić ten blog) dotyczyła egzemplarzy recenzenckich. Ostatnio zaczęło się mówić się o tzw. candy (niedawno o tym pisałam). Temat podjęła Agnieszka, Mary w komentarzu podała link do mojej notki, a Joanna (kalio) napisała o niej (tej mojej notce) tak:
Bardziej nie lubię, gdy ktoś się szyderczo natrząsa z czegoś, co jemu nie odpowiada, a potem jeszcze mówi, że jest tolerancyjny. Taaa… Ja czytałam ten post zalinkowany przez Maryczytajodlewej. Dawno temu go czytałam. Nie będę komentować. 
Tą obłudną osobą mam być ja. Zaskoczyło mnie to, że takie uwagi pojawiły się na innym blogu, a nie tutaj, pod moim wpisem o candy. Odpowiedziałam, że uważam się za osobę tolerancyjną, co jednak nie oznacza, że toleruję wszystko i że zawsze aprobuję to, co toleruję. Nie zamierzałam szydzić z nikogo konkretnie, natomiast chciałam skrytykować samo zjawisko
Od czasu mojej ankiety na temat obciachu wiem jednak, że Joanna nie uważa mnie za osobę tolerancyjną, przynajmniej zgodnie z jej definicją tolerancji, która - jak wnioskuję z jej słów - wyklucza ironię i kpinę i niemal zakazuje krytyki tego, co mi się nie podoba.

Joanna napisała również, że osoby organizujące tego rodzaju konkursy mogły się poczuć urażone i że zabawiłam się ich kosztem. Ma mi też za złe, że te moje szyderstwa zamieściłam na swoim blogu, a nie na blogach osób, z których sobie zakpiłam. (Wypowiedzi Joanny i swoje streściłam, całość można znaleźć na blogu Agnieszki). 

Po pierwsze, gdybym chciała skrytykować urządzanie candy na każdym blogu, na którym się to pojawia, musiałabym kilkanaście razy wklejać ten sam komentarz. Po drugie, nie chciałam tego robić, bo nie zależało mi na skrytykowaniu konkretnych osób. Nikogo w swojej notce nie wskazałam, nawet poprzez niby zawoalowane aluzje, ponieważ odnosiłam się do zjawiska. Jeśli ktoś się poczuł urażony, to trudno - może przemyśli sobie całą sprawę raz jeszcze i następnym razem zareklamuje swój blog w trochę inny sposób? 

Owszem, świetnie się bawiłam pisząc tamtą notkę. Wielu osobom poprawiła ona humor. Cóż w tym złego? Żart, kpina, ironia, parodia to powszechnie stosowane i akceptowane metody krytyki. Operują nimi kabarety, rubryki satyryczne w prasie, programy typu "Szkło kontaktowe". Mogę się założyć, że urażają one część osób, ale nikt (oprócz niektórych polityków) nie postuluje ich likwidacji i nie robi wyrzutów ich twórcom. Czasami w krzywym zwierciadle pewne rzeczy odbijają się wyraźniej. (Myśl godna Pamelo Coelo, ale streszcza to, o co mi chodzi).

Być może według standardów, które przyjęły się na blogach książkowych, byłam niemiła. Uważam jednak, że panująca tu atmosfera jest sztucznie zalukrowana i taka gorzka pigułka od czasu do czasu wyjdzie wszystkim na zdrowie. Cieszę się również, że dyskusja przeniosła się na inne blogi - do Agnieszki i Magdy.


Życzę wszystkim tyle luzu, ile ma w tym teledysku Cyndi Lauper:

