Impresje

poniedziałek, 31 maja 2010

KOREKTY

Tytuł: Korekty
Autor: Jonathan Franzen
Pierwsze wydanie: 2001
Tłumaczenie: Arkadiusz Nakoniecznik, Joanna Grabarek
Wydawnictwo: Świat Książki
ISBN: 9788373114432
Stron: 671

Ocena: 4/5

Trudno streścić fabułę tego typu książki, bo to trochę tak, jakby opisywać intymne sprawy prawdziwych ludzi. Jonathanowi Franzenowi udało się wykreować pełnowymiarowe postaci, takie z krwi i kości, które co prawda nie budzą naszej sympatii, ale których losy śledzimy z zainteresowaniem. Powieść nie ma głównego bohatera lub raczej ma ich pięcioro - wszystkich dorosłych członków rodziny Lambertów.
Nestorem rodu był Alfred, emerytowany inżynier, właściciel kilku patentów z dziedziny metalurgii. Człowiek o nieposzlakowanej uczciwości, dla którego zrobienie sobie przerwy na kawę w czasie pracy było równoznaczne z okradaniem firmy. Perfekcjonista, pedant, który od innych wymagał bardzo dużo, ale jeszcze więcej wymagał od siebie. Ortodoksyjny introwertyk, nie umiał i nie chciał mówić o uczuciach, a często nie potrafił ich też okazać. Ta niemożność raniła przede wszystkim jego żonę, Enid.
Byli małżeństwem od prawie pięćdziesięciu lat. Nie licząc kilku zagranicznych wycieczek i delegacji, spędzili je w St. Jude niewielkim, prowincjonalnym miasteczku na Środkowym Zachodzie. Jonathan Franzen dobrze wybrał nazwę - św. Juda Tadeusz, apostoł, uchodzi za patrona spraw trudnych i beznadziejnych.
Enid była konwencjonalną panią domu, zajmowała się mężem i dziećmi; Alfred nie pozwolił jej się mieszać do innych spraw. Być może miała nadzieję, że kiedy dorosłe dzieci się wyprowadzą, będzie miała trochę czasu tylko dla siebie, wówczas jednak jej mąż zapadł na chorobę Parkinsona i postępującą stopniowo demencję. Enid zapadła na harpagonizm. Miała na głowie Alfreda, trudny w utrzymaniu dom i nieustannie zadręczała się problemami swoich dzieci. Cóż, nie miała swojego życia, więc żyła cudzym.
Najstarszy syn Gary (lat 43) był wiceprezesem banku, był bogaty i odpowiedzialny, miał wredną żonę i trójkę dzieci. Synowa nie znosiła teściów i starała się do minimum ograniczyć ich kontakty z wnukami. Gary przechodził coś w rodzaju kryzysu wielu średniego - obawiał się depresji i próbował uniepodobnić się (chyba nie ma takiego słowa, ale to co) do Alfreda.
Chip (lat 39) był typem amerykańskiego intelektualisty o lewicowych zapatrywaniach. Wykładał w college'u teorię literatury, dopóki nie wyrzucono go stamtąd za romans ze studentką. Poświęcił się wówczas szlifowaniu scenariusza filmowego, który miał mu otworzyć drogę do Hollywood i wydawał mnóstwo pożyczonych pieniędzy na swoją nową przyjaciółkę. Kobiety były jego obsesją i jego zgubą.
Denise (lat 32) była coraz bardziej cenioną szefową kuchni w popularnych restauracjach, ale w życiu osobistym zdecydowanie jej się nie wiodło. Po rozwodzie z mężem zaczęła się angażować w zaskakujące dla niej samej, skomplikowane związki, które ukrywała przed rodziną. 

Akcja powieści obejmuje kilka miesięcy, które okażą się okresem przełomowym dla wszystkich bohaterów. Enid dąży do tego, żeby cała rodzina zebrała się w St. Jude na Boże Narodzenie, być może ostatnie święta, które Alfred będzie w miarę świadomie obchodził. Obecność dzieci i wnuków ma jej wynagrodzić życie bez nadziei na osobiste szczęście, lata poświęceń. A wcale nie jest pewne, czy spełnią jej prośbę i przyjadą. 

Istotnym wątkiem tej powieści jest zmaganie się ze starością i jej konsekwencjami. Alfred Lambert, zawsze taki odpowiedzialny, silny, niezależny, staje się stopniowo bezradnym i bezbronnym człowiekiem, zdanym na cudzą łaskę. W jego prywatność, którą zawsze tak bardzo sobie cenił i którą chronił nawet przed rodziną, bezceremonialnie wkraczają obcy ludzie - lekarze, pielęgniarki, postronni świadkowie jego upadków. Nie jest to przyjemny obrazek, również dlatego, że na wielu czytelników też coś podobnego czai się w przyszłości.

"Korekty" to bardzo dobra powieść obyczajowa. Co prawda wydaje mi się, że autor mógł sobie spokojnie darować kilka wątków i szczegółowych opisów, ale i tak stosunkowo szybko przebrnęłam przez ponad 600 stron, zaznaczając po drodze kilka fragmentów i zwrotów, które szczególnie mi się spodobały. Jonathan Franzen otrzymał za tę książkę National Book Award

***
Słońce wisiało nisko na niebie, mała plamka światła, stygnąca gwiazda. [str. 9]

Alfred stał w głównej sypialni, zastanawiając się, dlaczego wszystkie szuflady są wysunięte i kto je powysuwał - może on sam? Winą za swoją dekoncentrację nieodmiennie obarczał Enid. Dlatego, że była jej świadkiem. I dlatego, że w ogóle istniała, a wiec potencjalnie to ona mogła pootwierać szuflady.
- Co robisz, Al?
Odwrócił się w kierunku drzwi.
- Właśnie...
Zaczął, lecz natychmiast zawiesił głos, ponieważ zawsze, kiedy ktoś go zaskakiwał, nawet najprostsze zdanie zamieniało się w wędrówkę przez las; jak tylko tracił z oczu jasną polanę, z której rozpoczynał wędrówkę, uświadamiał sobie, że okruszki, które rzucał na ziemię, żeby potem odnaleźć drogę powrotną, zostały już wydziobane przez ptaki - małe, przebiegłe, milczące, zwinne stworzenia prawie niewidoczne w mroku, za to tak liczne i ruchliwe, że same zdawały się go tworzyć, jakby mrok nie był jednolity, nie był negacją jasności, lecz czymś żywym i namacalnym, złożonym z niezliczonych cząsteczek, bo kiedy Alfred we wczesnej młodości zetknął się ze słowem "cząsteczkowy", to potem przez całe dorosłe życie wyobrażał sobie, iż właśnie w mroku gołym okiem najlepiej dostrzega się ową cząsteczkowość, podobną do ziarnistości czułej błony fotograficznej, używanej do robienia zdjęć przy słabym oświetleniu, albo do śladów odstręczającego rozkładu; stąd właśnie brała się panika człowieka zagubionego w lesie wypełnionym ciemnością sprowadzoną przez niezliczone roztrzepotane szpaki przesłaniające zachód słońca albo przez czarne mrówki atakujące martwego oposa, ciemnością, która nie tylko była, lecz aktywnie pochłaniała kierunki, jakie sobie zawczasu wytyczył na wypadek, gdyby stracił orientację; w chwili, gdy uświadomił sobie, że się zgubił, czas w cudowny sposób zwolnił bieg, dzięki czemu Alfred odkrył nieoczekiwane nieskończoności wciśnięte między słowa, a raczej sam wpadł w nie i utknął w nich na dobre, i mógł jedynie śledzić wzrokiem czas płynący naprzód bez jego udziału, a bezmyślnie chłopięca część jego duszy wciąż biegła na oślep przez las, podczas kiedy on, dorosły Al, obserwował z przedziwnie bezosobowym zainteresowaniem tego chłopca, zastanawiając się, czy mimo wszystko zdoła dotrzeć do polany, na której czekała na niego Enid, nieświadoma istnienia lasu.
- ...pakuję walizkę - usłyszał swój głos.
Brzmiało to całkiem sensownie. Czasownik i rzeczownik. Przed nim rzeczywiście leżała walizka, istotne potwierdzenie jego słów. Niczego nie zdradził.
Ale Enid znowu coś powiedziała. Audiolog stwierdził u niego umiarkowane uszkodzenie słuchu. Zmarszczył brwi, nie zrozumiał.
- Dzisiaj jest czwartek - powtórzyła głośniej. - Wyjeżdżamy dopiero w sobotę.
- W sobotę! - odpowiedział jak echo.
Zbeształa go, cząsteczkowe ptaki rozpierzchły się na chwilę, ale na dworze wiatr zdmuchnął już słońce i robiło się coraz zimniej. [str. 18-19]

- Mam wrażenie, że o gustach się nie dyskutuje.
- To prawda - odparła Denise - chociaż nie ulega wątpliwości, że bywają lepsze i gorsze. [str. 119]

Noc była zupełnie inna. Wtedy leżał rozbudzony na materacach, które zdawały się być zrobione z tektury, i katalogował wady ludzkości. [str. 291]

Alfred uważał, że rzeczywistość i prawda stanowiły mniejszość, którą świat zamierzał wytępić. [str. 305]

Dobrowolna ignorancja była doskonałą umiejętnością przystosowawczą, może nawet najlepszą ze wszystkich. [str. 316]

Z powodu wiatru musiał porządnie pchnąć drzwi wyjściowe. Wichura była taka, że zimne podmuchy przenikały przez skórzaną kurtkę. Był to wiatr, który nadchodził prosto z Arktyki, niezatrzymany przez żadne nierówności terenu pomiędzy biegunem a St. Jude. [str. 575]

sobota, 29 maja 2010

DZIENNY PATROL

Tytuł: Dzienny Patrol
Autorzy: Siergiej Łukjanienko, Władimir Wasiliew
Pierwsze wydanie: 2000
Tłumaczenie: Ewa Skórska
Wydawnictwo: MAG
ISBN: 978-83-7480-100-3
Stron: 419

Ocena: 3/5

"Dzienny Patrol" ma dwóch autorów - Siergieja Łukjanienkę oraz Władimira Wasiliewa. Składa się również z trzech historii, których głównymi bohaterami są tym razem Ciemni, ale pojawiają się w nich także postaci znane z "Nocnego Patrolu".

Pierwsze opowiadanie - "Nieupoważnionym wstęp dozwolony" - nie przypadło mi za bardzo do gustu. Opisuje ono dalsze losy wiedźmy Alicji, która w poprzednim tomie mocno podpadła Zawulonowi, za co została srogo ukarana. Dzięki ofiarnej pracy w szeregach Dziennego Patrolu trochę się w jego oczach zrehabilitowała i pozwolono jej wyjechać do Arteku (obozu dla młodych pionierów, na Krymie), gdzie miała regenerować swoje magiczne moce, czerpiąc z dziecięcych koszmarów i strachów. Przebywała tam pod przykrywką opiekunki grupy dziewcząt. Niestety, ona, Ciemna wiedźma, zakochała się w zwykłym człowieku - Igorze. Szybko się okazało, że to nie był najlepszy wybór.
Jak dla mnie to ta historia była zbyt ckliwa. Może dlatego, że nie wierzę w żadne tam miłości od pierwszego wejrzenia, zwłaszcza gdy coś takiego spotyka wredną czarownicę. 

Początek historii pt. "Obcy dla innych" przypomina trochę "Tożsamość Bourne'a" - pewien tajemniczy mężczyzna, Witalij Rogoza, Ukrainiec, wsiada do pociągu jadącego do Moskwy, w walizce ma sto tysięcy rubli i trochę osobistych rzeczy. Nie wie, kim jest, skąd ma te pieniądze i po co w ogóle jedzie do Rosji. Postanawia robić to, co podszeptuje mu instynkt? podświadomość? siła wyższa? Rejestruje się w Moskwie jako Ciemny mag i szybko wplątuje się w zmagania między Patrolami. Wydaje się, że aktualnie górą są Dzienni - w osobie Witalija zyskali bardzo silnego maga, a w dodatku do Moskwy ma wkrótce przybyć potężny artefakt, który planują przejąć. Równowaga Sił została poważnie zakłócona, konieczna jest interwencja Inkwizycji. I samego Zmroku.
Moim zdaniem to najlepsze opowiadanie z tego tomu, pod względem klimatu i fabuły najbardziej zbliżone do "Nocnego Patrolu".

Opowiadania "Inna siła" nie będę może streszczać - autorzy kontynuują tu wątki z dwóch poprzednich historii. Napiszę tylko, że rzecz dzieje się przeważnie w Pradze.

***
Tę książkę oceniłam o plusik niżej niż "Nocny Patrol", głównie z powodu pierwszego opowiadania. W ogóle akcja toczy się tu nieco wolniej, ale nie twierdzę, że to wada. Przeciwnie. Rozwój wydarzeń, zwłaszcza w "Innej sile", jest trochę lepiej wyjaśniony i umotywowany. 
Ponownie zapoznajemy się z fragmentami mrocznych rosyjskich piosenek o beznadziei, co mnie trochę nużyło. Ileż można śpiewać o tym samym...

W "Dziennym Patrolu" tu i ówdzie do głosu dochodzą prywatne poglądy autorów. Zadziwiło mnie mocno takie zdanie: "Juha pochodził z Rosji, a dokładniej z południa Ukrainy". Łukjanienko ukazuje swój kraj jako siermiężny skansen, zdominowany przez nowych Rosjan, nuworyszy, ale z drugiej strony uważa swoich rodaków za trochę lepszych od całej reszty Europejczyków, że o Amerykanach nie wspomnę. Trochę mi to nie odpowiada.

Czytałam "Dzienny Patrol" tym razem w tłumaczeniu Ewy Skórskiej i rzeczywiście nie zauważyłam tu takich błędów jak w poprzedniej powieści. 

czwartek, 27 maja 2010

NOCNY PATROL

Tytuł: Nocny Patrol
Autor: Siergiej Łukjanienko
Pierwsze wydanie: 1998
Tłumaczenie: Zbigniew Landowski
Wydawnictwo "Książka i Wiedza"
ISBN: 83-05-13271-4
Stron: 355


Ocena: 3+/5

Wstyd się przyznać, ale do niedawna przeczytane przeze mnie książki rosyjskich pisarzy można policzyć na palcach jednej ręki: "Mistrz i Małgorzata" Bułhakowa, "Zbrodnia i kara" Dostojewskiego, "Martwe dusze" Gogola, "Pelagia i biały buldog" Akunina oraz "Timur i jego drużyna" Gajdara (!). W ciągu kilku ostatnich dni lista ta wydłużyła się o dwie pozycje.

W powieści Siergieja Łukjanienki oprócz naszego świata istnieje jeszcze Zmrok, do którego wstęp mają nieliczni Inni. Pozornie nie różnią się niczym od zwykłych śmiertelników, mają jednak pewne nadnaturalne zdolności, które mogą wykorzystać ze szkodą lub z korzyścią dla siebie i dla nas. Jaśni, ci "dobrzy", czerpią Siłę z ludzkich radości i nadziei; Ciemni, "źli", karmią się naszym strachem i złością.
Każda ze stron, choć z różnych powodów, próbuje zdominować drugą, a kruchej równowagi między nimi pilnuje Inkwizycja, przy której ta hiszpańska to pikuś. Słudzy światła i słudzy Ciemności, w obawie, że wojny między nimi mogłyby zniszczyć świat, zawarli przed wiekami Wielki Traktat o rozejmie. Podeszli do tego w sposób racjonalny, wiedząc, że natury Innych, tak jak i ludzkiej, zmienić się nie da. Na mocy Traktatu Ciemni mają prawo do określonej ilości złych postępków, a Jaśni do takiej samej ilości dobrych uczynków. Przestrzegania zasad pilnują Patrole. Nocny składa się z sług Światła, którzy pracują przeważnie nocą, bo to wtedy najczęściej Ciemni realizują swoje prawa. W Dziennym pracują Ciemni, którzy pilnują, czy aby Jaśni nie przesadzają ze swoją dobrocią.
Jak już wspomniałam, między Dziennym i Nocnym Patrolem cały czas trwa, z powodu traktatowych ograniczeń nie otwarta, ale jednak - walka. Obie strony korzystają przy tym z wszelkich możliwych umiejętności swoich magów, artefaktów, proroctw, najnowszych osiągnięć techniki i potknięć przeciwnika. W rezultacie czasami bardzo trudno odróżnić Jasnych od Ciemnych.
W pierwszej części swojej (jak dotąd) tetralogii Łukjanienko opisuje relacje między moskiewskimi Patrolami. Głównym bohaterem jest mniej więcej trzydziestoletni Anton Gorodecki, Jasny mag o przeciętnej mocy. Przez pięć lat pracował w sztabie Nocnego Patrolu na stanowisku analityka i programisty, po czym przełożony postanowił przetestować go jako agenta operacyjnego. Powierzono mu z pozoru proste zadanie - znalezienie wampira, który zabijał bez licencji. Udało mu się, oczywiście je wykonać, ale podczas misji natknął się na kobietę, nad którą ciążyła klątwa o wyjątkowo niszczycielskiej sile. Od jej zneutralizowania zależą, ni mniej ni więcej, losy całego świata.
Tak zaczyna się pierwsza historia, a po niej następują dwie równie ciekawe.

***
Książkę tę dosłownie pochłonęłam. W wizji dwóch przeciwstawnych sił walczących o rząd dusz nie ma niby niczego odkrywczego, ale mimo to czytałam powieść z przyjemnością i rosnącym zainteresowaniem. Bardzo wciąga. Akcja pędzi na złamanie karku, nie ma zbyt wielu opisów, są to za to rozważania nad naturą dobra i zła oraz nad względnością obu tych sił.
Autorowi nie udało się co prawda uniknąć pewnej schematyczności przy konstruowaniu fabuły. W każdym opowiadaniu wszystko zdaje się zmierzać co najmniej ku końcowi świata, ale w finale okazuje się, że Ciemni albo Jaśni przeoczyli jakiś szczegół i katastrofy na razie nie będzie.
Zakończenia przypominały mi pod pewnymi względami kryminały Agathy Christie. Tutaj też okazuje się, że Anton (tylko on) już od pewnego czasu wszystkiego się domyślał i znał prawdę, ale czytelnik o tym nie wiedział, co jest o tyle dziwne, że to Anton jest w tej powieści pierwszoosobowym narratorem. W ogóle myślę, że Łukjanienko mógł tę postać trochę lepiej dopracować. A tak to Anton niby jest programistą, ale potrafi nadspodziewanie długo wytrzymać bez komputera (długo nawet jak na Innego, ale informatyka). Przez pięć lat był też analitykiem, ale w pracy poza biurem zupełnie o tym nie pamięta i działa niemal wyłącznie intuicyjnie.

Mimo tych drobnych wad polecam "Nocny patrol" wszystkim fanom powieści z wartką akcją. Bardzo dobrze się sprzedała, toteż powstały kontynuacje:
"Dzienny Patrol", napisany przez Łukjanienkę razem z Siergiejem Wasiliewem,
"Patrol Zmroku",
"Ostatni Patrol".
Czytałam, że Władimir Wasiliew napisał, tym razem samodzielnie,  "Patrolową" powieść pt. "Oblicze Czarnej Palmiry", która jest kontynuacją "Nocnego" i "Dziennego Patrolu".

***
W Polsce "Nocny Patrol" ukazał się najpierw nakładem wydawnictwa "Książka i Wiedza", w przekładzie Zbigniewa Landowskiego. Ostatnio książki Łukjanienki z tej serii wydaje MAG, w tłumaczeniu Ewy Skórskiej. Nie wiedziałam, że istnieją dwie wersje "Nocnego Patrolu", w każdym razie z biblioteki wypożyczyliśmy tę pierwszą.
Tłumaczenie nie jest tak tragiczne, jak to niektórzy twierdzą, ale zdarzają się zdania przetłumaczone z rosyjskiego chyba słowo w słowo. Można się zorientować, o co chodzi, ale takie rzeczy bardzo rażą, zwłaszcza że, jak chwali się wydawnictwo, jest to "trzynaście tysięcy sześćset siedemdziesiąta czwarta publikacja KiW". Drugim tom czytałam w przekładzie Ewy Skórskiej i tam takich wpadek nie ma.

Za korektę chyba nikt nie chciał wziąć osobistej odpowiedzialności, bo jako jej autora wskazano Zespół. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się podkreślać (ołówkiem) błędów w trakcie czytania, ale tutaj po prostu nie mogłam się powstrzymać. 

***
Każda poczytna powieść zostaje wcześniej czy później przeniesiona na ekran i tak też się stało sześć lat temu w przypadku "Nocnego Patrolu". Być może na moją ocenę tego filmu wpłynęło to, że obejrzałam go w dniu, w którym skończyłam czytać książkę. "Przed oczyma duszy mojej" miałam jeszcze własne wyobrażenia bohaterów, scenerii i fabuły, które w żaden sposób nie zgadzały się z wizją twórców filmu. 
Uważam, że "Nocna straż" to jakieś kompletne nieporozumienie. W tym filmie wszystkie budynki w Moskwie to obskurne rudery, Anton wygląda jak podpity żul, biuro Nocnego Patrolu przypomina prowincjonalny państwowy urząd sprzed 50 lat, efekty są kiepskie (to ma być Tygrysek?!)... Odwieczne zmagania sił Światła i Ciemności pokazano zbyt dosłownie - jedna z bitew miała się rozegrać w Langwedocji w 1342 roku. Co ma do tego Langwedocja? Nie wiem, może twórcom filmu marzyło się coś w rodzaju bitwy o Helmowy Jar z "Dwóch wież"? Cóż, pomarzyć zawsze można. Do damskich serc miał pewnie przemówić wątek Antona i Igora - jeśli o mnie chodzi, to się to nie udało.
Chwilami film miał całkiem fajny, mroczny klimat, ale niestety było w nim za dużo kiczu. No i nigdy wcześniej nie spotkałam się z tak nachalnym product placementem - wyjątkowo długi najazd kamery na telefon Nokia, a potem wszyscy piją kawę Nescafe. 
"Nocna straż" obejmuje tylko 1/3 fabuły książki, a zaczyna się sceną zaczerpniętą właściwie z "Dziennego Patrolu".

Filmu zdecydowanie nie polecam. Nakręcono również "Straż dzienną", ale nikomu nie uda się namówić mnie na jej obejrzenie.

***
My jesteśmy Inni.
Służymy różnym siłom,
Ale w Zmroku nie ma różnicy pomiędzy brakiem Ciemności
a brakiem Światła.
Wojna między nami może zniszczyć świat.
Podpisujemy Wielki Traktat o rozejmie.
Każda z jego stron będzie żyła wedle swoich praw,
Każda ze stron będzie miała swoje możliwości
Ograniczamy swoje możliwości i prawa.
My - Inni
My stwarzamy Nocny Patrol
By siły Światła obserwowały siły Ciemności.
My - Inni.
My stwarzamy Dzienny Patrol.
By siły Ciemności obserwowały siły Światła.
Czas rozsądzi nas.

[str. 78-79, interpunkcja oryginalna, choć, jak widać, bardzo niekonsekwetna]


wtorek, 25 maja 2010

CUDOWNI CHŁOPCY

Tytuł: Cudowni chłopcy
Autor: Michael Chabon
Pierwsze wydanie: 1995
Tłumaczenie: Andrzej Jankowski

Wydawnictwo: Rebis
ISBN: 83-7301-356-3
Stron: 327

Ocena: 4-/5

Spodobała mi się ekranizacja, więc sięgnęłam po powieść. Film miał premierę w 2000 r., wyreżyserował go niejaki Curtis Hanson, autorem scenariusza był Steve Kloves, a główne role zagrali Michael Douglas, Tobey Maguire, Robert Downey Jr., Frances McDormand i Katie Holmes. Siłą rzeczy podczas lektury stale porównywałam książkę z filmem.