wtorek, 18 stycznia 2011

PAŁAC OSTROGSKICH

Tytuł: Pałac Ostrogskich
Autor: Tomasz Piątek
Pierwsze wydanie: 2008

Wydawnictwo: W.A.B.
ISBN: 978-83-7414-411-7
Stron: 310

Ocena: 2/5

Nie przepadam za alkoholem, piję rzadko i w śladowych ilościach, ale raz - kilkanaście lat temu, na jakichś urodzinach czy może na imprezie sylwestrowej, nie pamiętam - lekko się wstawiłam. Po wypiciu trzech czy czterech kieliszków wina stałam się nagle bardzo, w swoim mniemaniu, elokwentna. Kiedy przy stole zapadała krępująca cisza, wydawało mi się, że właśnie ja muszę tę ciszę koniecznie przerwać i zaskoczonemu nieco towarzystwu opowiadałam o wszystkim, co mi tylko do głowy przychodziło, zahaczając od czasu do czasu o kwestie egzystencjalne. Niemal żałuję, że wtedy jeszcze nie było telefonów komórkowych i nikt tych moich wynurzeń nie nagrał. Niemal;).
Przez ponad dekadę nie pamiętałam o tamtym wieczorze, aż do dziś - przypomniałam sobie (niestety bez szczegółów) w trakcie lektury "Pałacu Ostrogskich". W tej książce Tomasz Piątek również skacze z tematu na temat i z banału na banał - wypisz wymaluj, jak ja wtedy, nastoletnie dziewczę pod wpływem. Tylko że on tak na trzeźwo, tzn. popijając jedynie herbatkę, o czym co jakiś czas informuje czytelnika.

Bohaterem i narratorem jest Tomasz Piątek, absolwent lingwistyki na mediolańskim uniwersytecie, pisarz, copywriter, ewangelik reformowany, uzależniony od heroiny i alkoholu itd. Czyli autor, choć jak to zwykle bywa wątki autobiograficzne wymieszane są z fikcją i nikt poza pisarzem nie zna przebiegu granicy między nimi. W rozmowie z Anną S. Dębowską powiedział: W "Pałacu..." połączyłem ostry realizm z ostrą fantastyką. Ostry realizm najostrzej przejawia się w opisach ostrych reakcji fizjologicznych organizmu Tomasza Piątka na heroinę. Ostra fantastyka... No nie wiem; moim zdaniem pisanie o czymś, co nie istnieje i istnieć nie może, nie musi być od razu fantastyką. Ale mniejsza o definicje.

Zaczyna się dość ciekawie - od opisu pobytu bohatera w ośrodku odwykowym. Zainteresowało mnie to, bo ostatnią książką o narkomanii, którą przeczytałam, była chyba powieść "My dzieci z dworca Zoo". Potem Tomasz Piątek przedstawia genezę swojego nałogu - urodził się uzależniony, tzn. już jako mały chłopiec odczuwał przejmujący ból istnienia, przytłaczały go - wręcz fizycznie - obojętność przedmiotów i powszechny materializm niszczący więzi międzyludzkie. Każdego przytłaczają, ale większość ludzi przytłumia te nieprzyjemne uczucia np. poprzez zjedzenie ciastka czy zakup samochodu terenowego. Jednostkom szczególnie wrażliwym to jednak nie wystarcza, więc sięgają np. po heroinę. W każdym razie narkomanami jesteśmy wszyscy i jego misja polega na tym, żeby nam o tym przypomnieć. Pojawia się zatem potępienie konsumpcyjnego trybu życia; nawiązania do kalwińskiej teorii predestynacji; rozważania o uczuciach, sposobach ich wyrażania i kształtowania - można je przekazywać i zmieniać poprzez słowo, ale nie w sposób gwałtowny, lepiej stopniowo - przez opowieści, np. takie jak  ta książka.

sobota, 15 stycznia 2011

Pomarudzę

22 stycznia zbliża się nieuchronnie, a wraz z nim rusza Klub czytelniczy. Jeśli ktoś jest zainteresowany, to jeszcze zdąży, można zresztą dołączyć w każdej chwili. Nasza pierwsza lektura to "Jądro ciemności" Conrada. Nigdy wcześniej nie czytałam żadnego utworu tego autora, bo siostra, która przerabiała w liceum "Lorda Jima", skutecznie mnie do niego zniechęciła. Okazało się, że nie taki diabeł straszny. Być może napiszę o tym opowiadaniu na blogu, ale najpierw podyskutujemy u Anny.

Tymczasem powinnam coś tu sklecić na temat "Atlasu chmur" Davida Mitchella, ale jakoś zupełnie mi się nie chce. Chyba dlatego, że chciałabym to zrobić dobrze, bo książka mi się podobała, ale to wiąże się z koniecznością uważnego przejrzenia tej powieści jeszcze raz, powinnam też poszukać jakichś wywiadów z autorem, sprawdzić coś tu i ówdzie. Znowu będę "musiała" stworzyć jakiś długaśny wpis, którego prawie nikt nie przeczyta:). Ha, gdybym napisała kiedyś powieść, to sprzedawano by ją w aptekach jako niezawodny lek na bezsenność;).