 Treść powieści i filmu jest bardzo zbliżona, przynajmniej jeśli chodzi o główne wątki, z tym że w książce cała ta historia jest jednak trochę bardziej gorzka. Profesor Grady Tripp pracuje na wydziale literatury angielskiej Uniwersytetu Pittsburskiego i prowadzi warsztaty pisania opowiadań. Jest autorem trzech powieści, za ostatnią otrzymał nawet nagrodę Pen Clubu. Po tym sukcesie wydawnictwo wypłaciło mu wysoką zaliczkę na poczet czwartej książki: "Wonder boys". Minęło jednak już kilka lat, a Trippowi nie udało się jej dokończyć. Nie chodzi o brak weny, można nawet mówić o jej nadmiarze - powieść liczy sobie już ponad dwa i pół tysiąca stron, wątki i opisy wciąż się mnożą, istnieje pięć alternatywnych wersji zakończenia. Być może w pisaniu Grady Tripp szuka ucieczki przed innymi problemami. Ewidentnie z jego winy rozpada się jego trzecie małżeństwo. Podkochuje się w jednej ze swoich uczennic. Nie stroni od marihuany. Ma romans z Sarą Gaskell, rektorką uniwersytetu, która jest jednocześnie żoną jego przełożonego i która właśnie mu oznajmiła, że jest w ciąży. Jego wydział organizuje Turniej Słowa, na który zjedzie sporo ludzi z branży (w tym pisarze, którym się powiodło). Wśród nich będzie Terry Crabtree - przyjaciel Trippa i jednocześnie jego redaktor, który będzie chciał rzucić okiem na "Wonder boys". Do tego wszystkiego Tripp martwi się o swojego najzdolniejszego studenta, Jamesa Leera - podejrzewa, że chłopak zamierzał popełnić samobójstwo.

Sporo tych nieszczęść, ale Grady Tripp nie jest żadnym współczesnym Hiobem, ani do tego miana nie pretenduje. Zdaje sobie sprawę, że za taki stan rzeczy odpowiada on sam, a sumienie ucisza kilka razy dziennie za pomocą jointa albo kodeiny. Towarzystwo Crabtreego i Leera sprawia, że jego sytuacja wydaje mu się jeszcze bardziej absurdalna niż zwykle i przez to mniej ponura.
Akcja powieści obejmuje kilka dni, w czasie których Tripp będzie musiał podjąć kluczowe decyzje dotyczące dalszego rozwoju jego kariery pisarskiej i życia osobistego albo na wieki pozostać "cudownym" chłopcem. 

Wątek problemów z pisaniem jest częściowo autobiograficzny. Michael Chabon po sukcesie swojej pierwszej powieści "The Mysteries of Pittsburgh", następną pisał przez 5 lat i nigdy jej nie ukończył. Połowę zaliczki musiał oddać żonie, która w tym okresie się z nim rozwiodła. Część swoich doświadczeń z pewnością przekazał profesorowi Trippowi.

***

"Cudowni chłopcy" to typowa amerykańska powieść obyczajowa. Ciekawa historia, dobrze skonstruowani i oryginalni bohaterowie. Główna postać ukazana w momencie dla siebie przełomowym, w którym może wszystko naprawić albo wszystko zepsuć. Mamy tutaj pierwszoosobową narrację; Grady Tripp opisuje siebie z dystansem i autoironią (w końcu jest przeważnie upalony), więc czytelnik nie popada w trakcie lektury w minorowy nastrój. 

Michael Chabon ma na pewno duży talent do opowiadania. Podobały mi się plastyczne opisy postaci i miejsc, zwłaszcza że autor niejednokrotnie stosował ciekawe metafory (żeby zrozumieć niektóre z nich, musiałam poszperać w słownikach). 

Podsumowując: polecam. I książkę, i film. Chętnie przeczytam też inne powieści tego autora, zwłaszcza "Związek żydowskich policjantów". 

***   ***   ***
Płaszcz był jego znakiem firmowym. Była to nieprzemakalna specjalność sklepu z używanymi rzeczami, z kraciastą flanelową podszewką i szerokimi klapami, i wyglądała, jakby przez wiele lat starała się chronić przed deszczem zgarbione plecy licznych ciężkich przypadków, włóczęgów i zwykłych meneli. Wydzielała odór dworca autobusowego tak wymarłego, że wystarczyło stanąć obok Jamesa Leera, aby poczuć, jak twój los zmienia się na gorsze. [str. 48]

Kiedy obaj mężczyźni kierowali swój ładunek ku męskiej toalecie, Crabtree spojrzał przypadkiem w moją stronę. Uniósł brwi i mrugnął do mnie. Chociaż była dopiero dziewiąta, wykonał już jeden obrót na farmakologicznym kole, do którego przywiązał się na ten wieczór, ukradł tubę i uraził transwestytę, a teraz jego kompani zaczynali, z radością i tupetem, rzygać. Był to z całą pewnością wieczór w stylu Crabtreego. [str. 80-81]

Uśmiechnąłem się. Przypuszczałem, że przejawia coś, co ludzie obecnie nazywają, z miażdżącą dezaprobatą, wyparciem. Zawsze trudno mi było odróżnić wyparcie od tego, co dawniej zwano nadzieją. [str. 161]

Szedłem do domu Gaskellów wzdłuż złowrogiego żelaznego ogrodzenia. Był chłodny wiosenny wieczór w nadrzecznym mieście u podnóża gór. W powietrzu unosiła się drobna mgiełka. Wszystkie światła lamp na ulicy otoczone były łagodnymi aureolami, jakby rozmazał je kciukiem sentymentalny pastelista. Nadal dźwigałem tubę, z tego tylko powodu, że w mojej ówczesnej sytuacji mogła ujść za dobrego kompana. To inny sposób powiedzenia, że była wszystkim, co miałem. [str. 314]

sobota, 22 maja 2010

Kobieta w literaturze III

Gustaw
(...)
(Mocniej, gniewny)
Kobieto! puchu marny! ty wietrzna istoto!
Postaci twojej zazdroszczą anieli,
A duszę gorszą masz, gorszą niżeli!...
Przebóg! tak ciebie oślepiło złoto!
I honorów świecąca bańka wewnątrz pusta!
Bodaj!... Niech, czego dotkniesz, przeleje się w złoto;
Gdzie tylko zwrócisz serce i usta,
Całuj, ściskaj zimne złoto!
Ja, gdybym równie był panem wyboru,
I najcudniejsza postać dziewicza,
Jakiej Bóg dotąd nie pokazał wzoru,
Piękniejsza niźli aniołów oblicza,
Niźli sny moje, niźli poetów zmyślenia,
Niźli ty nawet... oddam ją za ciebie,
Za słodycz twego jednego spojrzenia!
Ach, i gdyby w posagu
Płynęło za nią wszystkie złoto Tagu,
Gdyby królestwo w niebie:
Oddałbym ją za ciebie!
Najmniejszych względów nie zyska ode mnie,
Gdyby za tyle piękności i złota
Prosiła tylko, ażeby jej luby
Poświęcił małą cząstkę żywota,
Którą dla ciebie całkiem poświęca daremnie!
Gdyby prosiła o rok, o pół roka,
Gdyby jedna z nią pieszczota,
Gdyby jedno mgnienie oka,
Nie chcę! nie! i na takie nie zezwolę śluby.

(Surowo)
A ty — sercem oziębłym, obojętną twarzą,
Wyrzekłaś słowo mej zguby
I zapaliłaś niecne ogniska,
Któremi łańcuch wiążący nas pryska,
Które się wiecznym piekłem między nami żarzą,
Na moje wieczne męczarnie!
Zabiłaś mię zwodnico! Nieba cię ukarzą!
Sam ja... nie puszczę bezkarnie,
Idę, zadrżyjcie odmieńce!

(Dobywa sztylet i ze wściekłą ironią)
Błyskotkę niosę dla jasnych panów!
Ot, tym wina utoczę na ślubne toasty...
Ha! wyrodku niewiasty!
Śmiertelne ścisnę wkoło szyi twojej wieńce!
Idę jak moję własność do piekła zagrabić,
Idę!...

(Wstrzymuje się i zamyśla)
O nie, nie... nie... żeby ją zabić,
Trzeba być trochę więcej niż pierwszym z szatanów!
Precz to żelazo!

(chowa)
niech ją własna pamięć goni,

(Ksiądz odchodzi)
Niech ją sumienia sztylety ranią!
Pójdę, lecz pójdę bez broni,
Pójdę tylko spojrzeć na nią.
W salach, gdzie te od złota świecące pijaki
Przy godowym huczą stole,
Ja w tej rozdartej sukni, z tym liściem na czole,
Wnijdę i stanę przy stole...
Zdziwiona zgraja od stołu powstała,
Przepijają do mnie zdrowiem,
Proszą mnie siedzieć: ja stoję jak skała,
Ani słowa nie odpowiem.
Plączą się skoczne kręgi przy śpiewach i brzęku,
Prosi mię w taniec drużba godowa,
A ja z ręką na piersiach, z listkiem w drugiem ręku,
Nie odpowiem ani słowa!
Wtem ona z swoim anielskim urokiem,
"Gościu mój, rzecze, pozwól! niech się dowiem,
Skąd przychodzisz, kto jesteś?" - Ja nic nie odpowiem;
Tylko na nią cisnę okiem,
Ha! okiem! okiem jadowitej żmije,
Całe piekło z mych piersi przywołam do oka;
Niech będzie ślepą, martwą jak opoka,
Na wskróś okiem przebiję!
Wgryzę się jak piekielny dym pod jej powieki
I w głowie utkwię na wieki.
Będę jej myśli czyste przez cały dzień brudził,
I w nocy ją ze snu budził.

(Powolniej, z czułością)
A ona tak jest czuła, tak łacno dotkliwa,
Jako na trawce wiosenne puchy,
Które lada zefiru zwiewają podmuchy
I lada rosa obrywa.
Każde wzruszenie moje natychmiast ją wzruszy,
Każdy przyostry wyraz zadraśnie;
Od cienia smutku mego jej wesołość gaśnie:
Tak znaliśmy nawzajem czucia wspólnej duszy,
Co jedno pomyśliło, już drugie odgadło.
Całą istnością połączeni ścisło,
Spojrzawszy tylko na twarzy zwierciadło,
Serce nasze jak w czystym widzieliśmy stoku.
Jakie tylko uczucie na mych oczach błysło,
Natychmiast lotem promyka
Aż do jej serca przenika,
I na powrót błyszczy w oku.
Ach tak! tak ją kochałem! pójdęż teraz trwożyć
I na kochanka larwę potępieńca włożyć?
Po co? czego chcę od niej? o zazdrości podła!
I jakież są jej grzechy?
Czyli mię słówkiem dwuznacznym podwiodła?
Czy wabiącymi łowiła uśmiechy?
Albo kłamliwe układała lice?
I gdzież są jej przysięgi, jakie obietnice?
Miałemże od niej choć przez sen nadzieję?
Nie! nie! sam urojone żywiłem mamidła,
Sam przyprawiłem jady, od których szaleję!
Po cóż ta wściekłość? jakie do niej prawa?
Co za moją wzgardzoną przemawia osobą?
Gdzie wielkie cnoty? świetne czyny? sława?
Nic! nic! ach, jednę miłość mam za sobą!
Znam to; nigdym śmiałemi nie zgrzeszył zapędy,
Nie prosiłem, ażeby była mnie wzajemną:
Prosiłem tylko o maleńkie względy,
Tylko żeby była ze mną,
Choćby jak krewna z krewnym, jak siostrzyczka z bratem,
Bóg świadkiem, przestałbym na tem.
Gdybym mówił: widzę ją, widziałem ją wczora,
I jutro widzieć będę;
Z nią z rana, w dzień koło niej, koło niej z wieczora,
Oddam pierwszy dzień dobry, u stołu z nią siędę -
Ach, jak byłbym szczęśliwy!

(Po pauzie)
Zapędzam się marnie.
Ty pod zazdrośnych oczu, chytrych żądeł strażą!
Ani obaczyć nie wolno bezkarnie.
Pożegnać, porzucić każą...
Umrzeć!...

(Z żalem)
Kamienni ludzie! wy nie wiecie,
Jak ciążka śmierć pustelnika!
Konając patrzy na świat, sam jeden na świecie!
Dłoń mu przychylna powiek nie zamyka!
Żałobne grono łoża nie otoczy,
Nikt nie pójdzie za trumną do wieczności domu,
Garsteczki piasku nie rzuci na oczy,
Zapłakać nie masz komu!
O, gdybym mógł choć przez sen pokazać się tobie,
Gdybyś na mojej pamiątkę męki
Jeden przynajmniej dzionek chodziła w żałobie,
Przypięła jedną czarną wstążkę do sukienki!...
Może spojrzysz ukradkiem... i łezka boleści...
I pomyślisz westchnąwszy: ach, on mię tak kochał!

(Z dziką ironią)
Stój, stój, żałosne pisklę!... precz wrzasku niewieści!
Będęż, jak dziecko szczęścia, umierając szlochał?
Wszystko mi, wszystko niebiosa wydarły,
Lecz reszty dumy nie mogą odebrać!
Żywy, o nic przed nikim nie umiałem żebrać,
Żebrać litości nie będę umarły!

(Z determinacją)
Rób co chcesz, jesteś woli swojej panią.
Zapomnij!... ja zapomnę!

(Pomieszany)
wszak już zapomniałem?...

(Zamyślony)
Jej rysy... coraz ciemniej... tak, już się zatarły!
Już ogarniony wieczności otchłanią,
Doczesnym pogardzam szałem...

(Pauza)
Ach, wzdycham! czegóż wzdycham? ha! westchnąłem za nią,
Nie! nie mogę zapomnieć o niej i umarły.
Wszakże ją widzę, wszak tu, o, tu stoi,
Płacze nade mną... jaka łezka szczera!

(Z żalem)
Płacz, moja luba, twój Gustaw umiera!

(Z determinacją)
No, dalej, śmiało, Gustawie!

(Podnosi sztylet)
(Z żalem)
Nie bój się, luba, on się nic nie boi!
Czego żałujesz? on nic z sobą nie zabiera!
Tak! Wszystko! wszystko tobie zostawię,
Zostawię życie, i świat, i rozkosze,

(Z wściekłością)
I twego!... wszystko... o nic... ani łzy nie proszę!

(Do księdza, który wchodzi ze służącymi)
Słuchaj ty... Jeśli [cię] kiedy obaczy...

(Z wzmagającą się gwałtownością)
Pewna nadludzka dziewica... kobieta,
I jeśli ciebie zapyta,
Z czego umarłem? nie mów, że z rozpaczy;
Powiedz, że byłem zawsze rumiany, wesoły,
Żem ani wspomniał nigdy o kochance,
Że sobie grałem w karty, piłem z przyjacioły...
Że ta pijatyka... tańce...
Że mi się w tańcu... ot
(uderza nogą)
skręciła noga...
Z tego umarłem...

(Przebija się)

***   ***   ***

Gustaw

Są kosztowne bronie,
Których ostrze przenika i aż w duszy tonie:
Przecież widomie nie uszkodzą ciału.
Taką bronią po dwakroć zostałem przebity...

(Po pauzie z uśmiechem)
Taką bronią za życia są oczy kobiety,

(Ponuro).
A po śmierci, grzesznika cierpiącego skrucha!

***   ***   ***

Tytuł: Dziady - część IV
Autor: Adam Mickiewicz
Pierwsze wydanie: 1823


PS.1. Podkreślenia - moje.
PS.2. Zapewne można było skrócić te cytaty, ale nie chciałam przytoczyć fragmentów  bez kontekstu. Zresztą - to Mickiewicz.

poniedziałek, 17 maja 2010

LONNIEDYN

Tytuł: LonNiedyn (Un Lun Dun)
Autor: China Miéville
Ilustracje: China Miéville
Pierwsze wydanie: 2007
Tłumaczenie: Grzegorz Komerski
Wydawnictwo MAG
ISBN: 978-83-7480-089-1
Cena z okładki: 45 zł (twarda oprawka, 15x22,5 cm)
Stron: 538

Ocena: 3/5

Uświadomiono mi niedawno, że na kartę do biblioteki dla dorosłych mogę też wypożyczać książki z biblioteki dla młodzieży. Udałam się tam niezwłocznie i natychmiast odkryłam, że jako pełnoletnia czytelniczka jestem dyskryminowana - w dziale młodzieżowym jest o wiele więcej fantasy i SF niż w dziale dla dorosłych. No i gdzie jest sprawiedliwość?

Moją uwagę przyciągnęła powieść Miéville'a - jego "Dworzec Perdido" był mimo wszystko całkiem interesującą książką. Z informacji zamieszczonych na obwolucie "LonNiedynu" wynikało co prawda, że jest to raczej powieść dla młodszego czytelnika, no ale przecież książki dzielą się na dobre i złe, a nie te dla dzieci i dla dorosłych. Mnie na przykład "Ania z Zielonego Wzgórza" nadal niezmiennie się podoba i od czasu do czasu do niej wracam.
***
 Zaczyna się bardzo klasycznie - dwie dwunastoletnie przyjaciółki, Zanna i Deeba, mieszkają w Londynie, chodzą do szkoły, aż tu nagle tej pierwszej zaczynają się przytrafiać dziwne rzeczy, niby drobiazgi, ale jednak trudno uznać, że to przypadek, gdy się widzi chmurę o kształcie swojej twarzy lub gdy kłania się komuś lis. Ataki czarnej, śmierdzącej mgły też nie trafiają się codziennie. 
Dziewczynki postanawiają odkryć przyczynę tych niezwykłych zdarzeń, skutkiem czego trafiają do LonNiedynu, niemiasta po drugiej stronie Osobliwości

LonNiedyn zamieszkują zwykli i dość niezwykli autochtoni, oprócz tego przybywają tu czasami Londyńczycy, którzy w swoim rodzinnym mieście poczuli się niepotrzebni (np. konduktorzy autobusowi). Przenikają tu także przedmioty, w Londynie uznane za zbędne - zepsute komputery, przestarzałe pieniądze, maszyny do pisania itd. Z nich powstają przydasiowe budynki - to skrót od "Przyda nam się jeszcze". W niemieście istnieje ogromna biblioteka (poszukiwania niektórych książek trwają czasami tygodniami i są bardzo niebezpieczne), Dzielnica Zjaw, most Jasnodziejów, latające autobusy. 

I Smog, który coraz bardziej zagraża mieszkańcom niemiasta. Powstał w Londynie ze zwykłej, brudnej mgły, w której krążyło coraz więcej substancji chemicznych i z której, pod wpływem oddziaływania różnych zjawisk atmosferycznych, powstał złośliwy chmuroumysł. Z Londynu przegnały go proekologiczne przepisy, przeniknął więc do LonNiedynu i postanowił go opanować. 

Jasnodzieje dysponowali księgą, która przepowiadała, że niemiasto zostanie uratowane przez Szuassi (od franc. choisi - wybrana), czyli Zannę. Ma ona wykonać siedem zadań, dzięki czemu otrzyma siedem starożytnych skarbów i z ich pomocą zdobędzie potężną broń, którą pokona Smoga (taka deklinacja występuje w książce). 
Szybko się jednak okazało, że proroctwa księgi nie sprawdzają się w 100%... 

***

Nasuwa się tu skojarzenie z "Nigdziebądź" Neila Gaimana, któremu Miéville dziękuje za "słowa zachęty i jego niewątpliwy wkład w tworzenie londyńskich fantasmagorii" [str. 534]. Kilka drobiazgów przypomina też "Dworzec Perdido" - dziwne istoty (choć nie ma mowy o drastycznych "prze-tworzeniach"), Dworzec Objawień, z którego można wyruszyć do innych niemiast, ale w tej powieści nie ma aż tak szczegółowych opisów i tylu wątków.

Początek ze względu na swą "klasyczność" był trochę nudny. Zwrot akcji nastąpił około 180 strony i dalej czytałam książkę z pewnym zainteresowaniem. Finał łatwy do przewidzenia, kilka zbyt naciąganych zdarzeń, trochę moralizatorstwa. Książka adresowana jest oczywiście przede wszystkim do rówieśników głównych bohaterek, ale i ja przebrnęłam przez nią dość szybko i bez znużenia.

Autor jeszcze raz udowodnił, że wyobraźnię ma naprawdę bogatą. Sceneria LonNiedynu nie przytłacza aż tak bardzo jak krajobraz Nowego Crobuzon, ale jest równie oryginalna. Nie jest aż tak mrocznie jak w "Dworcu Perdido" (ale trochę jest, co widać choćby na ilustracjach), gdzieniegdzie da się też wyczuć szczyptę humoru i ironii.

W powieści jest sporo słowotwórstwa - tłumacz nie miał łatwo, ale chyba wyszedł z tego obronną ręką (swoją drogą - dziwny zwrot). 

PS. Ilustracje pochodzą ze strony randomhouse.com

***
Do okien podpływała dziwaczna, niezwykła ciemność. Gęstniała wokół niego niecodzienna odmiana ciszy - taka, która jest czymś więcej niż tylko zwykłym brakiem hałasów. Cisza z gatunku tych cisz, w których kryją się drapieżniki. [str. 8]
*** 
Ostrożnie ruszyła do Dzielnicy Zjaw, cały czas obracając się dokoła własnej osi. Tutaj duchami byli nie tylko mieszkańcy. Upiorne były też same budynki.
Każdy dom, hala, sklep, fabryka, kościół i świątynia były zbudowane z ceglanego, drewnianego, betonowego czy innego rdzenia, otoczonego przez ulotną aurę w kształcie swoich poprzednich wersji. Każde skrzydło, które kiedykolwiek zbudowano i rozebrano, każda niewielka przybudówka, każda zmiana w projekcie, wszystko tO istniało w swej eterycznej, widmowej postaci. Bezcielesne, pozbawione barw kształty przenikały jeden przez drugi i migotały, na przemian pojawiając się i znikając. Wszystkie budowle były spowite kokonami uplecionymi ze swych starszych form i postaci.
I z każdego z efemerycznych okien patrzyli na nią mieszkańcy Dzielnicy Zjaw. [str. 213-214]

sobota, 15 maja 2010

Noc muzeów w Krakowie

Przede wszystkim chciałam zobaczyć podziemia Rynku Głównego, ale okazało się, że do tego konieczne są wejściówki, po które ustawiła się naprawdę ogromna kolejka. Wybraliśmy się zatem na pozostałości murów obronnych Krakowa, potem do Muzeum Etnograficznego, a na końcu na Barbakan. 

W Nocy Muzeów biorę udział po raz trzeci czy czwarty i tylko raz byłam taka głupia, że stałam chyba ze 40 minut, żeby potem w tłoku zwiedzać Muzeum Czartoryskich. Chodzimy tam, gdzie nie ma zbyt długich kolejek, albo wybieramy się w innym terminie - przecież bilety kosztują do 10 zł (może oprócz takiego Wawelu) i można wtedy wszystko na spokojnie obejrzeć. 

Ale sama idea Nocy Muzeów jest całkiem fajna - niektórzy bez takiej okazji na pewno nigdzie by się nie wybrali.