Zauważyłam, że sporo osób prowadzących blogi o profilu podobnym do mojego bierze udział w konkursie na Blog Roku 2010 (organizatorem jest Onet), zwykle w kategorii Kultura. Mam nadzieję, że wygra ktoś, kogo podczytuję, ale też się za bardzo nie łudzę, że nagrodzone zostaną blogi rzeczywiście najlepsze: do finału przechodzą te, które otrzymały najwięcej głosów, a głosuje się esemesowo. SMS kosztuje 1,23 zł, a dochód (ciekawe, jaka to część przychodu) przeznaczony ma być na cele charytatywne. Nie rozumiem, dlaczego wybrano taką formę głosowania - przecież biorą w nim udział internauci, więc bardziej logiczne byłoby głosowanie poprzez jakiś formularz na stronie organizatora konkursu albo ostatecznie mailowo. Nie sądzicie?
W każdym razie po 10 blogów z każdej kategorii przechodzi do kolejnego etapu, w którym jednoosobowe jury (w przypadku Kultury jest to pan Jerzy Stuhr) wybiera najlepszy w danej kategorii blog i nominuje trzy blogi, które będą się ubiegały nagrodę główną i wyróżnienia. Wydaje mi się, że aby rzetelnie dokonać wyboru, trzeba uważnie prześledzić posty pojawiające się na każdym z tych blogów w ciągu całego roku. Jury ma na to mniej więcej 11 dni. Czy to wystarczy?
Moim zdaniem ten konkurs ma zbyt dużo tzw. wąskich gardeł i dlatego bardziej cenię choćby wyróżnienia typu Kreativ Blogger (postulowałabym jednak zmianę nazwy na polską i ładniejsze logo:)). W obu przypadkach jury jest jednoosobowe i kieruje się subiektywnymi upodobaniami, ale zwykły bloger śledzi więcej blogów niż dziesięć i robi to na co dzień, podczas gdy znana osobistość, np. pan Stuhr, na blogi zagląda raczej rzadko. 

Życzę powodzenia wszystkim "znajomym" blogerkom i blogerom, którzy biorą udział we wspomnianym tu konkursie:). Mam też nadzieję, że powstaną kolejne, z sensowniejszym regulaminem - wtedy może zagłosuję.

wtorek, 11 stycznia 2011

SREBRNE ORŁY

Tytuł: Srebrne orły
Autor: Teodor Parnicki
Pierwsze wydanie: 1943

Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy Pax, 1964
Stron: 542

Ocena: 4/5



Teodor Parnicki (1908-1988) to pisarz obecnie trochę zapomniany, krytyk i autor powieści historycznych (głównie). Może dlatego, że jego twórczość uchodzi za bardzo trudną w odbiorze. Podobno tzw. przeciętny czytelnik jest w stanie przebrnąć tylko przez "Opowiadania", "Aecjusza, Ostatniego Rzymianina" i przez "Srebrne orły", reszta jest dla niego zbyt hermetyczna i zagmatwana, po prostu niestrawna. Nie polemizuję, bo mam za sobą lekturę tylko jednej z tych prostszych powieści.

Mniej więcej do połowy czytanie "Srebrnych orłów" szło mi jak po grudzie. Ponarzekałam sobie, również tutaj, na Parnickiego, ale teraz wiem, że winić za to powinnam raczej własną ignorancję. Za historią, w każdym razie w szkolnym wydaniu, nigdy nie przepadałam, więc często musiałam przerywać sobie lekturę, żeby poszukać informacji o jakimś istotnym wydarzeniu czy osobie, o których autor tylko napomknął. Czy naprawdę wszyscy książęta musieli mieć na imię Bolesław?

Parnicki niczego swojemu czytelnikowi nie ułatwia. Nie ma tu żadnego zręcznie wplecionego wprowadzenia, które przybliżałoby nieco sytuację polityczną i "przedstawiałoby" kluczowych bohaterów. Poza tym chronologia wydarzeń nie zawsze jest zachowana i dość często szczegółowy opis jakiejś rozmowy czy jakiegoś zajścia znajduje się dopiero kilkadziesiąt stron dalej. Całą tę opowieść gmatwa ponadto perspektywa  - otóż wszystko obserwujemy oczyma młodego i niedoświadczonego irlandzkiego mnicha, Arona, choć nie ma tu pierwszoosobowej narracji.
W każdym razie gdy już pamiętałam (od mniej więcej 250 strony), kto jest kim, i zorientowałam się trochę w chronologii, zaczęłam wreszcie czerpać przyjemność z lektury.