Poniższy obrazek to zarazem link do albumu na picasie, gdzie prezentujemy trochę ciekawych zdjęć, najwięcej z Muzeum Etnograficznego.

Polecam również zdjęcia plakatów zachęcających do udziału w wyborach, które zamieściłam na moim drugim blogu, którego niedawno wskrzesiłam.

poniedziałek, 10 maja 2010

Jak głosować w wyborach prezydenckich poza miejscem stałego zameldowania?

20 czerwca odbędą się wybory prezydenckie. Kampania rozpoczęła się już miesiąc temu i towarzyszą jej wyjątkowo silne emocje. Do tej pory prowadzili ją raczej zwolennicy poszczególnych partii (głównie publicyści), teraz czas na kandydatów. Źle by się stało, gdyby tematem przewodnim wyścigu wyborczego stała się kwietniowa katastrofa, ale obawiam się, że tak właśnie będzie. 

Mam też jednak nadzieję (może jestem naiwna), że Polacy nie doświadczyli nagle zbiorowej amnezji i pamiętają, w czyim rządzie Andrzej Lepper i Roman Giertych byli wicepremierami i ministrami i kto porównywał większość obywateli do zomowców. 
Nie jestem wielką fanką Bronisława Komorowskiego, ale zamierzam głosować właśnie na tego kandydata, bo tylko on może wygrać z Jarosławem Kaczyńskim. Wybór prezesa PiS na ten urząd skutkowałby na pewno eskalacją kłótni politycznych i sporą dawką obciachu na arenie międzynarodowej. Udowodnijmy, że nie jesteśmy "ciemnym ludem", który wszystko kupi

Oczywiście każdy zagłosuje zgodnie ze swoim sumieniem i przekonaniami. Im więcej osób weźmie udział w wyborach, tym lepiej - i dla demokracji i dla państwa. 

Twardy elektorat PiS zrobi to na pewno. Na Kaczyńskiego zagłosuje też ortodoksyjna część katolików zaraz po wyjściu z niedzielnej mszy - księża (choć nie wszyscy) na pewno będą agitować na rzecz tego kandydata. 
A zatem apeluję do wszystkich, których idea IV RP w wydaniu PiS odstręcza i mierzi, aby 20 czerwca (i 4 lipca, jeśli będzie II tura) poświecili pół godziny i pofatygowali się do lokali wyborczych


Będzie to okres wakacyjny i urlopowy, ale naprawdę wystarczy minimum formalności, żeby móc zagłosować poza miejscem zameldowania. Istnieją dwie opcje:

1. Można głosować na podstawie zaświadczenia o prawie do głosowania, które upoważnia do głosowania w dowolnym lokalu wyborczym w kraju, za granicą lub na polskim statku morskim. To opcja dla osób planujących w tym okresie wyjazd.

A więc najpóźniej do 18 czerwca (włącznie) należy udać się do urzędu miasta lub gminy, gdzie jesteśmy wpisani do rejestru wyborców, i odebrać zaświadczenia upoważniające do głosowania w I i ewentualnie II turze. 
Po 20 czerwca nadal będzie można wystąpić o takie zaświadczenie dotyczące tylko II tury - na to jest czas do 2 lipca (włącznie).

Tego dokumentu należy dobrze pilnować - w przypadku jego utraty, nie będzie można zagłosować nigdzie.


2. Inny sposób to dopisanie się do listy wyborców w miejscu, w którym chcemy zagłosować. Jest to opcja dla osób, które chcą zagłosować w miejscowości, w której na ogół przebywają, ale nie są w niej zameldowane.

Najpóźniej do 10 czerwca (włącznie) udajemy się do urzędu miasta lub gminy, gdzie chcemy zagłosować, i wnioskujemy o dopisanie nas do tamtejszej listy wyborców. Umożliwi to głosowanie w obu turach. 
Wystarczy mieć przy sobie dowód osobisty i podać parę danych, nie trzeba być nawet czasowo zameldowanym w danej miejscowości. 


niedziela, 9 maja 2010

BŁAZEN KRÓLOWEJ

Tytuł: Błazen królowej
Autorka: Philippa Gregory
Tłumaczenie: Barbara Korzon
Pierwsze wydanie: 2003
Wydawnictwo: "Książnica"
ISBN: 978-83-245-7539-8
Cena z okładki: 39,90 zł
Stron: 571

Ocena: 2+/5

Hanna Verde to młodziutka Żydówka z darem przewidywania przyszłości, która wraz z ojcem uciekła z Hiszpanii, gdzie szalała inkwizycja. Chrzest i skrupulatne uczestniczenie całej rodziny w katolickich nabożeństwach nie uchroniły jej matki od spłonięcia na stosie. Ojciec ma nadzieję, że ucieczka do Anglii i zmiana nazwiska na Green pozwolą im obojgu przetrwać. W Londynie otwiera małą drukarnię i sklepik z rzadkimi manuskryptami, a Hanna ma mu pomagać w prowadzeniu interesów, dopóki nie ukończy szesnastu lat i nie wyjdzie za mąż za Daniela Carpentera, również Żyda. Wszystko to dzieje się za panowania Edwarda VI (syna Henryka VIII), więc wszyscy udają protestantów. 
Pewnego dnia do księgarni Greenów trafiają dwie ważne osobistości: Robert Dudley, syn księcia Northumberland - najpotężniejszej osoby w kraju, oraz John Dee (matematyk, astronom, astrolog, okultysta i alchemik). Ów uczony szybko odkrywa talent Hanny; on i Dudley postanawiają wykorzystać go dla własnych celów. Dzięki ich protekcji dziewczyna zostaje błaznem (właściwie błaźnicą) króla Edwarda. Nieoficjalnie ma donosić Dudleyom o wszystkim, co się dzieje w otoczeniu króla, a Johnowi Dee ma pomagać w stawianiu horoskopów i odgadywaniu przyszłości. Edward zmarł bardzo młodo, ale Hanna zachowuje swoją posadę na dworze kolejnej władczyni - Marii, a jednocześnie potrafi zdobyć sympatię jej młodszej siostry i głównej rywalki - Elżbiety. Za rządów arcykatolickiej Marii również w Anglii zapłonęły stosy, więc wielu protestantów (nie wspominając już o Żydach) wybiera emigrację. Hanna nie chce jednak opuścić swojej pani, którą pokochała i na której opiekę liczy. Towarzyszy królowej w chwilach jej tryumfu i klęski, dopóki ta nie wysyła jej na przeszpiegi na dwór Elżbiety. Dziewczyna nie unika wplątania się w sieć politycznych spisków i knowań. 
Oczami Hanny, błaźnicy i jasnowidzki, obserwujemy ważny okres w historii Anglii i zaglądamy za kulisy wielkiej polityki.
***
Kluczowe wydarzenia historyczne przedstawione są dość wiernie. Do mojej oceny tej powieści dodałam plusik za stosunkowo obiektywne i obszerne opisanie królowej Marii, zwykle pozostającej w głębokim cieniu rzucanym przez jej siostrę i następczynię - Elżbietę. (Swoją drogą chętnie przeczytałabym jakąś biografię córki Henryka VIII i Katarzyny Aragońskiej, ale nie wiem, czy jakąś wydano w Polsce). Zwykle jest tak, że jeśli autorka/autor książki dobrze pisze o Marii Tudor (lub o Marii Stuart), to w dużo gorszym świetle pokazuje Elżbietę. I odwrotnie. Philippa Gregory za najważniejszą cechę córki Anny Boleyn uznała kokieterię, pomijając trochę jej gruntowne wykształcenie. 
Z kolei postać Hanny nie została przez autorkę zbyt dobrze przemyślana. Raz jest feministką, która chce być w życiu kimś więcej niż tylko posłuszną żoną i matką, choć jednocześnie naraża swoje życie służąc przystojnemu arystokracie. Potem nagle staje się entuzjastką małżeństwa. Raz uwielbia i ceni tylko królową Marię, a gardzi Elżbietą, po czym nagle zaczyna uważać księżniczkę za kobietę godną podziwu i naśladowania. Finał tej historii to morze lukru.

Czytałam dużo pochlebnych recenzji innej książki Philippy Gregory - "Kochanice króla" (film na podstawie tej powieści mi się nie podobał), spodziewałam się zatem, że "Błazen królowej" będzie trochę lepszy. Tymczasem styl był jakiś taki nijaki, język wypowiedzi wszystkich bohaterów, bez względu na ich status - identyczny, właściwie brak interesujących opisów miejsc. Fabuła nie wydała mi się jakoś szczególnie porywająca, może dlatego, że kilka książek o Tudorach czytałam, więc znałam losy Marii i Elżbiety. Dzieje Hanny Green też mnie jednak nie wciągnęły. 

Zaliczam tę pozycję do tej samej kategorii, co "Ja, Elżbieta" Rosalindy Miles - bardzo przeciętnych powieści historycznych. Philippa Gregory napisała jeszcze pięć innych książek o epoce Tudorów, ale ja nie sięgnę już po żadną inną. Mam nadzieję, że kiedyś w końcu trafię na dobrze napisaną, zbeletryzowaną biografię jakiegoś władcy z tej dynastii.