Wydarzenia opisane w "Srebrnych orłach" mają miejsce na przełomie X i XI wieku. Otton III próbuje zbudować cesarstwo na wzór dawnego imperium rzymskiego. Rzymianie niechętnie poddają się władzy Sasów i knują wspólnie z Cesarstwem Bizantyńskim, jakby ich z Italii wykurzyć, i od czasu do czasu to im się udaje. Duchowni podporządkowani są władzy świeckiej, a o tym, kto zostaje papieżem, decyduje ten, kto aktualnie rządzi Rzymem. Reformatorzy kluniaccy próbują ukrócić symonię, nepotyzm, nikolaizm i ogólny upadek moralny księży i zakonników.
Na dalekiej północy powstają zręby państw słowiańskich, a władca jednego z nich, Bolesław (nazwany potem Chrobrym), zostaje podczas zjazdu w Gnieźnie mianowany przez Ottona III Patrycjuszem Imperium, co symbolizują srebrne orły właśnie. W 1002 roku zaledwie dwudziestodwuletni cesarz umiera w dość niejasnych okolicznościach, a władzę w Niemczech przejmuje, nie bez sporych problemów, jego daleki krewny Henryk II; natomiast koronę cesarską wywalczy on sobie dopiero w 1014 roku. W 1013 roku Mieszko II, syn Bolesława, poślubia Rychezę, siostrzenicę Ottona III. Rycheza próbuje przekonać męża i teścia do idei cesarstwa uniwersalistycznego, tak drogiej sercu poprzedniego cesarza, i do wypełniania obowiązków patrycjusza, czyli do wyruszenia wraz z Henrykiem II do Italii. Bolesław jest jednak władcą zbyt rozsądnym i przenikliwym, aby kierować się w polityce mrzonkami. Niestety jego syn tych przymiotów chyba nie odziedziczył.

poniedziałek, 3 stycznia 2011

Candy!!!

Drodzy Blogerzy i Blogerki! Mole książkowe kochane! U progu Nowego Roku 2011 stajecie przed niepowtarzalną szansą wygrania nagrody w moim pierwszym i ostatnim candy!!!

Organizuję je zupełnie spontanicznie i wcale nie po to, żeby rozreklamować swój blog. Wpadłam na pomysł tego przedsięwzięcia przypadkiem, pewnego niedzielnego popołudnia, między wizytą w księgarni, w której widok tysięcy książek wprowadził mnie nieomal w stan nirwany (personel już chciał wzywać pogotowie), a uroczymi chwilami na dachu pewnej krakowskiej drukarni, gdzie tkwiłam przez kilka godzin ekscytując się  skondensowanymi oparami przemysłu poligraficznego. (Dlaczego nie stworzono jeszcze luksusowych perfum o tym zapachu? Z miejsca stałyby się moim must-have!)


Ad rem. Do wygrania trzy elektryzujące książki:

1. Ekskluzywne i LIMITOWANE wydanie "Złotych myśli" sławnego brazylijskiego filozofa Pamelo Coelo. Jeśli znalazłeś się na życiowym zakręcie i nie wiesz, co dalej, a nie stać Cię na psychologa i nikt nie lubi Cię na tyle, żeby się za darmo babrać w Twoim życiorysie - ta książka jest dla Ciebie! Podarowanie komuś tej książki, np. z okazji urodzin, jest też świetnym sposobem na zakończenie niechcianej znajomości.

2. I kolejny hit: "Jak dobrze wyglądać po 20" Feromony Brej, czyli utalentowanej aktorki znanej z trzecioplanowej roli w drugim odcinku kasowej telenoweli pt. "Ferma szczęścia", której pierwszy (mamy nadzieję, że nie ostatni!) sezon, składający się niestety tylko z dwóch odcinków, wyemitowała jesienią telewizja publiczna. Talent literacki Feromony wręcz mną wstrząsnął. Już po przeczytaniu kilku pierwszych stron doszłam do wniosku, że każde, absolutnie każde wyróżnienie (łącznie z Noblem) jest dla niej osiągalne! Mój podziw jest tym większy, że w dziedzinie dobrego wyglądu Feromona dysponuje przecież wiedzą tylko teoretyczną.