czwartek, 6 maja 2010

Kobieta w literaturze II

LIST LXXXI
Markiza de Merteuil do wicehrabiego de Valmont
   Ach, jakąż litość budzą we mnie twoje obawy! Jakże mi one dowodzą wyższości mej nad tobą! I ty mnie chcesz pouczać, mną kierować! Nie, cała pycha twojej płci nie starczyłaby, aby zapełnić przepaść, która nas dzieli. Że ty nie umiałbyś przeprowadzić moich zamiarów, uważasz je tym samym za niemożebne! Istoto pyszna a słaba, tobież to przystało obliczać moje zasoby i sądzić o mej sile! Doprawdy, wicehrabio, nauki twoje zirytowały mnie po prostu, nie umiem tego zataić.
   Że aby zasłonić własną nieprawdopodobną niezdarność wobec prezydentowej, roztaczasz mi jako tryumf to, żeś zdołał na chwilę zmieszać nieśmiałą i zakochaną kobietę, zgoda; że chełpisz się uzyskanym spojrzeniem, wyraźnie jednym spojrzeniem, uśmiecha się i to ci też darowuję. Że czując mimo woli całą swą nędzę, pragniesz odwrócić mą uwagę i puszysz się szczytnym dziełem zbliżenia dwojga dzieci, które oboje rwą się do tego, aby się zobaczyć, i które nawiasem mówiąc, mnie właśnie zawdzięczają zapał tego pragnienia, i na to się godzę. Że wreszcie stroisz się w te świetne czyny, aby mi powiedzieć profesorskim tonem, że lepiej obracać czas na wykonanie zamysłów niż na opowiadanie o nich - ta próżnostka nic mi nie szkodzi i również ci ją przebaczam. Ale że możesz przypuszczać, iż ja potrzebuję twej opieki, że zeszłabym na manowce nie postępując ślad w ślad za twymi przestrogami, że mam im poświęcić swoją przyjemność, kaprys! Doprawdy, wicehrabio, nadto wbiło cię w pychę zaufanie, które ci okazuję!
   I cóżeś ty uczynił, czego bym ja nie przewyższała tysiąc razy! Uwiodłeś, zgubiłeś wiele kobiet, ale jakie miałeś trudności! Jakie przeszkody! Gdzież w tym twoja, naprawdę twoja zasługa? Ujmująca postać, czysty dar przypadku; wdzięk, którego trudno nie nabyć, ocierając się w świecie; dowcip, zamiast którego zresztą wygadanie starczyłoby w zupełności; śmiałość dość chlubna, ale płynąca może jedynie z łatwości przyszłych zdobyczy; co do sławy, w jaką się stroisz, nie będziesz wymagał, sądzę, abym liczyła za wielką zasługę sztukę wywołania skandalu.
   Co do przezorności, sprytu, nie mówię już o sobie, ale któraż kobieta nie ma ich więcej? Ech, nawet prezydentowa prowadzi cię jak dziecko na pasku! 
   Wierz mi, wicehrabio, rzadko człowiek nabywa przymiotów, bez których może się obejść. Walcząc bez niebezpieczeństwa, nie potrzebowałeś silić się na przezorność. Wszak dla was, mężczyzn, niepowodzenie jest tylko jednym powodzeniem mniej. W tej tak nierównej partii dla nas jest szczęściem nie przegrać, dla was nieszczęściem nie wygrać. Gdybym ci nawet przyznała tyle wrodzonych zdolności, ile my ich mamy, o ileż musiałybyśmy cię przewyższyć przez to, iż nieustannie trzeba nam z nich czynić użytek!
   Przypuśćmy, godzę się, że wy rozwijacie tyleż zręczności w tym, aby nas zwyciężyć, co my, aby się bronić albo też ulec; przyznasz bodaj, że z chwilą dojścia do celu staje się wam ona zupełnie zbyteczna. Zajęci nowym kaprysem, biegniecie za nim bez obawy, bez najmniejszych względów; nie wam zależy przecie na jego trwałości. 
   Tak, więzy łączące dwoje istot - aby mówić utartym słownikiem miłości - możecie wedle ochoty zacieśniać lub zrywać; my możemy się czuć szczęśliwe, jeżeli zmieniając uczucia, przełożycie tajemnicę nad rozgłos i zadowolicie się upokarzającym zerwaniem, nie czyniąc z wczorajszego bóstwa jutrzejszej ofiary!
   Ale skoro nieszczęśliwa kobieta pierwsza uczuje ciężar swego łańcucha, na jakież naraża się niebezpieczeństwa, jeśli próbuje uwolnić się, jeśli stara się bodaj go uchylić? Drżąc cała z przestrachu ledwie waży się oddalić mężczyznę, którego serce jej odpycha całą siłą. Jeśli ona upiera się wytrwać, wówczas to, co niegdyś poświęciła miłości, teraz jej trzeba poświęcać obawie. 
   Ramiona tulą jeszcze, choć serce odtrąca...
   Z wytężeniem całej przebiegłości musi rozplątywać więzy, które wy byście zerwali po prostu. Zdana na łaskę nieprzyjaciela, nie ma żadnych środków obrony, o ile on sam nie okaże się wspaniałomyślny; a jak spodziewać się tego po mężczyźnie, skoro o ile czasem świat chwali go za to, iż posiada tę cnotę, nigdy go nie potępia za to, iż mu jej zbywa? 
   Nie zaprzeczysz chyba prawdom, które aż pospolitymi się stały przez swą oczywistość. Jeżeli mimo to patrzyłeś, jak kieruję do woli wypadkami i opinią, jak owych mężczyzn, tak niebezpiecznych, zmieniam w zabawkę mego zachcenia lub fantazji; jak odbieram jednym chęć, drugim zaś siłę szkodzenia mi; jeśli umiałam, na przemian, stosownie do mych kaprysów, to ściągać do swoich stóp, to odtrącać 
   tych tyranów, przygiętych do jarzma niewoli...
   jeżeli śród częstych odmian mych uczuć dobra sława moja została nietknięta - czyż nie powinieneś był wywnioskować, iż przyszedłszy na świat po to, aby pomścić moją płeć, a ujarzmić twoją, umiałam snadź stworzyć sobie środki nie znane światu przede mną? 
   Och, zachowaj przestrogi i obawy dla tych szalonych kobiet, które same mienią się uczuciowymi, których rozszalała wyobraźnia kazałaby przypuszczać, że natura umieściła ich zmysły w głowie! W obłędzie swoim mieszają wciąż Miłość i Kochanka; mniemają w swym złudzeniu, iż ten właśnie, z którym szukały chwilowej rozkoszy, jest jej jedynym rozdawcą; pełne zabobonu, chowają dla kapłana tę cześć i wiarę, jaką winniśmy jedynie Bóstwu. 
   Lękaj się również o te, w których próżność bierze górę nad rozwagą i które nie umieją w potrzebie pozwolić się porzucić.
   Drżyj zwłaszcza o kobiety tzw. sercowe, wiecznie zajęte w swej bezczynności, które miłość zagarnia tak łatwo i z taką potęgą. Te czują potrzebę zaprzątania się nią jeszcze, nawet gdy minęła już chwila użycia; oddając się bez zastrzeżeń kipieniu wyobraźni, płodzą one listy tak słodkie, ale tak niebezpieczne; co więcej, nie lękają się powierzać dowodów swej słabości temu, kto jest ich przyczyną; głupiątka, które w dzisiejszym kochanku nie umieją widzieć jutrzejszego wroga.
   Ale cóż ja mam wspólnego z tymi niepoczytalnymi istotami? Kiedyż to widziałeś, bym oddaliła się od prawideł, jakie sobie zakreśliłam, i uchybiła mym zasadom? Mówię: "zasadom", i mówię to z rozmysłem, nie są one bowiem, jak u innych kobiet, nabyte przypadkiem, przyjęte bez rozbioru i przestrzegane z nałogu; nie, są owocem głębokich rozmyślań: stworzyłam je i mogę powiedzieć, że jestem swoim własnym dziełem.
   Wszedłszy w świat w czasie, kiedy jako młoda dziewczyna z urzędu niejako byłam skazana na milczenie i martwotę, umiałam skorzystać z tego, aby przyglądać się i zastanawiać. Gdy świat uważał mnie za roztrzepaną lub tępą, ja, w istocie niewiele słuchając tego, co do mnie mówiono, tym skwapliwiej chłonęłam to, co przede mną ukrywano.
   Ta zbawienna ciekawość, bogacąc doświadczenie, nauczyła mnie zarazem sztuki udawania. Zmuszona niejednokrotnie ukrywać przedmiot uwagi przed otoczeniem, starałam się władać oczami wedle mej woli; nauczyłam się przybierać, kiedy zechcę, ten wyraz roztargnienia, który tak często podniosłeś z uznaniem. Zachęcona tą pierwszą zdobyczą, starałam się opanować grę fizjonomii. Gdy doznawałam przykrości, uczyłam się przybierać wyraz słodyczy, nawet uciechy; posunęłam gorliwość tak daleko, iż zadawałam sobie rozmyślne cierpienia, siląc się równocześnie zachować pogodne i zadowolone oblicze. Z tą samą wytrwałością i z większym jeszcze trudem pracowałam nad tym, by tłumić w sobie objawy niespodzianej radości. W ten sposób zdobyłam nad mą fizjonomią władzę, którą niejednokrotnie tak podziwiałeś. 
   Byłam wówczas bardzo młoda, jeszcze nie żyłam niemal, ale jedyną mą własnością była moja myśl, i oburzało mnie, aby mi ją ktoś miał wydrzeć lub podchwycić wbrew mej woli. Uzbrojona tym pierwszym orężem, spróbowałam jego użytku: nie poprzestając na tym, aby się nie dać przeniknąć, bawiłam się tym, aby przybierać różnorodne postacie. Pewna swoich ruchów i fizjonomii, zwracałam uwagę na słowa; kierowałam mym wzięciem stosownie do okoliczności lub nawet zachcenia; od tej chwili wnętrze moje było otwarte wyłącznie dla mnie samej, pokazywałam zeń jedynie to, co chciałam.
   Ta praca nad sobą skierowała mą uwagę na grę twarzy i charakter fizjonomii w ogólności; zyskałam ten przenikliwy rzut oka, któremu, jak przekonałam się z doświadczenia, nie można ufać bezwzględnie, ale który na ogół nieczęsto mnie zawodził.
   Nie miałam piętnastu lat, a już posiadałam owe talenty, którym większość polityków zawdzięcza reputację; a były to dopiero podstawy umiejętności, którą pragnąłem sobie przyswoić. 
   Wyobrażasz sobie, że jak wszystkie dziewczęta, starałam się przeniknąć tajemnice miłości i jej uciech; ale nie będąc nigdy w klasztorze, nie mając bliskiej przyjaciółki i strzeżona przez czujną matkę, miałam jedynie pojęcia mgliste i niepewne; natura nawet, na którą później, to pewna, skarżyć się nie miałam powodu, nie dawała mi żadnej w tym względzie wskazówki. Można rzec, iż pracowała w milczeniu nad wydoskonaleniem swego dzieła. Głowa jedynie kipiała; nie pragnęłam używać, ale chciałam wiedzieć; żądza uświadomienia się podsunęła mi środki.
   Czułam, że jedynym człowiekiem, z którym mogę mówić o tym przedmiocie bez narażenia się, był mój spowiednik. Natychmiast powzięłam decyzję; przezwyciężyłam odrobinę wstydu i uzurpując sobie błąd, którego nie popełniłam, obwiniłam się, że czyniłam wszystko to, co robią kobiety. Tego wyrażenia użyłam; ale mówiąc tak, nie miałam pojęcia, co ono w istocie oznacza. Nadzieja moja nie ziściła się wprawdzie w zupełności; obawa zdradzenia się stanęła mi na przeszkodzie; ale poczciwy ojciec przedstawił mi winę w tak surowym świetle, że wyciągnęłam stąd wniosek, iż rozkosz musi być olbrzymia: do żądzy wiedzy dołączyła się chęć pokosztowania.
   Nie wiem, dokąd ta chęć byłaby mnie zawiodła; przy zupełnym braku doświadczenia jedna sposobność wystarczyłaby, aby mnie zgubić; na szczęście, niedługo potem matka oznajmiła mi, iż wychodzę za mąż. Pewność poznania ugasiła natychmiast mą ciekawość: weszłam jako dziewica do sypialni pana de Merteuil.
   Oczekiwałam spokojnie chwili, która miała mi odsłonić wielką tajemnicę; umiałam zdobyć się na ten wysiłek, aby okazać pomieszanie i obawę. Ta pierwsza noc, o której mamy zazwyczaj tak straszne lub tak słodkie pojęcia, dla mnie przedstawiła się jedynie ze strony doświadczalnej. Bacznie śledziłam zarówno ból, jak przyjemność, ze wszystkiego starałam się zdać sobie sprawę, widząc w tych różnych wrażeniach materiał dla spostrzeżeń i refleksji. 
   Wkrótce poczęłam znajdować w tym studium dość żywe upodobanie, ale wierna zasadom i czując, może instynktownie, że nikt nie powinien być równie dalekim od mej ufności jak mąż, postanowiłam dlatego właśnie, iż byłam wrażliwa, uchodzić za zupełnie nieczułą w jego oczach. Ten pozorny chłód stał się podstawą jego ślepego zaufania. Dołączyłam do tego, również z głębokiego namysłu, pozory roztrzepania, usprawiedliwione zresztą wiekiem. Słowem, nigdy mąż nie patrzył na mnie bardziej jak na dziecko niż wówczas, gdy najśmielej wyprowadziłam go w pole.
   Zresztą, wyznaję, zrazu porwał mnie wir świata: oddałam się całkowicie jego błahym rozrywkom. Ale gdy po kilku miesiącach pan de Merteuil wywiózł mnie gdzieś na odludzie, obawa przed nudą obudziła we mnie na nowo zamiłowania do studiów. Znajdują dokoła jedynie ludzi, których podrzędność chroniła mnie od wszelkich podejrzeń, skorzystałam z tego, aby na szerszym polu przeprowadzić doświadczenia. Tam to przede wszystkim upewniłam się, że miłość, którą wielbią jako źródło rozkoszy, w rzeczywistości jest najwyżej jej pretekstem.                           
   Choroba pana de Merteuil przerwała te miłe ćwiczenia; trzeba było przenieść się do miasta, gdzie pospieszył szukać pomocy. Umarł, jak ci wiadomo, wkrótce. Jakkolwiek, razem wziąwszy, nie miałam przyczyn nań się użalać, niemniej odczułam żywo wartość swobody i postanowiłam z niej dobrze skorzystać.
   Matka spodziewała się, iż osiądę w klasztorze lub zamieszkam z nią razem. Uchyliłam się od obu projektów; dla przyzwoitości uczyniłam jedynie tyle, iż wróciłam na jakiś czas na wieś, gdzie mi zostało zresztą nieco jeszcze spostrzeżeń do zebrania. 
   Dałam im silniejsze podstawy przy pomocy książek; ale nie sądź, że były wszystkie takie, jak by można przypuszczać. Zgłębiałam obyczaje w romansach, poglądy w dziejach filozofów; badałam nawet najnowszych moralistów i ich postulaty i w ten sposób zyskałam świadomość, co można czynić, co powinno się myśleć, a jak należy się ludziom przedstawiać. Raz wiedząc, czego się trzymać w tym troistym przedmiocie, co do ostatniego jedynie punktu widziałam niejakie trudności; miałam nadzieję, że uda mi się je zwyciężyć i obmyślałam środki. 
   Niebawem zaczęły mi się przykrzyć sielskie uciechy zbyt jednostajne dla mej niespokojnej głowy; czułam potrzebę zalotności, która by mnie pogodziła z miłością; nie, abym pragnęła czuć ją w istocie, lecz aby natchnąć się sztuką udawania jej. Próżno mi mówiono i sama czytałam, że nie da się grać tego uczucia; wiedziałam, że aby to osiągnąć wystarczy połączyć talent aktora i inwencję komediopisarza. Ćwiczyłam się więc w obu tych rodzajach, może nie bez powodzenia, ale zamiast na scenie szukać czczych oklasków, postanowiłam obrócić dla własnego szczęścia to, co tylu innych poświęca próżności.
   Rok upłynął na tych zajęciach. Koniec żałoby pozwala mi zjawić się w świecie, wróciłam tedy do miasta pełna najśmielszych zamysłów. Nie spodziewałam się pierwszej przeszkody! 
   Owa długa samotność, cnotliwe odcięcie od świata, wszystko to powlokło mnie pokostem surowości, który przerażał naszych zdobywców; trzymali się na uboczu, wydając mnie na pastwę tłumowi nudziarzy, z których każdy ubiegał się o mą rękę. Nie było mi wprawdzie trudno uwolnić się od konkurentów, ale rekuzy te nie podobały się nieraz mej rodzinie: traciłam na drobnych utarczkach i przykrościach czas, który obiecywałam sobie spędzić tak rozkosznie. Byłam tedy zmuszona, aby ściągnąć ku sobie jedynych, a oddalić drugich, dopuszczając się paru jawnych lekkomyślności i użyć na skompromitowanie swej reputacji starań, które miałam obrócić na jej pielęgnowanie. Udało mi się, jak pojmujesz, łatwo. Ale ponieważ nie wchodziło w grę żadne uczucie, zrobiłam tylko to, co uważałam za potrzebne i odmierzyłam z całą rozwagą dawki nierozwagi.
   Skoro tylko osiągnęłam zamierzony skutek, natychmiast wykonałam odwrót i powierzyłam zaszczyt mego nawrócenia owej kliczce kobiet, które, niezdolne już szukać tryumfów w swych powabach, nadrabiają te braki wartością wewnętrzną i cnotą. Sztuczka udała się lepiej, niż mogłam się spodziewać. Wdzięczne matrony stały się mymi gorliwymi obrończyniami; ślepy zapał dlatego, co nazywały swoim dziełem, posuwał się tak daleko, że za najmniejszym słówkiem, jakie ktoś ośmielił się rzec do mnie, partia świętoszek wyruszyła do boju z niecną potwarzą. Ten sam środek zjednał mi uznanie lwic, które, przekonane iż nie znajdą we mnie współzawodniczki, wzięły mnie za przedmiot swoich zachwytów, ilekroć chciały dowieść, że mówią źle nie o wszystkich kobietach.
   Mimo to poprzedni manewr ściągnął w mój dom armię wielbicieli. Nie chcąc ich zrażać, zarazem chcąc oszczędzać wierne protektorki, starałam się grać osobę skłonną poddać się uczuciu, lecz trudną w wyborze i opancerzoną przeciw miłostkom nadmierną delikatnością.     
   Wówczas zaczęłam na wielkiej scenie życia rozwijać zdobyte talenty. Pierwszym staraniem było zyskać sławę niezwyciężonej. Aby to osiągnąć, przyjmowałam jawnie zabiegi jedynie tych mężczyzn, którzy mi się nie podobali. Używałam ich skutecznie, aby zapewnić sobie honor zaszczytnej obrony, gdy równocześnie oddawałam się bez niebezpieczeństw wybranemu kochankowi. Jednakże moja udana lękliwość nigdy nie pozwalała mu widywać się ze mną w towarzystwie, toteż świat widział jeno wzdychających bez nadziei.
   Wiesz, jak szybko mam zwyczaj się namyślać, a to ponieważ spostrzegłam, że niemal zawsze właśnie te przedwstępne zabiegi zdradzają światu tajemnice kobiet. Mimo wszelkich starań, sposób i ton obejścia przed a po, jest zawsze nieco odmienny. Różnica ta nie ujdzie uwagi bystrego spostrzegacza; doszłam tedy, iż mniej jest niebezpieczne omylić się w wyborze niż się z nim zdradzić. Zyskuję przez to i tę korzyść, że usuwam prawdopodobieństwa, na podstawie których jedynie świat nas sądzi.
   Ostrożności te, jak również reguła, aby nigdy nie pisać, nigdy nie dawać w ręce dowodu ustępstwa, mogły by się wydać przesadne: mnie i to nie wystarczyło. Zapuściwszy się w głąb własnego serca śledziłam w nim serce drugich. Dojrzałam, iż każdy bez wyjątku kryje tam jakiś sekret, który pragnąłby za wszelką cenę osłonić. Prawdę tę, jak się zdaje, starożytność lepiej znała od nas, a historia Samsona jest może tylko jej sposobem. Naśladując Dalilę starałam się zawsze, jak ona, pochwycić tę doniosłą tajemnicę. Och, iluż Samsonów kędziory znalazły się pod mymi nożycami! Ci przestali być niebezpieczni, tych jednych pozwoliłam sobie upokorzyć niekiedy. Z innymi umiałam znaleźć inne sposoby: sztuka pchnięcia ich samych do niewierności, aby nie zdradzić się z odmianą własnego serca, udana przyjaźń, pozory zaufania, tu i ówdzie oddane przysługi, podsycanie w każdym tak pochlebnego mniemania, iż był mym jedynym kochankiem - oto środki, które zapewniły mi dyskrecję. Wreszcie gdy te sposoby zawodziły, umiałam, w przewidywaniu zerwania z mej strony zdusić zawczasu niebezpieczeństwo za pomocą ośmieszenia lub potwarzy.
   Patrzysz na mnie, widzisz, jak niezłomnie przestrzegam tych zasad: i ty wątpisz o mej przezorności! Zechciej sobie tedy przypomnieć czas swoich o mnie zabiegów: nigdy żaden hołd nie był mi tyle pochlebny; pragnęłam cię nim jeszcze cię poznałam. Olśniona twym rozgłosem, miałam uczucie, że brak mi ciebie dla mej chwały, pałałam niecierpliwością zmierzenia się z tobą. Mimo to gdybyś mnie chciał zgubić, jakież znalazłbyś sposoby? Gołosłowne zapewnienia, podejrzane już przez twą reputację; garść pozbawionych wszelkiego prawdopodobieństwa faktów, których wierna opowieść zdawałaby się zaczerpnięta z lichego romansu. To prawda, później odsłoniłam ci karty: ale wiesz, jakie interesy nas jednoczą i czy z nas dwojga mnie należało nazwać nieostrożną. Skoro raz zadałam sobie trud wyłożenia ci wszystkiego, chcę zrobić to dokładnie. Słyszę już, jak mówisz, że jestem co najmniej na łasce pokojówki. To prawda, ta dziewczyna nie znając tajemnicy mych uczuć i myśli posiada, bądź co bądź, sekret mego postępowania. Kiedy mi o tym wspomniałeś niegdyś, odpowiedziałam tylko, że jestem jej pewna. Odpowiedź ta wystarczyła ci widocznie wówczas, gdyż zwierzyłeś jej później wcale niebezpieczne tajemnice, i to bardzo osobiste. Ale teraz, kiedy nabiłeś sobie głowę Prevanem i straciłeś wszelki sąd o rzeczach, obawiam się, że już mi nie uwierzysz na słowo. Trzeba cię zatem pouczyć.
   Po pierwsze, jest moją mleczną siostrą: węzeł ten nam wydaje się niczym, lecz nie jest bez znaczenia dla ludzi jej stanu. Po drugie, posiadam jej tajemnicę, i więcej niż tajemnicę. Dziewczyna ta stała się w swoim czasie ofiarą nieopatrznej miłości i byłaby zgubiona, gdybym jej nie ocaliła. Rodzice jej, nieubłagani na punkcie honoru, chcieli po prostu ją zamknąć. Zwrócili się do mnie. W mgnieniu oka oceniłam, jakie korzyści mogę wyciągnąć z ich gniewu. Pochwaliłam zamiar, poczyniłam starania o dekret uwięzienia i zdobyłam go. Wówczas przerzuciłam się na drogę łagodności. Korzystając ze względów jakimi cieszyłam się u starego ministra, wyjednałam, aby zostawiono ten wyrok w moich rękach i aby mi dano swobodę zniszczenia go lub użycia, zależnie od dalszego prowadzenia się dziewczyny. Wie zatem, że jestem bezwzględną panią jej losu; gdyby zaś, co trudno przypuścić, te potężne środki nie zdołały zapewnić jej wierności, pojmujesz, do jakiego stopnia zdemaskowanie jej i oddanie w ręce sprawiedliwości osłabiłoby jej świadectwo.
   Do tych ostrożności, które uważam za zasadnicze, łączy się tysiąc innych, zależnie od miejsca i okoliczności, a kierowanych głębokim namysłem, który z czasem staje się przyzwyczajeniem. Wyliczanie byłoby zbyt uciążliwe; są to jednak wszystko rzeczy pierwszorzędnej wagi. Jeżeli zadasz sobie nieco trudu, możesz je sam z łatwością odtworzyć, zastanowiwszy się nad całością mego postępowania.
   I ty przypuszczasz, że po to dołożyłam tylu starań, aby nie zbierać owoców? Że wzniósłszy się dzięki wytężonej pracy tak wysoko nad poziom innych kobiet, zgodzę się później pełzać jak one między nierozwagą a tchórzostwem; że zwłaszcza mogę obawiać się jakiegoś mężczyzny do tego stopnia, aby widzieć ratunek jedynie w ucieczce? Nie, wicehrabio, nigdy! Zwyciężyć lub zginąć! Co do Prevana, chcę go mieć i będę miała; on chce rozgłosić i nie rozgłosi - oto w dwóch słowach historia naszego romansu. Do widzenia.
20 września 17**