3. I wreszcie najnowszy mroczny skandynawski kryminał pt. "Dziewczyna, która igrała z Mężczyzną, który włożył skarpety nie do pary" Hennoga Larssoga. Komisarz Stroustrup próbuje odnaleźć zwyrodnialca, który na ścianie lokalnego spożywczaka nabazgrał: "Precz z państwem socjalnym! Wiwat libertarianizm!" i wstrząsnął krajem. Oprócz tego Stroustrup zmaga się z problemami rodzinnymi, finansowymi, mieszkaniowymi, zdrowotnymi, imigracyjnymi, politycznymi i wciąż nie może się zdecydować, który z ikeowych foteli nabyć: Ektorp Jennylund czy Ektorp Muren.


Jest więc o co powalczyć. Zadajecie sobie zapewne pytanie, jak zdobyć te perły literatury. Nie ukrywam - nie będzie łatwo. Oto regulamin mojego candy:

sobota, 1 stycznia 2011

JAKA JESTEŚ, POLSZCZYZNO?

Tytuł: Jaka jesteś, polszczyzno?
Autor: Jan Miodek
Pierwsze wydanie: 1996

Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego
ISBN: 83-229-2007-5
Stron: 195

Ocena: 5/5

Przeważnie unikam wszelkich patriotycznych uniesień, zwłaszcza celebrowania rocznic związanych z bitwami i wojnami, jest jednak jeden element naszej kultury i historii, z którego jestem dumna: język polski. Nie twierdzę oczywiście, że nasza mowa jest w najmniejszym choćby stopniu lepsza niż jakakolwiek inna; cenię ją przede wszystkim za elastyczność oraz skomplikowane reguły ortografii i interpunkcji;). Nie oznacza to, że zasady te pilnie studiuję, ani że sama nie popełniam błędów - po prostu lubię od czasu do czasu zajrzeć do jakiejś książki popularnonaukowej traktującej o języku polskim.

Większość obywateli nie podziela jednak moich zainteresowań, toteż świetny program "Ojczyzna polszczyzna" profesora Jana Miodka zniknął z ramówki TVP. W końcu "Jaka to melodia" czy "Barwy szczęścia" lepiej realizują misję publicznego nadawcy.

Profesor Miodek w sposób może nieco zmanierowany, ale przecież z ogromną pasją i znajomością tematu opowiadał o zawiłościach naszej gramatyki i ortografii oraz odpowiadał na pytania telewidzów. Jako dziecko często oglądałam ten program, potem jednak zaczęto go nadawać w godzinach rannych, więc nie miałam już tej możliwości. Właśnie z "Ojczyzny polszczyzny" dowiedziałam się na przykład, skąd się wziął zwrot "kamień węgielny"; wcześniej byłam przekonana, że ma on coś wspólnego z węglem:).

Może ktoś w TVP pójdzie po rozum do głowy i zacznie nadawać powtórki, np. w niedzielne przedpołudnia?

Zanim do tego dojdzie, możemy się dokształcać czytając publikacje profesora Miodka. "Jaka jesteś, polszczyzno?" to zbiór tekstów, które ukazywały się we wrocławskiej gazecie "Słowo Polskie" w latach 1991-1995. Były one reakcją na ówczesne zjawiska językowe, toteż niektóre trochę się zdezaktualizowały. Na przykład obecnie raczej nie nadużywa się słowa "jakby", a epitet "ekologiczny" nie dziwi już w żadnej konfiguracji - wszak dziś wszystko, od budownictwa po zabawki, jest ekologiczne. Z drugiej strony zwrot "dokładnie" jest równie często, co w latach dziewięćdziesiątych, błędnie stosowany i mogę się założyć, że większość Polaków nadal nie wie, co to znaczy "samotrzeć".

Profesor Miodek szczególną wagę przykłada do dobrego stylu wypowiedzi, przez co rozumie dostosowywanie konstrukcji językowych do konkretnych sytuacji życiowych, to znaczy m.in. nieprzesadzanie z potocznością. Przypuszczam zatem, że nie może bez abominacji oglądać telewizji i przeglądać prasy, że o większości portali internetowych nie wspomnę.

Ja lubię kolokwializmy i stali czytelnicy Impresji niewątpliwie to zauważyli. Zresztą co tam kolokwializmy, skoro na tym blogu aż roi się od emotikon! Nie mam jednak zamiaru tego zmieniać, bo wszystko to dodaje moim wpisom autentyczności i nieco je odróżnia od profesjonalnych recenzji.