Tytuł: Niebezpieczne związki
Autor: Pierre Choderlos de Laclos
Tłumaczenie: Tadeusz Boy-Żeleński
Pierwsze wydanie: 1782 

Zdjęcia: "Niebezpieczne związki", reż. Stephen Frears, Glen Close jako markiza de Merteuil oraz John Malkovich jako wicehrabia de Valmont

wtorek, 4 maja 2010

ROMANS LICEALNY

Tytuł: Romans licealny
Autor: Piotr Zaremba
Pierwsze wydanie: 2009
Wydawnictwo: Świat Książki
ISBN: 978-83-247-1414-8
Stron: 480
Cena z okładki: 34,90 zł


Ocena: 3=/5

Pamiętam ulotki rozrzucone przed lokalem wyborczym, wrzucanie kart do urny (dla mnie i dla mojej siostry stanowiło to atrakcję), Mazowieckiego w telewizji, ale jednak w 1989 roku najważniejszym dla mnie dniem był 1 września, kiedy to po raz pierwszy znalazłam się w dość ponurej szatni szkoły podstawowej, w tłumie złożonym z pierwszaków i zaaferowanych rodziców. Polityką się wówczas, oczywiście, nie interesowałam. Co więcej, kupowałam sobie w kiosku "Kraj Rad", nie do czytania, ale dla ładnego papieru i kolorowych obrazków. Pani kioskarka specjalnie tę gazetę dla mnie odkładała.

A zatem, ponieważ nie mam z tego okresu żadnych własnych "poważnych" wspomnień, postanowiłam poczytać cudze. Książka Piotra Zaremby jest opowieścią "o tamtych wypadkach", o czasach przełomu, niepewności, zwątpienia, nadziei. Bohaterami książki są uczniowie i nauczyciele z warszawskiego liceum, umiejscowionego gdzieś na peryferiach Pragi, a akcja obejmuje okres od października 1987 do lipca 1991 roku. To opowieść bardzo subiektywna. Główna postać - młody nauczyciel historii Paweł Zarzewski - ma wiele cech Piotra Zaremby (nie tylko inicjały). Autor książki również jest z wykształcenia historykiem, w tym samym okresie, co jego powieściowy odpowiednik, uczył tego przedmiotu w szkole i również w 1991 roku wybrał zawód dziennikarza. Zaremba wyposażył postać Zarzewskiego także w swoje zapatrywania polityczne. 

Narracja jest prowadzona z punktu widzenia kilku osób, ale zmiana perspektywy nie zawsze jest wyraźnie zaznaczona. Większość wydarzeń, zwłaszcza pod koniec powieści, obserwujemy oczyma Zarzewskiego, ale początek książki należy do Anny Skowroniec, młodej i obiecującej polonistki, wrażliwej, nieśmiałej dziewczyny, która najpierw wikła się w jakiś dziwny związek z jednym z uczniów, a potem szuka oparcia w ramionach szemranego biznesmena. Pozostali bohaterowie rekrutują się głównie z grona uczniów i są tacy trochę stereotypowi, "przykładowi" - Remek, chłopiec z kompleksem ojca milicjanta, szukający swojego stylu i grupy, do której mógłby przynależeć; Ferens, bardzo zdolny, trochę tajemniczy, świadomie separujący się trochę od kolegów, przeżywający śmierć matki, gardzący ojcem (to on zostaje "wybrankiem" Anny); Rawicz - stale i na każdy możliwy sposób manifestujący swoją odrębność, charyzmatyczny prowodyr, bożyszcze koleżanek. Poznajemy ich jako uczniów pierwszej klasy, potem obserwujemy ich dorastanie, kształtowanie poglądów, opinii o tym, co się wokół nich dzieje.

Co mnie trochę w tej relacji zaskoczyło, to dominująca niepewność, co do kierunku, w którym się to wszystko potoczy. Ludzie (nawet opozycjoniści) wcale nie byli do końca pewni, czy nowe nadejdzie, a potem - czy stare nagle nie triumfująco nie powróci. Chyba trochę inaczej sobie to wszystko wyobrażałam, jako naturalną sekwencję wydarzeń: stan wojenny -> katastrofalny stan gospodarki i fatalne nastroje społeczne -> wymuszone tą sytuacją (niewystarczające) reformy -> Okrągły Stół -> wybory 1989 i 1990. Teraz wiem, że w 1987 czy 1988 roku taki rozwój wydarzeń nie był wcale taki dla wszystkich oczywisty.
***

Piotr Zaremba poruszył w swojej książce kilka ważnych, ciekawych spraw i tylko ze względu na tematykę warto po tę powieść sięgnąć; wartości literackiej to ona raczej nie ma. 
Autor chciał przedstawić tamte czasy trochę zbyt kompleksowo, uznał chyba, że czytelnicy powinni zapoznać się ze wszystkimi jego wspomnieniami z tego okresu. To by pasowało do dzienników czy pamiętników, ale skoro pan Zaremba zdecydował się na powieść, to powinien się ograniczyć do kluczowych wątków, które kogoś zainteresują.

Nie podobała mi się postać Anny, wydała mi się kompletnie niewiarygodna, trochę tak, jakby autor ciągnął jej wątek na siłę. Nimb tajemniczości otaczający jej związek z Ferensem był sztuczny, niepotrzebny - pewnie miał w czytelniku wzbudzić ciekawość, a może i zgorszenie, ale to się zupełnie nie powiodło. 

Grono pedagogiczne inkryminowanego liceum to zbiór trochę groteskowych indywiduów, na tle których Paweł Zarzewski (czyli Piotr Zaremba) wydaje się nauczycielem idealnym, a, jak wiadomo, tacy nie istnieją. Czy aby autor nie wystawił sam sobie zbyt kolorowej laurki?

Kolejna irytująca wada tej powieści to, wspomniana już, zbyt płynna zmiana perspektywy narracji - tak płynna, że niekiedy bardzo łatwa do przeoczenia. To samo dotyczy przejścia od relacjonowania zdarzeń bieżących do retrospekcji. 

Niektóre zdania były dla mnie kompletnie niezrozumiałe, trudno było dociec, co autor, pisząc je, miał na myśli.

Podsumowując: mam nadzieję, że na ten temat powstaną lepsze książki. Póki co, ostatecznie, można przeczytać tę.

***


Wspomnień czar...

Podczas lektury siłą rzeczy przypominały mi się czasy licealne. Teraz zdaję sobie sprawę, że  nauczycieli traktowaliśmy jak naszych naturalnych wrogów, bardziej jak urzędników niż jak wychowawców. To nie było sprawiedliwe, ale z drugiej strony oni nie robili nic, żeby to zmienić.  My też byliśmy traktowani zbyt instrumentalnie, grupowo. W każdym razie i w moim LO wśród grona pedagogicznego było sporo ciekawych (z różnych względów) postaci. Pozwolę sobie tutaj o nich przypomnieć

Pani od matematyki. Miała autorytet, dobrze przygotowała nas do matury, dobrze prowadziła lekcje, była w porządku. W szafce za biurkiem przechowywała butelkę wina, którą zabrała uczniom na wycieczce ze dwadzieścia lat wcześniej. Chyba na pamiątkę:) Na ogół miała dobry humor, ale kiedy miała zły, pytała we wszystkich klasach, z którymi danego dnia miała lekcje. Owych nieszczęśników losowała za pomocą plastikowej ruletki. Kiedy ta machina stała na jej biurku, na nas padał blady strach.
Uczeń siedzący w pierwszej ławce kręcił ruletką, a pani profesorka rzucała kulkę (albo odwrotnie). Kiedy obroty ustawały, nie od razu dane nam było poznać wylosowaną liczbę, która wskazywała pozycję ucznia na liście w dzienniku. O nie, nauczycielka umiejętnie dozowała napięcie i stres. Najpierw informowała, czy wylosowana liczba jest parzysta czy nieparzysta. Po chwili, kiedy połowa klasy odetchnęła z ulgą, zdradzała, do której dziesiątki ta liczba należy (było nas w klasie mniej więcej trzydzieścioro). Znowu po chwili mówiła, czy wylosowała chłopaka czy dziewczynę. Potem, jeśli w danej dziesiątce były co najmniej dwie osoby o tym samym imieniu, podawała to imię. I dopiero po tym wszystkim dowiadywaliśmy się, kto ma iść do tablicy. 
To były niezapomniane chwile, naprawdę.

Pani od fizyki. Sprawdziany nazywała "imprezami artystycznymi", a nieprzyjście na klasówkę traktowała jako osobisty afront i zapamiętywała to sobie na zawsze. Lepiej już było przyjść (nawet gdy było się naprawdę chorym) i dostać niedostateczny, bo zawsze na koniec semestru dało się to wyciągnąć na dwóję lub tróję. Pani profesorka ubzdurała sobie w pewnym momencie, że nasza klasa jej nie lubi, bo kiedy wróciła z długiego urlopu, daliśmy jej kwiatka o tydzień później niż inna klasa. Cóż, bywa. Ten przedmiot i tak był dla mnie jedną wielką abstrakcją, której nigdy pojąć nie umiałam.

Pan od niemieckiego. Nauczyciel z misją, lubił uczyć, starał się, organizował... Ale te jego obleśne żarty, które były tak głupie, że aż się z nich śmialiśmy... Np. o tym, dlaczego "dziewczyna" jest w języku niemieckim rodzaju nijakiego...

Pani od polskiego. Właściwie to nie powinnam się czepiać nauczycielki, która stawiała mi same dobre oceny i nigdy prawie mnie nie pytała. Ale. Ale. Ale. Żałuję, że lekcje nie były prowadzone trochę żywiej i ciekawiej. Nie zachęcano nas do niesztampowego interpretowania lektur. Jeśli nauczyciel jest apatyczny i znudzony, to czego może wymagać od uczniów? No i to ciągłe wtrącanie wyrażeń typu: de facto czy notabene.  Nie omieszkaliśmy też zauważyć, że pani profesorka kilka razy błędnie podała autora jakiejś książki, której nie przerabialiśmy, ale którą niektórzy czytali.

Pani od chemii. Często chorowała i lekcje się nie odbywały, no ale jej tata był dyrektorem, więc... Nigdy nie zapomnę jednej klasówki. Uczyłam się, usiadłam w ostatniej ławce, na półeczce pod ławką (w tej sali takie były) miałam na wyciągnięcie ręki książki, zeszyt i ściągi. I co? I nic, bo w teście były zagadnienia, których nie omawialiśmy i których w naszych książkach nie było. Pał nie dostali tylko ci, którzy mieli szczęście w strzelaniu, czyli bardzo nieliczni, więc klasówkę unieważniono.

Pani od historii. Uczyła nas na szczęście tylko rok czy dwa. Powszechnie nazywano ją imieniem bohaterki popularnej wówczas telenoweli południowoamerykańskiej. Przesadzała z makijażem, a jej skomplikowany kok podtrzymywało mnóstwo kolorowych spineczek. Zastanawialiśmy się, o której musi wstać, żeby zdążyć to coś sobie upiąć. Domniemywaliśmy, że w ogóle się nie kładzie. Ale mniejsza o wygląd. Lekcja polegała na tym, że pani profesorka dyktowała uczniom swoje mętne notatki. Rewelacja. Patrzyła na nas po prostu z niesmakiem i wcale tego nie ukrywała.

Pani od biologii. Ależ ta kobieta była apatyczna i taka jakaś nieprzyjemna... Przedmiot nudny, ona spała, my spaliśmy...

Wspomnę jeszcze może o innych nauczycielach z mojego LO, którzy co prawda nie uczyli mnie, ale za to moją siostrę.

Pani od chemii 2. Chodziły słuchy, że w trakcie jakiegoś doświadczenia spaliły się jej włosy i od tamtej pory nosi (być może częściową) perukę. Natomiast faktem było, że nie znosiła dziewczyn z ładnymi lub choćby rozpuszczonymi włosami. Wszystkie uczennice przed lekcją związywały lub spinały włosy. Moja siostra raz zapomniała frotki i pani profesorka poczuła się chyba sprowokowana jej loczkami - wzięła ją do tablicy, co skończyło się, oczywiście, pałą. No i co mieli zrobić biedni uczniowie, jak nie dyskretnie dostawiać sobie jakąś trójczynę czy plusik w dzienniku? 

Pani od fizyki 2. Lekcje fizyki tej pani profesorki często przypominały katechezy. Nie pamiętam, jakie nosiła nakrycie głowy, ale gdyby wtedy pojęcie "moherowe berety" istniało, ona byłaby jego uosobieniem. Współczuliśmy tylko jej synowi, którego usilnie próbowała "nakierować" na księdza.

Aż strach pomyśleć, co się działo w pokoju nauczycielskim, kiedy te wszystkie "osobowości" się w nim zebrały...